13.05.2014, Spodek, Katowice.
13 maja 2014 roku. Dwudziestu pięciu wyrośniętych mężczyzn wyczekiwało tego dnia, jakby właśnie dzisiaj miał się skończyć świat. Owszem, coś się skończyć miało, lecz niekoniecznie chodziło tu o istnienie jakiegoś życia. Tego to właśnie bowiem dnia kończyła się półroczna przerwa od meczów reprezentacji narodowej. Większość z siatkarzy doskonale pamięta jeszcze ten moment z zeszłego roku, kiedy to występy w kadrze zostały zastąpione przez wylewanie z siebie siódmych potów w imię swojego klubu. Nie był to jednak okres odpoczynku dla naszych bohaterów, oj nie. Wszyscy byli bowiem świadomi tego, że jeśli nie będą spisywać się dobrze w swojej lidze, o powołaniu mogą wówczas wtedy tylko pomarzyć.
A ostatnie miesiące nie należały przecież do najłatwiejszych. Po przegranych z kretesem Mistrzostwach Europy, na których mecze rozgrywaliśmy w charakterze gospodarza, stanowisko selekcjonera reprezentacji Polski w piłce siatkowej mężczyzn utracił ten, który jeszcze rok wcześniej świętował z nią jeden z największych sukcesów w historii polskiej siatkówki, czyli złoty medal Ligi Światowej. Tak nagle, z dnia na dzień, jeszcze chwilę wcześniej ogłaszany cudotwórcą, Andrea Anastasi, stał się tym złym, tym, który jest odpowiedzialny na ostatnie porażki kadry. Polacy nigdy nie byli zaliczani do najbardziej cierpliwych narodów świata, toteż pomimo tego, że dla niektórych decyzja o zwolnieniu "Srebrnego Lisa" była dość kontrowersyjna, w kraju przyjęto ją raczej ze spokojem. Ba, wśród opinii przeważał entuzjazm. Mówiono, że Włoch się skończył, że chłopaki już nie chcą go słuchać, że jego styl gry jest do bólu przewidywalny i wszyscy rywale już go sobie wpoili. Uważano po prostu, że z tym trenerem nasi chłopcy kolejnej przyjemnej niespodzianki już nie sprawią. Krytykowano grę jednym, żelaznym składem i to, że selekcjoner nie zamierzał rotować zawodnikami. A oni mieli prawo być zmęczeni. Tymczasem zawsze było pewne, że na parkiet wybiegnie ta sama szóstka, a więc Nowakowski, Winiarski, Kurek, Bartman, Żygadło, Ignaczak i Możdżonek. I co z tego, że któryś z nich był w danej chwili w słabszej formie? Był zdrowy, to grał. A taki na przykład, wiecznie głodny gry Kubiak, musiał zadowolić się rolą wiecznego rezerwowego. Anastasi niechętnie wprowadzał do kadry zawodników młodych, nie dawał im się zbytnio ogrywać. Nie dawał innym graczom wrażenia, że Ci są potrzebni kadrze. W sumie, można by stwierdzić, że byli oni jedynie wkładami do koszulek, które to albo rozciągały się w kwadracie dla rezerwowych, albo siedziały na ławce, bądź na trybunach.
Sytuacja, delikatnie rzecz ujmując, nie była więc dobra. To dlatego właśnie władze Polskiego Związku Piłki Siatkowej zdecydowały się na przeprowadzenie pewnych zmian. Stwierdzono, że najłatwiej będzie zmienić trenera, tak więc też się stało. Wybór nowego selekcjonera dla wielu osób związanych z siatkówką okazał się być jednak nie małym zaskoczeniem. Oto bowiem następcą niezwykle doświadczonego w swoim fachu, wybuchowego Andrei Anastasi'ego wybrano Francuza, Stéphane'a Antigę. Był to wybór o tyle kontrowersyjny, gdyż Antiga był wówczas jeszcze czynnym zawodnikiem, grającym w jednym z klubów PlusLigi, PGE Skrze Bełchatów. Miał to być jednak ostatni sezon jego kariery zawodniczej. Nie musiał więc czekać długo na nową pracę. I tak oto zupełny żółtodziób jako swoją pierwszą ekipę w roli trenera otrzymuje reprezentację Polski, śmiać się, czy płakać? Większość wieszczyła, że to będzie zupełna porażka, że jak to można uczynić selekcjonerem kadry człowieka, który do tej pory nie miał nic wspólnego z trenerką. Jak widać, można, Polak potrafi. Nie jest tajemnicą, że taka opcja była po prostu najbardziej opłacalna dla Opalonego Mirosława i jego kompanów. No bo przecież, bierzemy sobie totalnego żółtodzioba, nieobytego z tym zawodem, to nie będziemy musieli dużo mu płacić. Przecież każdy szanujący się trener zażądał by całkiem sporej sumki, a my nie mamy zamiaru wręczać mu tak wysokiej wypłaty. A czego mógłby zażądać Antiga? No właśnie, niczego. On tylko grzecznie podziękuje za to, że obarczono go takim zaszczytem, jak prowadzenie kadry narodowej.
Władze PZPS nie zdurniały jednak doszczętnie i wiedziały, że chociaż trener jest żółtodziobem, to na ławce przyda się jednak ktoś doświadczony. I tak oto okazało się, że asystentem Francuza będzie... inny Francuz, Philippe Blain, który w tamtym czasie trenował francuski klub Montpellier. Występował w nim między innymi, niechciany w Asseco Resovii Rzeszów, przyjmujący Mateusz Mika, który już kiedyś ocierał się o kadrę.
