19.11.2014

II. "Złodzieje z Lesotho kotlety przemycili, oj my będziem zbirów bili."

13.05.2014, Spodek, Katowice

Siatkarze weszli na teren hali i skierowali się w stronę boiska. Tam miał bowiem czekać na nich ich trener, Stéphane Antiga, oraz cały sztab szkoleniowy, z którymi to będą pracować w tym sezonie. Wchodząc na parkiet dostrzegli wyżej wymienionych. Antiga machnął ręką, na co nasi reprezentanci ruszyli wolnym krokiem w jego stronę.

- Dżjeń dobry, chłopcze, nażywam szje Stéphane Antiga i bende teraż wasz trener. Czjesze szje bardżo, że mogem praczowacz ż taka wybitna grupa siatkarze. Na poczontek chcze wam powiedżjecz, że żdaje szobie szprawa ż tego, że to nie bendżje łatwy szeżon. Że ja dopjero żaczynam, że nie mam doszwjadczenie. Liczem na wasza wyrożumiałoszcz, że wybaczyczje mi moje wszysztkie błendy. Bo takje na pewno bende popełniacz, no bo dopiero szje ucze. Żdżiwiło mje, że wasz preżesz powierzył mi polszka kadra narodowa, bo taki żeszpół, jak wy, powinien dosztacz ktosz ż bardżo duże doszwjadczenie. No ale taka była deczyżja i wjerze, że nawet taki poczontkujoncy trener jak ja, jeżd w sztanie czosz osziongnoncz. Żwłaszcza, jeszli ma dobra grupa ludżje i dobry aszysztent.

- Oczywiście, panie trenerze. Będziemy bardzo wyrozumiali. Wszyscy z dnia na dzień czegoś się uczymy, nie tylko pan. Wierzymy, że nasza współpraca będzie owocna i niejeden sukces polskiej siatkówki będzie naszym dziełem. My też byliśmy na początku nieco zdziwieni, po pana nominacji, część z nas może nawet trochę sceptycznie do tego podchodziła. Ale teraz jesteśmy tylko i wyłącznie podekscytowani tym, co nas czeka w najbliższym czasie. Głodni gry. - w imieniu całej drużyny głos zabrał jej kapitan, Michał Winiarski. O tym, że zostanie kapitanem dowiedział się początkowo przez... sms'a od Antigi. Dopiero potem oficjalnie został mianowany.

- Ale Winiar, nie mów do mnie panie trenerze. Przecież szje bardżo dobrze żnamy. Nie chcze, by ktosz ż wasz mówił do mnie trener. Wysztarczy po prosztu Stéphane. To, myszle, wprowadżi tu taka miła atmoszfera. - uśmiechnął się. - Chłopcze, pożnajczje prosze mój aszysztent, Philippe Blain.

- Bonjour, les garçons. Je suis très heureux que je peux travailler avec vous. Je crois que notre coopération sera fructueuse et nous allons trouver un langage commun avec de l'autre. {Witajcie, chłopcy. Jestem bardzo szczęśliwy, że mogę pracować z wami. Wierzę, że nasza współpraca będzie owocna, i że znajdziemy ze sobą wspólny język.} - Filip zwrócił się do siatkarzy po francusku. Niestety, większość nie rozumiała, co do nich powiedział.

- I'm sorry, but I don't understand French. {Przepraszam, ale nie rozumiem francuskiego.} - jęknął Kurek.

- Me too. {Ja także.} - stwierdził Buszek.

- Chłopaki, mogę tłumaczyć jego słowa. Znam trochę francuski. - uśmiechnął się Mika. - Teraz powiedział, że wita nas serdecznie, że bardzo się cieszy, że będzie z nami pracować. Że, tak jak Stefan, wierzy w owocną współpracę i w to, że znajdziemy wspólny język.

- Naprawdę mógłbyś tłumaczyć to, co on do nas mówi? - spytał Bartman.

- Tak. - potwierdził przyjmujący.

- Tak to się chyba nie da. Powinieneś skupić się na grze, a nie na myśleniu, jak tu przetłumaczyć dane słowo. - zauważył Paweł Zagumny.