Jakich wyników sportowych oczekiwano od duetu francuskich trenerów? Tak naprawdę, nie liczono na nic spektakularnego. Wiadomo, idzie nowość, to nie od razu musi się udać. Wystarczyłoby po prostu, żeby nasza kadra się nie skompromitowała kompletnie. Większe oczekiwania wobec szkoleniowców mieli dziennikarze i, chyba największe, co zrozumiałe, mieli kibice. Liczono na to, że skład zostanie przetrzebiony, że usunie się z niego tych, którzy mogli wprowadzać jakiś chaos w drużynie, którzy nie dawali z siebie 100% swojej możliwości, nie poświęcali się w imię swojej ojczyzny. Selekcjoner miał też odstrzelić najsłabsze ogniwa, czyli tych, którzy dostali swoją szansę w kadrze, lecz jej nie wykorzystali, i nie było sensu, by dalej ich powoływać. Tak naprawdę jednak, każdy z siatkarzy grających czy to w PlusLidze, czy też którejś z lig zagranicznych, miał u nowego trenera carte blanche. Nie znał ich wszystkich, nie miał okazji sprawdzić, jak aktualnie radziliby sobie na poziomie międzynarodowym. Jasne było więc, że skład, który powoła na przyszły sezon nie będzie się zbytnio różnił od tego, który oglądaliśmy na parkietach i w telewizji w roku 2013.
Powołanie Antigi miało na celu jeszcze jedną, niezwykle istotną sprawę do załatwienia. Mianowicie, miał on przekonać do powrotu do gry w biało - czerwonych barwach, Mariusza Wlazłego, atakującego PGE Skry Bełchatów, i zarazem, najlepszego polskiego atakującego. Z całym szacunkiem dla Dawida Konarskiego czy Grzegorza Boćka - byli dobrzy, jednak to jeszcze nie ten poziom. Kadrze potrzebny był na tej pozycji lider z prawdziwego zdarzenia, ktoś, kto pociągnie wózek z napisem "punkty", gdy jego kolegom coś nie będzie wychodzić. Typowany wcześniej, i forowany przez Anastasiego, Zbigniew Bartman, nie do końca spełnił pokładane w nim nadzieje. Nie można jednak się temu dziwić, Bartman był przecież nominalnym przyjmującym. To Anastasi stwierdził, że potrzebuje go w ataku i kazał mu znaleźć klub, gdzie ten mógłby grać na takiej właśnie pozycji...
Wracając jeszcze do sprawy powołania konkretnych siatkarzy, jak już wspomniano, każdy z nich miał czystą kartę. Każdy z nich mógł w danej chwili zostać "przetestowanym" i to tylko od niego zależało, czy jego gra spodoba się na tyle selekcjonerowi, że ten zdecyduje się nadal korzystać z jego usług. Rok 2014 miał być więc w pewnym sensie rokiem prób i zbierania doświadczenia. Właśnie, w pewnym sensie. Nie należy przecież zapomnieć o tym, że 30 sierpnia, w naszym pięknym kraju nad Wisłą, rozpocząć się miały, tak długo wyczekiwane przez wszystkich, Mistrzostwa Świata w piłce siatkowej mężczyzn. Jako, że ambicje kibiców były ogromne, Antigę postawiono przed naprawdę trudnym zadaniem. Chociaż nikt mu tego nie powiedział wprost, liczono na to, że nasza kadra coś na tym mundialu osiągnie. Ot, choćby brązowy medal. Jasne, wszyscy chcieli złota, ale bez przesady, jak na żółtodzioba to brąz starczy w zupełności...
Powołania nie były raczej zaskoczeniem. Z "żelaznego" składu nie wypadł nikt, a szeroką kadrę uzupełniono obiecującą młodzieżą.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------
To właśnie dzisiaj wszyscy Ci siatkarze, starsi, i młodsi, Ci doświadczeni, i świeżaki, mieli stawić się pod słynną Katowicką halą sportową - Spodkiem. W tym właśnie miejscu zaplanowano pierwsze treningi drużyny. Było to nowością, gdyż zawsze pierwszym miejscem treningowym dla siatkarzy był Centralny Ośrodek Sportu w Spale. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. W Spodku siatkarze mają potrenować kilka dni i rozegrać jeden sparing. To, kim będzie rywal naszych chłopców pozostawało wciąż jednak wielką tajemnicą, przez co Ci bardziej sceptyczni dziennikarze i kibice zaczęli sugerować, że sparingu po prostu nie będzie, co najwyżej jakaś wielka gra wewnętrzna. W jakiś sposób trzeba jednak sprawdzić grupę 25 osób, zanim zdecyduje się o tym, czy nadają się oni do czegoś. Ot tak nie można ich przecież było powołać na najważniejsze mecze reprezentacji...
Przyjeżdżającym na zgrupowanie sportowcom towarzyszyły najróżniejsze emocje. Ci, którzy u poprzedniego trenera byli pewniakami, nie odczuwali raczej żadnego lęku. Byli podnieceni nowościami, jakie zastaną w drużynie. Większość z nich była pewna siebie i tego, że także u Antigi udowodnią, że to właśnie im należy się miejsce w wyjściowej szóstce, w każdym meczu. To wcale nie było takie pewne, że tak będzie, gdyż Francuz miał ponoć zamiar rotować składem, by dawać odpocząć swoim chłopakom. Nie chciał żadnego z nich "zajechać", tak jak to zrobił jego poprzednik z praktycznie całą kadrą. On wierzył w tych chłopaków, w to, że z tych samych ludzi da się jeszcze coś wykrzesać. Trzeba po prostu zacząć do nich docierać w inny sposób, inaczej układać dla nich treningi, inaczej stawiać im cele, jakie mają osiągnąć. Nie można być w tym minimalistą, ale nie można było również z niczym przesadzić, wszystko musiało zostać idealnie wyważone...
W kadrze znaleźli się także pewniacy Anastasi'ego do... grzania ławy rezerwowych i trybun. A nuż Antiga dostrzeże w nich to coś, co sprawi, że podbudują swoją pozycję w hierarchii reprezentacji? Tacy Kubiak czy Ruciak mieli już dość stania w kwadracie dla rezerwowych, żaden z nich nawet nie próbował tego ukrywać. Nie okazywali jednak frustracji, bo wiedzieli, że nieposłuszeństwo zdecydowanie nie jest pożądaną tutaj rzeczą. Godzili się ze swoją rolą, chociaż w głębi duszy przeklinali trenera za to, że ten nie dawał im wystarczającej ilości szans.
Do kadry wróciło po kilku latach nieobecności parę nazwisk, które w przeszłości coś znaczyły dla naszej kadry. Ot choćby Łomacz, czy, przede wszystkim, Mariusz Wlazły. A Stéphane stwierdził, że nie wyklucza tego, że w trakcie zgrupowania będzie dowoływał jeszcze kolejnych zawodników. Na tej "liście do dowołania" figurowały nazwiska takie jak Gacek, Gromadowski, Bąkiewicz, Czarnowski czy Pliński. Oni także w każdej chwili mogli powrócić do reprezentacji.
Ostatnią, lecz wcale nie najmniej liczną grupą były tak zwane żółtodzioby, czyli kadrowi nowicjusze. Pomimo tego, że większość z nich rozegrała już jakiekolwiek mecze w biało - czerwonych barwach, nie można było ich nazywać doświadczonymi. Przecież tacy ludzie jak Kłos, Wrona, Mika, Wojtaszek, Włodarczyk, Konarski czy Bociek tak naprawdę dopiero wchodzili szerokimi drzwiami do świata wielkiej siatkówki. Co z tego, że część z nich zagrała parę meczy w zeszłym sezonie, czy którymś z dwóch poprzednich? Czy zaistnieli oni dzięki temu w kadrze? No właśnie, niekoniecznie. Ten rok miał być więc również szansą i dla nich na to, by wreszcie pokazać, na co ich stać...
-------------------------------------------------------------------------------------------------------
Jako pierwsi na zgrupowaniu zjawili się zawodnicy Mistrza Polski, PGE Skry Bełchatów. Ucieszyli się bardzo z tego powodu, znowu byli w czymś lepsi od Resovii. Niby idiotyczna konkurencja do rywalizacji, ale jednak zawsze jakaś - lepsze to, niż nic. W stronę Spodka z wielkimi uśmiechami na twarzy kroczyli więc: środkowy, Karol Kłos, atakujący, Mariusz Wlazły, przyjmujący, Wojciech Włodarczyk, drugi ze środkowych, Andrzej Wrona, oraz libero, Paweł Zatorski. Tak naprawdę, żaden nie był przekonany, że uda mu się wywalczyć sobie miejsce w składzie. No bo, gdyby tak przeanalizować ich sytuację... Kłos w którymś tam roku był powołany do szerokiej kadry, i to w sumie wszystko, na tym się jego dotychczasowa przygoda z reprezentacją zakończyła. Wlazły do gry w biało - czerwonych barwach wracał po czteroletniej przerwie, od pamiętnych Mistrzostw Świata w 2010 roku, zupełnie nieudanych dla Polaków. Włodarczyk w zeszłym roku zagrał dla Polski swoje pierwsze mecze, lecz był jedynie głęboką rezerwą. Wrona, chociaż niby należał do "wąskiego" składu kadry, najczęściej przesiadywał na trybunach, bo na jego pozycji było kilku wystarczająco dobrych siatkarzy, by grali tam, zamiast niego. Zatorski to zaś, jak uważają wszyscy, przyszłość kadry. Która na razie zbiera szlify przy najlepszym libero w historii polskiej siatkówki, a więc Krzysztofie Ignaczaku. Niby coś tam grał, lecz nie zachwycał.
To, że są ziomkami Antigi z jego byłego klubu, nie znaczy, że będą mieć u niego fory. O nie, wręcz przeciwnie. Można było się raczej domyślić, że skoro znał ich tak dobrze, to będzie wymagał od nich czegoś ekstra... Wszyscy byli jednak gotowi na ciężką harówkę. W końcu miejsca w składzie nie zdobywa się ot tak, po kiwnięciu palcem. No chyba, że nazywasz się Piechocki, a Twój ojciec jest prezesem...