- Guma ma raczje. Ja bende tłumaczeć wam szłowa Philippe'a, jeszli powie czosz en français, ale posztaram szje go przekonacz, by mówił do wasz po angielszki. - powiedział spokojnym tonem Stefan. - Philippe, pourriez-vous leur parler en anglais? La plupart d'entre eux ne comprennent pas le français. {Philippe, czy mógłbyś mówić do nich po angielsku? Większość z nich nie rozumie francuskiego.}

- Oui, bien sûr. Je suis désolé, je ne savais pas qu'ils ne parlent pas français. {Tak, oczywiście. Przepraszam, nie wiedziałem, że oni nie mówią po francusku.} - Filip zgodził się na propozycję Stefana. - Guys, maybe I'll say again, what I said to you, but this time I'll say it in English? {Chłopcy, może powiem raz jeszcze to, co do was powiedziałem, ale tym razem, powiem to po angielsku?}

- I think it won't be necessary. Mateusz has translated us your words. {Myślę, że to nie będzie konieczne. Mateusz przetłumaczył nam pana słowa.} - odpowiedział mu Nowakowski.

- Oh, that's very good. But once again, I'm sorry, I promise that if I just don't forget, I will speak to you in English. {Och, to bardzo dobrze. Jeszcze raz przepraszam, postaram się, o ile nie zapomnę, mówić do was po angielsku.}

- No problem, coach. {Nie ma problemu, trenerze.} - uśmiechnął się Igła.

- Do not tell me, please, by "coach". It will be enough that you will call me by name, just like to Stéphane. {Nie mówcie do mnie, proszę, poprzez "trener". Wystarczy, że będziecie zwracać się do mnie po imieniu. Zupełnie tak, jak do Stéphane'a.}

- Okay, we'll try to remember that. {Okej, postaramy się to zapamiętać.} - uśmiechnął się Żygadło.

- We will say what time will tell. - zachichotał Łomacz.

- Co Ty powiedziałeś, Gregor? - nie ogarnął do końca Konan.

- To Ty takiego klasyku nie kojarzysz? - zdziwił się rozgrywający Lotosu.

- No, nie. Co to jest za klasyk? - zapytał atakujący.

[To jest ten klasyk:

]
- Matko z ojcem. Wywiad pana kopacza, Wojciecha Pawłowskiego po angielsku dla włoskiej telewizji to jest przecież hit Internetu. Myślałem, że wszyscy to widzieli. - jęknął Gregor.

- Ja widziałem. - powiedział Kosa.

- Ja też. - dodał Piter.

- Trudno, żebyś Ty nie widział, jak wszystkie klasyki neta masz obcykane. - zarechotał Karollo.

- Ee no, wszystkie to na pewno nie. - zaśmiał się blondwłosy środkowy.

- Ale większość na pewno. - rzekł Guma.

- No może. - dalej się śmiał. - Ale to chyba nic złego?

- Nie, raczej nie. Tylko, że zamiast takimi głupotami mógłbyś interesować się czymś mądrzejszym. - stwierdził Możdżonek.

- Czytam różne strony w Internecie, nie siedzę cały czas na Kwejku czy YouTubie. - odpowiedział Resoviak.

- No, to całe szczęście. Będą z Ciebie ludzie. - uśmiechnął się Muratore.

- Dobra, dobra, ludzie, bo my tu się chyba wcięliśmy Stefanowi. A on chyba chciał nam przedstawić pozostałych członków sztabu. - powiedział Winiar.

-------------------------------------------------------------------------------------------------------


Istotnie, Stefan chciał przedstawić siatkarzom swoich pozostałych współpracowników.

- Olo, podejdż tutej. - zwrócił się do fizjoterapeuty, Aleksandra Bieleckiego. Ten posłusznie zrobił krok do przodu. - To jezd Oleg, Oleg bendzie wasz fiżjo. Oleg jezd bardżo dowczipny, wienc myszle, że szje ż nim dogadaczje.

- Ale my znamy Ola! - krzyknął Igła.

- Kto by mógł nie znać Łysego Terrorysty. - zaśmiał się Kurek.

- Kurek, uważaj, bo przez przypadek podczas masażu mogę Ci pogruchotać kości. - zażartował Bielecki.

- Nie zrobisz tego, prawda Olo? - przestraszył się Pit.

- Zrobi, zrobi. - denerwował kolegę Wrona.

- No bo, kurde, jak on mi będzie w nocy wyć, że go wszystko boli, to ja nie będę mógł spać. A żebym mógł dobrze grać, to muszę być wyspany. - wyjaśnił środkowy.

- Ty to zawsze masz problemy. - zachichotał Wiśnia, a Piotrek spiorunował go wzrokiem. - No co, prawdę mówię. Za szczerą prawdę nie można karać!

- Jeszli mowa o problemy, to jak ktosz ż wasz bendżje je mjecz, to proszem szje żwracacz do Ola, albo do Pawła. - tutaj wskazał na drugiego z fizjoterapeutów, Pawła Brandta.