-------------------------------------------------------------------------------------------------------
Niecałe dwadzieścia minut po bełchatowianach, pod Spodkiem zameldowała się grupa rzeszowska. Gdy zobaczyli swoich kolegów z zespołu Mistrza Polski byli nieco zniesmaczeni tym, że nawet w przyjeździe do Katowic tamci musieli ich wyprzedzić. Myśl ta jednak szybko została zastąpiona rozmyślaniami o tym, jak to będzie na tej kadrze, czegóż to oni mogą się spodziewać. Rozmawiali o tym, jak według nich mogłyby wyglądać treningi u Antigi, jakim on jest człowiekiem. Zastanawiali się, czy znajdą z nim wspólny język.
- Myślę, że jako zawodnicy Resovii, musimy postarać się nieco bardziej. Możliwe jest przecież, że Antiga, jako były zawodnik Skry, będzie forował swoich kolegów z drużyny. - zaczął atakujący, Dawid Konarski. W zespole narodowym grał już w poprzednim roku, lecz nie do końca spełniał pokładane w nim nadzieje. Liczył na to, że w tym będzie lepiej. Zmienił w końcu klub - z ligowego średniaka, Delecty (obecnie Transferu) Bydgoszcz przeniósł się do ówczesnego Mistrza Polski - Asseco Resovii Rzeszów. Trafił więc do zespołu, w którym grano o najwyższe cele. Nie było łatwo mu przestawić się na myślenie o tym, że każdy mecz musi być wygrany, że drużynie nie może przytrafić się żadna wpadka. Toteż pierwszy sezon w Resovii nie był dla niego spełnieniem marzeń. Ale to dzielny, ambitny, uparty chłopak. Liczy na to, że teraz będzie już tylko lepiej.
- Nie sądzę, by miał kogoś specjalnie faworyzować tylko dlatego, że grał z nim wcześniej w klubie. Trener powinien być jednak neutralny. I wierzę, że Stefan też taki będzie. - odpowiedział mu doświadczony libero, Krzysztof Ignaczak. Była to absolutna legenda polskiej reprezentacji, grał w niej już dobrych parę lat. Uznawany był za najlepszego libero w historii polskiej siatkówki. Człowiek niezwykle dowcipny i zabawny, ulubieniec wszystkich kibiców, głównie za cykl prześmiesznych filmików "Igłą Szyte", w których to pokazywał kulisy zgrupowań reprezentacji Polski w piłce siatkowej mężczyzn. Niestety, był to najprawdopodobniej jego ostatni sezon w kadrze. Lata lecą, on już młodszy nie będzie, a młodsi coraz usilniej domagają się tego, by dano im szansę. Igła chciał zejść ze sceny niepokonanym.
- Być może. Mam nadzieję, że tak będzie. - uśmiechnął się siatkarz, zwany Konarem.
- Ciekawy jestem, jak będą wyglądać u niego treningi. Czy możemy się spodziewać czegoś nowego, czegoś ciekawego. - zmienił nieco temat rozgrywający, Fabian Drzyzga.
- Wydaje mi się, że treningi wszystkich drużyn są do siebie bardzo podobne. No bo, co można robić na treningu? Najpierw robisz rozgrzewkę, jakieś tam rozciąganie się, przebieżki wokół boiska. No a właściwa część treningu to przecież nic innego jak ćwiczenie zagrywki, przyjęcia, odbicia, ataku, rozegrania. Przecież każdy zespół to szlifuje. Jasne, w międzyczasie któryś z trenerów czasem pozwala swoim zawodnikom na to, by Ci się nieco powygłupiali, na przykład próbowali przebijać na drugą stronę siatki dwie piłki na raz, albo, żeby libero sobie pozagrywał. Ale zdecydowana większość treningu jest podobna, jak u innych drużyn. - zabrał głos środkowy, Piotr Nowakowski.
- Piter, ale się rozgadałeś. - zaśmiał się popularny Igła. No tak, przecież Piotrek nie bez powodu nazywany był Cichym. Nie należał on do zbyt rozmownych, a może lepiej użyć tu słowa "gadatliwych", osób. Kiedy nie widział potrzeby, nie odzywał się. Wolał przez chwilę pomilczeć, niż powiedzieć coś głupiego. Dysponował jednak niezwykle ciętą ripostą, i kiedy tylko miał ku temu okazję, chętnie z niej korzystał. Jednym swoim tekstem potrafił rozśmieszyć do łez wszystkich swoich kolegów. Mówił więc mało, ale konkretnie. Zawsze uważał, że to lepsze, niż godzinne ględzenie bez sensu.
- Trochę się rozbestwiłem w tym Rzeszowie, przyznaję. - uśmiechnął się Pit. - Chyba zbyt dużo czasu spędzałem z Tobą, no i jakoś przesiąknąłem tą atmosferą. W Resovii przecież nikomu się twarz nie zamyka, a ponadto nie uświadczysz tam żadnego aspołecznego mruka. Czytałem niedawno, że kiedyś kibice mnie za takiego uważali. Ale ja nie byłem aspołeczny, przecież w towarzystwie innych, czy to w Częstochowie, czy na kadrze, czułem się naprawdę dobrze. Ja byłem tylko nieśmiały w stosunku do mediów, bałem się trochę kamer. Nigdy nie chciałem zostać celebrytą. No i nie chciałem też powiedzieć jakichś głupot do mediów, żeby ludzie potem nie robili ze mnie jakiegoś pośmiewiska. - zaśmiał się.
- Krzysiu, nie męcz go już, bo zaraz nam się chłopak zarumieni. - zachichotał drugi z rzeszowskich środkowych, nota bene najlepszy przyjaciel Nowakowskiego w Resovii, czyli Grzegorz Kosok. W przyszłym sezonie będzie on reprezentować barwy Jastrzębskiego Węgla, gdyż w Rzeszowie nienajlepiej radził sobie z mocną konkurencją na jego pozycji. Zdziwiony był więc tym, że dostał powołanie do reprezentacji. Prawdopodobnie tylko za nazwisko, nie za aktualną formę. Jest w końcu złotym medalistą Ligi Światowej z 2012 roku, więc byle jaki siatkarz to to nie był. Nie zaszkodzi go znów sprawdzić, a nuż zaskoczy.
- Nie zarumienię się, Grzesiu. Nie masz co się o to obawiać. Mnie już nie tak łatwo jest zawstydzić. Znaczy się, wiadomo, przed kamerami jeszcze się peszę, strzelam milion min na minutę... - znowu się śmiał.
- Ten Twój festiwal strzelania w minutę wszystkich możliwych min świata jest naprawdę na swój sposób przeuroczy. - stwierdził czarnowłosy siatkarz zwany przez kolegów Kosą.
- A dziękuję. Miło mi to słyszeć. Wracając do mojej wcześniejszej wypowiedzi, no, tak jakoś już po prostu mam, że nadal zdarza mi się mieć jakieś takie rozbiegane oczy, gdy jakiś dziennikarz się mnie o coś spyta. Ale pracuję nad tym wszystkim, staram się zachowywać się w miarę normalnie. Udzielanie wywiadu nie jest dla mnie zbyt komfortową sytuacją, ale jako sportowiec musiałem jakoś do tego przywyknąć. Oswoić się z tą nieco pozasportową otoczką siatkówki. - na te słowa blondwłosego środkowego wszyscy jego koledzy z uznaniem pokiwali głowami. Naprawdę szkoda, że tak bardzo nie przepadał za wywiadami, bo potrafił się wypowiadać w sposób niezwykle mądry. Bo to w ogóle był bardzo inteligentny siatkarz, liceum ukończył z najlepszą średnią spośród całego swojego rocznika, myślał o pójściu na studia. I zapewne byłby teraz zwyczajnym człowiekiem siedzącym gdzieś za biurkiem, gdyby nie zwyciężyła u niego miłość do sportu. Dzisiaj aż trudno uwierzyć, że Polska mogłaby nie doczekać się tak znakomitego środkowego...
-------------------------------------------------------------------------------------------------------
Krótką rozmowę rzeszowskich siatkarzy zakończyło wyjście im na powitanie przez kolegów z Bełchatowa.
- Kogo my tu widzimy? Cześć chłopaki! - krzyknął uradowany widokiem swoich przyjaciół Kłos, zwany Karollem. Podbiegł do Resoviaków, z którymi już przytulańcami i klepankiem po pleckach witały się pozostałe "Skrzaty", i po kolei przytulił się z każdym z Resoviaków. - Cześć Krzysiu, Igiełko Ty nasz kochany. Kamerę, mam nadzieję, masz?
- Mam. - uśmiechnął się libero. - Mam też dokładnie obmyślone, kto zostanie gwiazdą tego sezonu. - spojrzał wymownie w stronę jednego ze swoich klubowych kolegów.
- Że niby ja?... - bąknął, nieco nieśmiało, Nowakowski. - Krzysiu, tak jak Cię uwielbiam, tak przecież doskonale wiesz, że ja się nie nadaję do takich rzeczy. - także się wyszczerzył. - Jeśli chcesz, mogę spróbować, ale nie obiecuję, że to będzie hit Internetu. Postaram się jednak nie uciekać przed kamerą. Może nawet zgodzę się na jakiś wywiad z Tobą, tak w cztery oczy. Jeśli oczywiście, dostanę coś w zamian. - wystawił mu język. - Caritasem nie jestem, nie działam bezinteresownie. - zaśmiał się.
- Tak, Piotruś, dostaniesz swoje ulubione żelki, kupiłem ich spory zapas, będziemy mieli co zjadać w czasie wolnym. - odpowiedział libero. Wiedział, że Piter da się pokroić za swoje ukochane żelki.
- No, widzisz, jaki z Ciebie kochany człowiek. Ty wiesz, czego mi potrzeba. - nie przestawał cicho chichotać środkowy. - W takim razie się zgadzam. Mogę spróbować być gwiazdą tego sezonu, jeśli tak to sobie wymyśliłeś. Wprawdzie nie uważam, że jestem jakąś super interesującą postacią w tej kadrze, no ale rozumiem, że naprawdę masz wizję na ten sezon. Chyba mogę Ci zaufać.
- Wystarczy, Pit, że będziesz sobą. Po prostu. Będziesz tym kimś, kogo wszyscy znamy, kogo pokochali kibice. Tym samym Cichym Pitem, który tak naprawdę wcale taki cichy nie jest. A więc człowiekiem niezwykle zabawnym, optymistycznie nastawionym do życia, potrafiącym zgasić każdego swoją ciętą ripostą. Oprócz tego, niezwykle sympatycznym, pomocnym. Po prostu kochanym. - Ignaczak mógłby komplementować swojego przyjaciela w nieskończoność. Może to i dobrze, bo blondyn czasem zaniżał swoją samoocenę. Nie wiadomo dlaczego. Wiadomo za to, że wszyscy byli nieco zdziwieni tym, że Cichy zgodził się na to, żeby zostać gwiazdą Internetu. To było do niego niepodobne. No ale cóż, w życiu przychodzi czas na zmiany. Może to jest właśnie ten czas, kiedy Piter ostatecznie wyjdzie ze swojej "skorupy", otworzy się na dobre?