- Tego kata też znamy. - jęknął Bartman. No tak, Brandt znany był z tego, że w swoim zawodzie się nie pierdoli. Jego masaże niejednokrotnie były bolesne dla siatkarzy, aczkolwiek przynosiły oczekiwane skutki.

- Ten kat, jak to mnie nazwałeś, nadal będzie was katować. - uśmiechnął się szeroko fizjoterapeuta.

- Oszczędź Paweł, jak mnie kiedyś wymasowałeś, to przez cały następny tydzień odczuwałem tego skutki. - westchnął Ziomek.

- Ale grałeś dobrze i na boisku zapierdalałeś jak oszalały. - zauważył Zagumny. - Czasem trzeba trochę pocierpieć, jeśli chce się odnieść jakiś sukces.

- Otóż to, więc proszę, bez żali. Skarg nie przyjmuję. - zaśmiał się Brandt.

- A jak któryś z nas Ci pozew wytoczy za uszkodzenie ciała? - wypalił nagle Łomacz.

- Grzeechu. - zarechotał Jarski. - Ty jak coś palniesz, to można nogi połamać.

- Jeszli połamjeczje nogi, albo czosz innego wam szje stanie, prosze żwraczacz szje do doktor, Jan Szokal. - Stefanowi perfekcyjnie wychodziła zmiana tematu w taki sposób, by równocześnie nawiązać do wypowiedzi swoich podopiecznych.

- Mam nadzieję, że doktor nie będzie miał zbyt dużo pracy. - powiedział Mika.

- Najlepiej byłoby, gdyby w ogóle nie miał pracy. - przytaknął mu Kosa.

- E, e, za opierdalanie się nikt nie będzie mu płacić. - zarechotał Kubiak.

- Spokojnie, mam swoją bandę, która zakradnie się do Ciebie w nocy do pokoju i Ci coś połamie, żebym miał jakieś zajęcie. - odpowiedział Sokal, a na jego twarzy pojawił się ironiczny uśmieszek.

- Chłopcze, chcze wam przedsztawicz osztatnie moje współpraczowniki. Dwa sztatysztyki - Oszkar Kaczmarczyk i Michał Gogol.

- Czyli Jarząbek i Jamal. - zaśmiał się Wrona.

- To ja widże, że wy tu wszysztkich żnaczje.

- No, prawie wszystkich. - uśmiechnął się Winiar. - W sumie, to chyba tylko Filipa nie znaliśmy.

- Hej, hej, a ja?! - nagle jak z podziemi wyrósł przed siatkarzami niejaki Jakub Bączek. - Dzień dobry, moje nazwisko Bączek Jakub i będę waszym trenerem mentalnym. Wpoję wam mentalność zwycięzców, dzięki czemu będziecie wymiatać na parkiecie i niczym nie będziecie się przejmować, w ogóle nie będziecie dopuszczać do siebie myśli o tym, że możecie przegrać. Będziecie walczyć do ostatniej piłki. Zrobię z was prawdziwych fighterów.

- Przepraszam, Dżejkob, żapomniałem o Tobje. Przepraszam. - kajał się Antiga.

- O mnie zawsze się zapomina. Już się do tego przyzwyczaiłem, także spokojnie. - odpowiedział.

- Przepraszam, panie Bączek, czy mógłby pan powtórzyć, kim pan jest? - poprosił Włodi.

- Trenerem mentalnym. - rzekł, po czym poprawił okulary na swoim nosie.

- Mentalista... - zamyślił się Ignaczak. - Mentalista za dwa trzysta! - dziki brecht wszystkich siatkarzy rozniósł się po całej hali.

-------------------------------------------------------------------------------------------------------