- Coś czuję, że to może być najlepszy sezon "Igłą Szyte". Jeśli tylko wszyscy będziemy sobą, jeśli będziemy ładnie współpracować z naszym cudownym panem kamerzystą, to może z tego wyjść coś absolutnie niesamowitego. - Karol wyjątkowo entuzjastycznie podszedł do pomysłu szalonego libero. - Dobrze, my tu gadu - gadu, a ja nie przywitałem się jeszcze ze wszystkimi - zaśmiał się. - Cześć, Dawidzie, zwany Tytusem. - uśmiechnął się i przytulił atakującego.
- Mogę mieć pytanie? - przerwał nagle Zatorski.
- Oczywiście. - odpowiedział mu Kłos.
- Skoro Konar jest Tytusem, to kto jest Romkiem i A'Tomkiem? - chłopaki na te słowa zgodnie się roześmiali i delikatnie przyłożyli sobie dłonie do czół. Strzelenie soczystego facepalm'a byłoby zbyt wredne, jak na sam początek zgrupowania. Gdy wszyscy się uspokoili, Karol kontynuował:
- Cześć, Grzesiu. - poczochrał Kosoka po jego czarnej czuprynie. - Jak tam? Jakie myśli Ci towarzyszą?
- Liczę na to, że udowodnię, że jeszcze mogę się przydać tej kadrze. - odpowiedział mu Kosa i przeczesał włosy dłonią.
- Na pewno, dasz radę, Grzechu. Wierzę w Ciebie, wszyscy w Ciebie wierzymy. Jak nie Ty, to kto? - wspierał swojego przyjaciela Nowakowski.
- Jak nie on, to ja. - zachichotał Karollo. Podszedł do blondwłosego środkowego i przytulił go. - Moja dwumetrowa gapcia. - cały czas się śmiał. - Tyle lat się już znamy, aż trudno uwierzyć. To cudowna sprawa, że aż trzech wychowanków naszego klubu gra w kadrze. - używając sformułowania "nasz klub", Kłos miał na myśli oczywiście Metro (czyli w zasadzie Legię) Warszawa, w którym to grał kiedyś razem z Wroną i Piterem właśnie. Wszyscy trzej znali się już naprawdę długo. Już wtedy zaprzyjaźnili się ze sobą.
- Tak, to cudowna sprawa - potwierdził rzeszowski środkowy. - A znaczy to tyle, że pracują tam prawdziwi fachowcy, którzy wiedzą, w jaki sposób z patyczakowatego chuchra, można w parę lat doprowadzić siatkarza do gry w reprezentacji.
- Jeśli Ty, Piotrek, jesteś chuchro, to ja jestem primaballerina. - zarechotał milczący do tej pory, Wrona.
- E no, kiedyś byłem. - również się śmiał. - Trochę siłowni i nagle stajesz się koksem. I wszystkie przedstawicielki płci pięknej lecą na Twój brzuch.
Tak, atmosfera była naprawdę sielankowa. Wszyscy znali się od dawna, w końcu mieli już wiele okazji do tego, by się spotkać, czy to na zgrupowaniach reprezentacji, czy też na meczach PlusLigi. Wśród tych siatkarzy nie było żadnych ze sobą skonfliktowanych. Owszem, nie wszyscy kadrowicze przepadali za sobą, ale akurat Ci nie mieli ze sobą nawzajem żadnych problemów. Średnio lubiany był wprawdzie niezbyt inteligentny Zatorski, ale Resoviakom to nie przeszkadzało. Denerwował on raczej zawodników Jastrzębskiego Węgla.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------
O wilku mowa. Trzech siatkarzy tegoż właśnie klubu zmaterializowało się w tej chwili obok graczy z Bełchatowa i Rzeszowa. Był wśród nich przyjmujący, Zbigniew Bartman, który liczył jednak na to, że w kadrze Antiga będzie go widział jako atakującego. Na takiej pozycji wystawiał go bowiem w kadrze Anastasi. A jemu ta pozycja bardzo odpowiadała. Krążyły jednak pogłoski o tym, że Stefan miał widzieć Zbyszka na jego nominalnej pozycji. Na tej samej, na której świetne recenzje zbierał najlepszy przyjaciel ciemnowłosego siatkarza z tatuażem, Michał Kubiak. Popularny Dzik miał za sobą chyba najlepszy sezon w PlusLidze i jego wyjazd za granicę wydawał się bardzo realny. Gdyby tak się stało, byłaby to duża strata dla jego klubu, był bowiem jedną z jego głównych postaci. Zupełnie jak młody libero, Damian Wojtaszek, który to był trzecim, ostatnim z zawodników Jastrzębskiego, powołanych w tym sezonie do kadry.
- No i znowu się zaczęło, kurwa. Jest taki miły dzień, przyjeżdżam sobie całkowicie zrelaksowany na kadrę, przychodzę pod Spodek, patrzę, a tu Zatorski. - zaśmiał się Bartman, Pozostali siatkarze delikatnie uśmiechnęli się na jego słowa.