Wszyscy współpracownicy Antigi po kolei wygłaszali swoje wykłady odnośnie tego, jak zamierzają pracować z chłopakami. Ci zaś niekoniecznie ich słuchali, no bo to przecież były dla nich absolutne oczywistości, które słyszeli już nie raz. Może paru "świeżaków" z uwagą odbierało to, co przekazywali im Bielecki, Brandt, Sokal czy statystycy. A o czym oni mogli mówić? Olo i Brandt gadali o tym, jak ważne jest, by w porę zgłaszać drobne urazy, które oni by mogli rozmasować. Że złe jest granie z nie do końca zaleczoną kontuzją, bo nie daj Boże problem się pogłębi i wypadnie się z gry na parę dobrych tygodni. Dla przykładu, Bielecki podał przykłady paru zawodników różnych dyscyplin, którzy narzekali na urazy mięśniowe, między innymi mięśnia dwugłowego uda. Jeden z nich po dwóch, trzech dniach odpoczynku i masaży miał wrócić do gry. Skutek tego był taki, że po niecałych 30 minutach gry owy mięsień zerwał. I wypadł z gry na prawie pół roku. To miała być dla siatkarzy przestroga, by nie lekceważyć nawet najdrobniejszych problemów zdrowotnych.
Z kolei zaś Brandt uraczył wszystkich historią o tym, jak to jakiś sportowiec ignorował to, że ma kiepskie wyniki, jeśli chodzi o testy fizyczne. Grał do tej pory dobrze, także nie przejmował się tym ani on, ani jego trenerzy. Nie był zawodnikiem nie wiadomo jak znanego, "wypasionego" klubu, więc nie było tam profesjonalnej obsługi lekarskiej. Kto by więc zainteresował się tym, że jego wyniki wskazywały na problemy z sercem? No właśnie, nikt. O tym, jak fatalne w skutkach było to lekceważenie oznak poważnej choroby, wszyscy przekonali się pewnego pięknego dnia, gdy nagle owy sportowiec padł jak nieżywy na murawę. Natychmiast podbiegła do niego opieka medyczna, zawodnik odwieziony został do szpitala. Tam stwierdzono, że przeszedł właśnie zawał serca (i cudem go przeżył), oprócz tego wykryto poważną wadę tego organu. Nakazano mu natychmiast przerwać karierę. Nie wrócił już do profesjonalnego grania. Ta historia była więc dopełnieniem tej, którą chwilę wcześniej opowiedział Łysy Terrorysta. Wniosek z niej wynikał taki sam: nie wolno lekceważyć nawet najdrobniejszych problemów zdrowotnych. Wszystkie niepokojące objawy należy natychmiast zgłosić lekarzowi, by ten wdrożył odpowiednie leczenie, i nakazać fizjoterapeutom zastosować indywidualny tok ćwiczeń z takim zawodnikiem.
Sokal wygłosił wykład o tym, jak ważne jest to, by odpowiednio wznawiać treningi po przebytych urazach. Zbyt wczesny powrót do gry mógł bowiem skutkować odnowieniem kontuzji, a często przy okazji także jej pogłębieniem. Gdy wymawiał te słowa, część siatkarzy ziewała z nudów - przecież Olo mówił praktycznie o tym samym - że nie powinno grać się z niezaleczonymi urazami. Lekarz stwierdził, że lepszym rozwiązaniem jest wrócić do gry za późno, nawet kosztem utraty formy, jaką dysponowało się przed kontuzją, aniżeli ryzykować zdrowiem. Jedną nieprzemyślaną decyzją sportowiec mógł bowiem "zapewnić sobie" kolejne tygodnie, a w niektórych przypadkach nawet i miesiące przerwy od gry. A wtedy, to już na pewno stracą formę.
O tym, jak ważna dla zespołu powinna być praca statystyka usiłował przekonać reprezentantów Jarząbek. Sugerował on, że zawodnik w każdej chwili może podejść do niego, lub do Mieszka, i zobaczyć swoje wyniki. Jeśli nie były one zadowalające, miało to dawać chłopakom do myślenia. Dajmy na to, że komuś wybitnie nie szło na zagrywce, jeśli zobaczy, że na 10 zagrywek, 8 razy trzepnął w aut lub w siatkę, to miało to być jednoznaczne z tym, że zacznie tą zagrywkę ćwiczyć. Szlifować do upadłego. Musiał tylko znaleźć sobie przyjmującego, który był chętny, żeby go katować, czy to mocnym pociskiem z wyskoku, czy delikatną "szmatą", jak większość chłopaków zwykła nazywać floaty. Wróć, wcale nie musiał. Jeśli nikt by się nie zgłosił, ktoś zostałby wybrany przez trenera. A wtedy nie ma zmiłuj się, idziesz i przyjmujesz. I nie ma "Ale ja nie mogę, bo mam pranie!", czy innych, równie durnych wytłumaczeń, jakie to czasem były wymyślane przez tych dwumetrowców.
Gogol... No tak, ten to najpierw stwierdził, że w sumie, to nie ma nic ciekawego do powiedzenia, po czym jak zaczął pierdzielić o tym, że dobre statystyki budują dobre samopoczucie zawodnika i jego pewność siebie na boisku, przekonanie co do tego, że wykona dobrze daną akcję, to tego ględzenia nie było końca. Przekonywał, że nic tak nie poprawia humoru jak zobaczenie, że miało się 5 asów w danym meczu, 7 bloków i 90% w ataku. No przecież zawodnicy chyba sami wiedzieli, czy dany mecz im wyszedł, czy raczej nie. Chyba byli na tyle rozumni, że ogarniali, ile asów udało im się zaserwować, czy ile szczelnych, skutecznych, przede wszystkim, punktowych bloków postawić. Może tylko nie wiedzieli jaka była ich skuteczność w ataku, ale i to przecież sami mogli sobie obliczyć. Chyba wiedzieli, ile razy atakowali, i ile z tych piłek skończyli. Wystarczyło tylko jedną wartość podzielić przez drugą. A jak ktoś nie umiał tego zrobić w pamięci, to Bozia dała przecież kalkulatory...
Mentalista stwierdził, że w tej chwili nie ma nic do powiedzenia, co siatkarze przyjęli z hurraoptymizmem. Miny im jednak szybko zrzedły, gdy dowiedzieli się, że ten dziwny człowiek będzie przeprowadzać z nimi rozmowy indywidualne. Ewentualnie będzie wpadać do całej grupy, gdy ta zupełnie nie będzie się tego spodziewać.