- A Ty z Jastrzębiem przyjechałeś? Myślałem, że zabierzesz się razem z Kurkiem z tej Italii. - powiedział Konarski.
- Tak jakoś wyszło, że jechałem z chłopakami. - odpowiedział.
- Umówiliśmy się tak po prostu. - dodał Dziku.
- O, LOTOS przyjechał. - zauważył Wlazły.
Istotnie, kolejnych trzech siatkarzy zmierzało właśnie w stronę wszystkich zgromadzonych. Jeden z nich był wyraźnie czymś rozbawiony, cały czas się śmiał, opowiadał swoim kolegom jakieś dowcipy. To Grzegorz Łomacz, rozgrywający gdańskiej drużyny, niezwykle pozytywny człowiek, dobry duch drużyny. Chociaż w ostatnim czasie w klubie nie wiodło mu się zbyt dobrze, Antiga zdecydował się, że da mu szansę, po prostu go sprawdzi. McGregor, jak nazywali go koledzy, wiedział, że to zgrupowanie będzie dla niego decydujące. Jeśli teraz nie przekona do siebie trenera, to najprawdopodobniej mógłby już żegnać się z kadrą na zawsze. Nieudany sezon miał za sobą również rudowłosy atakujący drużyny z Gdańska, Jakub Jarosz. Był jednak złotym medalistą Ligi Światowej 2012, więc trudno byłoby trenerowi, bez konkretnego powodu, zrezygnować z kogoś takiego. Grać przecież w siatkówkę umie. A że ostatnio był nieco pod formą, no cóż, to się zdarza. A nuż tutaj nagle zaskoczy?
Ostatni z zawodników Trefla był na zupełnie przeciwległym biegunie swojej kariery, niż tamta dwójka. Przyjmujący, Mateusz Mika miał dopiero pokazać się całemu świata. On z kadrą jeszcze nic nie osiągnął, jest w niej, można by rzec, świeżakiem. Dobrze zna go drugi trener reprezentacji, Philippe Blain. Prawdopodobnie to właśnie on zadecydował o tym, żeby Stefan przetestował młodego gracza. Ten zaś wierzył w to, że może mu się udać pozostać w kadrze na dłużej. Czuł, że ten sezon reprezentacyjny może być dla niego absolutnie wyjątkowy. Były to myśli bardzo nieśmiałe, tak nieśmiałe, jak ten, który to je posiadał.
- Cześć, cześć, chłopaki! - krzyknął uradowany McGregor.
- Hej, Gregor. - posłał mu uśmiech jego imiennik, Kosok.
- Cześć Wam, chłopaki, cieszę się, że będę mógł z Wami trenować... - zaczął siatkarz zwany Mikusiem, lecz szybko mu przerwano.
- Następny, który zabrał się ze swoim przyszłym klubem. - zachichotał Kłos.
- Tak wyszło. - uśmiechnął się. - Przyjechałem akurat na parę dni do Gdańska, więc stwierdziłem, że przyjadę razem z chłopakami. - wytłumaczył, po czym po chwili zmienił temat. - ZAKSA na horyzoncie!
ZAKSA Kędzierzyn - Koźle, czyli następna czwórka kadrowiczów. Począwszy od niezwykle doświadczonego rozgrywającego, Pawła Zagumnego, a więc człowieka, który mógł aktualnie poszczycić się największą liczbą występów w kadrze narodowej. Z zawodników do niej powołanych, oczywiście. Ogromne doświadczenie reprezentacyjne posiadali także przyjmujący Michał Ruciak, znany ze swojej nieprzyjemnej zagrywki i charakterystycznych "rękawków", w których to właśnie ową zagrywkę wykonuje, a także środkowy, Marcin Możdżonek, nota bene były kapitan polskiej kadry. Środkowym był także ostatni z zawodników z Kędzierzyna, Łukasz Wiśniewski. On, w przeciwieństwie do popularnego Magneto, raczej dopiero raczkował w kadrze. Owszem, jest w niej już dobrych parę lat, aż od pamiętnego Pucharu Świata z 2011 roku, kiedy to nasi chłopcy zdobyli srebrny medal i wywalczyli awans na Igrzyska Olimpijskie w Londynie w 2012 roku. Nigdy jednak nie stał się znaczącą dla reprezentacji postacią. Zazwyczaj przesiadywał na trybunach, lub leczył kontuzje, na które był niestety bardzo podatny. A szkoda, bo możliwości miał nieprzeciętne. Był pewny w ataku i jako jeden z niewielu polskich środkowych, posiadał mocną zagrywkę, a nie delikatnego flota.
I jeszcze zanim zdążyli się oni przywitać z całą resztą, trzeba było już witać kolejnego siatkarza. Tym razem, samotnie na zgrupowanie dotarł przyjmujący Indykpolu AZS-u Olsztyn, Rafał Buszek. To chyba jedna z największych niewiadomych w powołanej przez Antigę kadrze, bowiem dla niekoniecznie młodego już, 27 letniego siatkarza, będzie to okazja do debiutu w biało - czerwonych barwach. Nikt tak naprawdę nie wiedział, jak on może się spisać. Czy to będzie udany eksperyment? Czas pokaże. W klubie grał świetnie, więc na powołanie z pewnością zasłużył. Będzie to kolejny sukces po tym, że przekonał do siebie Resovię, by nie wypożyczała go w przyszłym sezonie, a bardziej zdecydowanie na niego postawiła.
Niekoniecznie dobrze w swoim zespole prezentował się zaś Bartosz Kurek, również przyjmujący. Grał we włoskiej drużynie Cuccine Lube Banca Marche Macerata, z którą zdobył w tym sezonie Mistrzostwo Włoch. A teraz właśnie zjawił się w Katowicach, by walczyć z naszą drużyną o kolejne sukcesy.
- Czeeść, kochanie! - wrzasnęło ludzkie uosobienie kury i wskoczyło Piterowi na plecy. Po chwili został z nich zrzucony, bo jednak swoje ważył. No tak, to był w końcu jego najlepszy przyjaciel. Wszyscy wiedzieli, że ta dwójka ma bromans i w zupełności to akceptowali. No, Kosok tego nie akceptował. On chciał mieć swojego ziomeczka tylko dla siebie. Znaczy się, Kurka też bardzo lubił, ale najlepszego przyjaciela miał tylko jednego i chciał z nim spędzać jak najwięcej czasu. Mimo to nie zanosiło na jakąś bitwę o Piotrka pomiędzy przyjmującym, a środkowym. Często po prostu szli na kompromis i spędzali czas w trójkę.
- Baartuś! - krzyknął Nowakowski i przytulił byłego zawodnika Dynama Moskwa.
- Ej, on krzyknął. - zaśmiał się Igła. - Dlaczego ja w tej chwili nie miałem włączonej kamery?
- Oj, Krzysiu, Krzysiu, ale ja już wrzeszczałem u Ciebie na którymś filmiku. - zamrugał oczami środkowy. - Chyba, jak robiliśmy te typowania meczu naszych kopaczy, Polska - Czechy.
- Faktycznie! Wtedy to właśnie cały świat dowiedział się, że Cichy Pit potrafi być głośny. - wybuchnął dzikim śmiechem, a z nim cała reszta.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------
- Matko z ojcem, znowu jestem ostatni. - jęknął atakujący AZS-u Częstochowa, Grzegorz Bociek, gdy dotruchtał do pozostałych siatkarzy. Wszyscy byli w wyśmienitych nastrojach, śmiali się, żartowali. Cieszyli się, że znów się widzą, że spędza ze sobą trochę czasu. Będą za to niesamowicie tęsknić za swoimi rodzinami. Nie zobaczą ich przecież dobre pół roku. Ale jako zawodowi sportowcy, reprezentujący biało - czerwone barwy na arenie międzynarodowej, musieli godzić się z takim obrotem rzeczy. Przywyknęli już do tego, że przez pół roku widują tylko bandę spoconych facetów, którym bucha testosteron.
- Wcale nie jesteś ostatni. - zauważył Misiek Kubiak. - Misza i Ziomek jeszcze nie dojechali.
- A wiadomo coś, czy oni z tej Losji jadą lazem, czy jak? - zainteresował się wszystkim Buszu.
- Tak, jechaliśmy razem. - usłyszeli nagle Łukasza Żygadłę, rozgrywającego. Kadrowi żartownisie uważali, że gdyby Ziomek czytał przez telefon jakąś książkę kobietom, one na sam dźwięk jego głosu, zdejmowałyby majtki.
- Umówiliśmy się wcześniej, zgadaliśmy przez telefon szczegóły przyjazdu, no i jakoś tak wyszło, że razem tu dojechaliśmy. - uśmiechnął się przyjmujący, Michał Winiarski.
- No, to teraz już wszyscy jesteśmy razem. - powiedział Ignaczak. - Reprezentacjo Polski w piłce siatkowej mężczyzn, zgrupowanie w hali Spodek w Katowicach uważam za otwarte.
"'Don't let go
Never give up
Don't let go
Never give up
It's such a wonderful life'
Wonderful life
Wonderful life
Wonderful
Wonderful
Wonderful life
Wonderful life
Wonderful life
Wonderful
Wonderful
Wonderful life
Don't let go
Don't let go"
______________________________________________________________________________________
/ No i mamy pierwszy rozdział. ;] Jest bardzo długi, ale potrzeba było chyba jakiegoś wprowadzenia do historii. Wprawdzie, początkowo już tutaj miało coś się dziać, miało być przywitanie na hali ze Stefanem, i potem jakieś heheszki w szatni, ale wtedy ten rozdział byłby zbyt długi.
Dalsza część wprowadzenia do opowiadania znajdzie się więc w rozdziale II. Tam tak naprawdę zacznie się cała akcja, będą pierwsze psikusy wykręcane sobie nawzajem przez chłopaków.
Poznaliśmy nazwiska wszystkich 25 siatkarzy powołanych na to zgrupowanie przez Antigę. Czy któreś z tych nazwisk zaskoczyło Was? Spodziewaliście się tu kogoś innego? A może już poprzez Prolog odgadnęliście wszystkich bohaterów opowiadania?
To chyba wszystko na dzisiaj. Do zobaczenia w kolejnym rozdziale. ; )
Wow, wow, wow, tyle osobistości w jednym miejscu :)
OdpowiedzUsuńCzuję, że to opowiadanie będzie jednym z moich ulubionych :)
Kiedy możemy spodziewać się kolejnego rozdziału? :)
Pozdrawiam i dodaję opowiadanie na listę czytanych :)
Kolejny rozdział jakoś tak w środę, albo pod koniec tygodnia. :)
Usuń