-------------------------------------------------------------------------------------------------------


- Dobrze, chłopcze. Idżczje szje przebracz i ża pół godżina żaczynamy trening. - wygonił wszystkich siatkarzy do szatni. Ci niemalże biegiem się tam udali, tak bardzo byli bowiem spragnieni gry. Chociaż mogłoby się wydawać, że powinni być wykończeni sezonem ligowym. Nic bardziej mylnego. Część z nich była wręcz jak nowonarodzona.
Szatnia jak szatnia. Jasnożółte ściany, jakieś szafki na nich. Siatkarze mogli w nich schować, co tylko chcieli. Wyryte na nich były jakieś numery - nie było to nic innego jak po prostu numery, z jakimi zawodnicy grać będą w kadrze. Ułożone rosnąco, od 1 do 25. Szatnia została więc chyba specjalnie przygotowana na tą wizytę siatkarzy w Spodku. To, że numery ułożone były rosnąco, i np. szafka z numerem 12, znajdowała się obok tej, z numerem 13, niektórym kadrowiczom wyjątkowo nie pasowało.

- Nie będę siedzieć obok tego debila - prychnął Bartman i wskazał na Wronę.

- A ja obok tego zasranego buca. - odparował mu Andrzej w równie "miły" sposób.

- Ci to zawsze mają problemy. - westchnął Winiar.

- Ja nie będę obok niego siedzieć. Mogę siedzieć nawet sam, pod numerem 40, jeśli taki by był, ale obok niego nie usiądę. - trwał przy swoim Zibi.

- Jak masz taki problem, to możemy się zamienić. - jęknął Piter. - Siedzenie obok Winiara Ci pasuje?

- Może być. - uśmiechnął się ZB9.

- Winiar, a Tobie? - wolał się upewnić środkowy.

- No, niech będzie. Lepsze to, niż wysłuchiwanie ich problemów.

- Dziękuję Piotrek, kochany jesteś. - Zbysiu podszedł do Resoviaka i delikatnie go przytulił.

- Jak słodko. - rozmarzył się Włodi.

- Wiem, że zazdrościsz Zbyszkowi, że może mnie przytulać. - wystawił język Pit, a wszyscy się zaśmiali.
Po chwili chłopcy usiedli w końcu na swoich miejscach, z tą poprawką, że Nowakowski zamienił się nim z Bartmanem. Dziwnie wyglądał środkowy pod tym numerem 9, no ale skoro durny zawodnik już nie Modeny był nieugięty, no to ktoś musiał się z nim zamienić. Wszystkich zdziwiło to, że to właśnie Cichy wyszedł z tą inicjatywą.
Nie wiedzieli, że zaraz coś zadziwi ich w jego osobie jeszcze bardziej...
Siatkarze zaczęli się przebierać. Nie minęła chwila, gdy się zaczęły pierwsze heheszki.

- Zacne gacie! - ryknął Łomacz i zezgnonował ze śmiechu.

- Dziękuję. - wyszczerzył się Cichy. Cóż ten mądry Piotruś na siebie założył? Zielone gateczki z narysowaną pszczółeczką i podpisem "Idziemy pobzykać?"... Tak, bardzo to był "mądry" pomysł, żeby coś takiego przyodziać...

- Ej! Zmieniaj gacie, ale mi już! - wrzasnął Igła.

- Niby dlaczego ma to zrobić? Chcesz się napawać widokiem jego... stop. - w porę powstrzymał się Kosok.

- Ty to robisz praktycznie codziennie, może Igła też chce. - prychnął Kubiak.

- TE GACIE TO UKRYTA OPCJA BEŁCHATOWSKA! - kontynuował swoją myśl Ignaczak. - Cichy, Ty chuju, nie spodziewałem się tego po Tobie! Myślałem, że jesteś wierny Resovii... - westchnął.

- To nie jest żadna opcja bełchatowska. - mruknął Nowakowski.

- A skąd wiesz?! Rozmawiałeś z tymi gaciami, powiedziały Ci to?! - Igła nie przestawał.

- Rozumiem, że w tej chwili bawisz się w Zatorskiego? - wypalił Kubi.

- Nie. Dlaczego tak uważasz, Michale? - fuknął doświadczony libero. Był oburzony takimi pomówieniami.

- Bo pierdolisz gorsze głupoty niż on. On chyba nigdy nie wymyśliłby rozmowy z gaciami. Nie, to niemożliwe.

- To jest Zatorski. Dla niego niemożliwe nie istnieje. - stwierdził Ziomek.

- W sumie to masz rację. - jęknął przyjmujący.

- To zmienisz te gacie? - drążył temat Igła.

- Dobra, zrobię to specjalnie dla Ciebie. - westchnął Pit i poszedł się przebrać gdzieś do kibla. W sumie nie wiadomo po co, no ale już nie wnikajmy. Po chwili wrócił w... gaciach pomarańczowych. Nie obyło się bez wybuchu brechtu, gdyż to też nie były takie zwyczajne gatki. Bo czy tak można powiedzieć o takich, na których widnieje sporej wielkości napis "Ostra jazda to coś dla mnie"?...

- To ja już chyba tą pszczołę wolałem... - jęknął Winiar, a wszyscy głośno zarechotali.

-------------------------------------------------------------------------------------------------------


Rechotali tak dobrych parę minut, aż w końcu przebrali się wszyscy i wyszli na trening. Zaczęło się bardzo przewidywalnie, czyli od rozgrzewki. Krótkie przebieżki, rozciąganie się. Potem jakieś podskoki. Trening jak trening, nic specjalnego. Wszystkie treningi były przecież takie same.

- Chłopcze, podejdżczje do szjatka. Podbiegnijczje do ona i wyskoczczje w góra. - popatrzyli na Stefana jak na debila. - Jeżu, no, po prosztu usztawczje szje jak do blok. - taki komunikat był już dla nich znacznie lepiej przyswajalny. Szybko zaczęli robić to, o co prosił ich trener. Po chwili zaczęły się pierwsze uwagi... - Mikusz! Nje tak nerwowo, bo mi ta szjatka rożwalisz! A my nie mamy tu druga i nikt nie bendżje chczjał ża niom płaczicz! - część siatkarzy wybuchnęła śmiechem na te słowa. No tak, Mika koncertowo wleciał w siatkę, prawie, i by ją zerwał, z takim impetem to zrobił. - Możdżi! Szybczjej troche szpróbuj szje przeszunoncz do ta szjatka! Bo jak szje bendżjesz tak opjerdalacz, to nigdy nikt nie żdonżysz żłapacz blok!

- Przepraszam, Stefan. Dochodzę do siebie po kontuzji, poza tym dynamika już nie ta, bo lata lecą nieubłaganie. - westchnął środkowy ZAKSY.

- No ja rożumjem, że Ty bycz po kontużja, ale muszisz reagowacz szybczjej, bo przecziwnik nie bendżje czekał, aż mu dojdżjesz do blok. A sztary nje jesztesz, wienc beż przeszada. - wytłumaczył mu Antiga.
Przyszła pora na ćwiczenie zagrywki. Oczywiście Wlazły nie byłby sobą, gdyby nie posyłał pocisków z prędkością 120 km/h i większą. Innym też szło całkiem nieźle, przyjmujący czasem mieli spore problemy z poprawnym odebraniem nadlatującej piłki.

- Żibi, Twoja kolej. - zwrócił się do niego Stefan.

- Oczywiście, a kto będzie przyjmować moje zagrywki? - zapytał Bartman.

- Miałem na myszli, że teraż Ty bendżjesz przyjmowacz zagrywka float. - odpowiedział trener.

- To znaczy, że mam być przyjmującym? - warknął.

- No, tak. A Ty czo myszlałesz? - zdziwił się Antiga.

- Że będziesz mnie widzieć na ataku, jak Twój poprzednik. - wypalił bez zastanowienia. Nie obchodziło go to, jak Francuz zareaguje na te słowa.

- Ja czje widże na przyjenczje i u mnie bendżjesz tak gracz, chyba, że czosz nie paszuje, to wtedy porożmawiamy inaczej. - oj, chyba nieco się zdenerwował.

- Dobra, już, dobra. Bez spiny. - prychnął. - To kto ma na mnie zagrywać tym floatem? - zapytał.

- Piter, pożwól tu do mnie. - blondwłosy środkowy posłusznie poszedł w pole zagrywki.

- A, jak on, to okej. Te jego szmaty przyjmę bez najmniejszego zawahania się. - wyszczerzył się i zaśmiał ironicznie.

- Żobaczymy. Możesz żaczynacz, Piter. - podszedł do niego Antiga. - Szkop mu żad. - szepnął mu do ucha tak cicho, żeby Bartman tego nie usłyszał. No i nie usłyszał. A Cichy tylko się uśmiechnął. Pierwsza zagrywka, przyjęta w punkt przez Bartmana. - Szpróbuj żagracz nieco szybsza piłka - poradził mu. No tak, taka lecąca z prędkością 59 km/h nie mogła dla nikogo stanowić problemu... - Druga zagrywka, Bartman się nieco zachwiał przy przyjęciu, ale jednak poradził sobie z tą piłką. - Jeszcze szybczjej, szpróbuj tak powiedżmy pacznoncz jom na szjedemdżjeszjąt na godżina. - uśmiechnął się. Pit wykonał jego polecenie. Posłał piłkę z prędkością 72 km/h, a Zibi miał już poważne problemy, żeby ją poprawnie odebrać. Podczas meczu taką sytuację wpisano by do rubryki "przyjęcie negatywne". - Pojentny ż Czjebie uczeń. - Stefan komplementował środkowego. - A teraż szpróbuj nadacz ta piłka drobna rotaczja. - po tych słowach środkowy wykonał kolejny serwis. Piłka leci i płacze w powietrzu, Zibi szykuje się do przyjęcia, a tu... dupa wołowa! Piłka w ostatniej chwili zmieniła nieco kierunek, przez co przyjęcie Bartmana wyglądało, jakby łapał tą piłkę na lasso. Ta niemal natychmiast przełamała jego ręce i wylądowała za nim, na boisku.

- Czary, kurwa. - prychnął wkurwiony przyjmujący.

- Ej, on go w parę minut nauczył zagrywać! - wrzasnął Ignaczak. - Kurwa, wcześniej nikt nie mógł? Parę punktów traciliśmy przez te jego klopsy w aut. - zaśmiał się.

- Cicho siedź. - fuknął na niego Piter. - Teraz będę wymiatać. - uśmiechnął się szeroko i zamrugał oczami do Zbyszka. - Zbysiu, mogę zagrać na Ciebie raz jeszcze?

- No dobra. - westchnął ZB9. Nie wiedział, co czyni. Piłka bowiem znów przełamała mu ręce. - No czary, kurwa, istne czary. Stefan, Ty szamanie, piekło się o Ciebie upomni.
Wszyscy spojrzeli na niego jak na debila. W międzyczasie Stefan pokazał, że to koniec treningu.
- Nie patrzcie się na mnie, jak na debila - parsknął. Brawo za spostrzegawczość, panie Zibi.

- Jak mowa o debilach, to zagrałbym sobie w debiliadę. - zachichotał Karollo.

- W co? - jęknął zdezorientowany Buszek.

- W debiliadę. Czyli siatkarską wersję Familiady. - wytłumaczył mu Endrju.

- Mogę zacząć? - zapytał Kosok.

- Jasne. - powiedział Winiar.

- Więcej niż jedno zwierzę to? - zadał podstawowe pytanie. No tak, w końcu to był klasyk. Niekoniecznie z kwejka.

- Wrona? - zarechotał Karollo, po czym cała hala wypełniła się śmiechem siatkarzy.

- Ja Ci, kurwa, dam Wrona! - fuknął na niego Endrju.

- Lama, kurwa, deklu, nie znasz się. - wypalił Cichy.

- Piter! - wrzasnął Kurek.

- No co? - syknął poirytowany środkowy.

- Jak Ty się wyrażasz, gówniarzu?! - ryknął Igła.

- No, powiem Ci. Zadziwiłeś wszystkich. - pokiwał głową Możdżonek.

- Niby czym? - prychnął.

- Tym, że znasz przekleństwa. - objaśnił mu zawodnik ZAKSY.

- A już zwłaszcza tym, że ich używasz. - dodał Guma.

- Weźcie już nie róbcie ze mnie takiego Dziecka Słońca. Z Zatorskiego proszę bardzo, ja jestem normalny. - bronił się blondyn.

- Nie, nie, Ty jesteś Cichy. - palnął Rucek.

- Mam już tego dosyć. Wszyscy uważają mnie za jakąś miękką pipę. - westchnął.

- A takową nie jesteś? - prychnął Kubiak.

- Nie. Może faktycznie byłem do tej pory zbyt spokojny, zbyt wyciszony... No cóż, postaram się to zmienić. - uśmiechnął się.

- Chyba już się boję. - jęknął Konan.

- Ej, ej, mogę się wtrącić? - zapytał Zator.

- Nie. - odpowiedział szybko Bartman.

- Mów, co chcesz, byle szybko. - westchnął Winiar.

- Bo mówicie, że więcej niż jedno zwierzę to lama... - zaczął Zati.

- No. - potwierdził Kłosik.

- Ale... lama to jest jedno zwierzę... - dokończył swoją myśl libero. Panie Zatorski, odkrył Pan Amerykę.

- Zatorski, wyjdź, albo Ci w tym pomogę. - warknął Zbyszek.

- Naprawdę mi pomożesz? - uśmiechnął się młody libero. - Bo wiesz, czasem mnie nogi bolą.

- Nie. - prychnął przyjmujący.

- Ech, z Waszej strony na żadną pomoc nie można liczyć. A w sumie, to chciałem Was poprosić jeszcze o coś. Ale widzę, że to chyba nie ma sensu... - bąknął Zatorski.

- Może ma sens. Zawsze walto splóbować. - uśmiechnął się Rafał.

- No to... pomoglibyście mi w czymś? - zapytał z nadzieją.

- Ojezu, już się boję. - zachichotał Pit.

- W czym? - Buszu najwyraźniej chciał pomóc koledze.

- No ten, no... Szukam dziewczyny, która... szuka chłopaka, z którym mogłaby rozwijać się intelektualnie... - wypalił.

- Sorry, to Ciebie trzeba rozwijać intelektualnie. - parsknął Dziku.

- Jego się nie da, jemu już nic nie pomoże. - dodał Włodi.

- Jego można tylko zwinąć. - wtrącił Zagumny.

- Ej, przestańcie! Udowodnię Wam, że tak nie jest! - wrzasnął Zati.

- Ale Ty nam nie musisz nic udowadniać, my wiemy, że jesteś Dzieckiem Specjalnej Troski. - zaśmiał się Mika.

- Weźcie go jeszcze nie skreślajcie... Może coś z niego będzie. - westchnął Wojtaszek.

- Parę sztuk chłopa już tutaj wyrosło na ludzi, więc może i jemu się uda. - poparł go Ruciak.

- Na przykład kto niby był jakimś takim typowym ancymonem i się wyrobił? - nie ogarnął Kosok.

- Noo... Choćby Twój najlepszy przyjaciel. - objaśnił mu Rucy.

- Że niby ja? - Piter był zdziwiony.

- Nie, ksiądz kardynał. - syknął Dzik, a wszyscy wybuchnęli śmiechem. Nawet zgaszony tekstem Miśka środkowy. by po chwili...

- Ej, ja żadnym ancymonem nie byłem! Wypraszam to sobie! - wrzasnął coraz bardziej poirytowany Pit, a pół sali otworzyło usta ze zdziwienia.

- Ej, on umie krzyczeć. - wypalił w końcu po krótkiej chwili ciszy Bartman.

- Od zawsze umiałem. - westchnął

- Jakoś nie było mi dane wcześniej się o tym przekonać. - drążył temat Zibi.

- Masz jeszcze jakieś skrywane do tej pory sekreciki? - zainteresował się Mika.

- Ej, a co Wy się tak mną interesujecie? - dopytywał się Resoviak.

- No bo Ty jesteś takim wyjątkowo ciekawym obiektem... - nie zdążył powiedzieć o co mu chodziło, bo Piter mu przerwał.

- Sam jesteś obiektem. - fuknął na niego.

- Ej, daj mi skończyć myśl. Jesteś wyjątkowo ciekawym obiektem do obgadywania. Po co gadać o takim, na przykład, Wronie? On jest nudny! - krzyknął Mika i głośno się roześmiał.

- Ej! - wrzasnął Andrzej. Chyba mu się nie spodobało, że ktoś uznał go za nudnego. - Wcale nie jestem nudny.

- Sorry, Twoje samojebki już nam się przejadły. - powiedział Zagumny.

- Karol też je pizga. - bronił się Endrju.

- Ale Karol jest sympatyczny i zabawny. A Ty nie. - zauważył Drzewo.

- No, i Piotrek też. - stwierdził Mika.

- Miło mi, że uważacie mnie za kogoś ciekawego. - uśmiechnął się Piotrek.

- No sorry no, ktoś, kto potrafi rzucić takim pociskiem, że sprawia, że Zagumny leży i kwiczy na podłodze, nie może nie być ciekawy. - uśmiechnął się Kosa.

- Miło. Jeszcze jakieś komplementy? - zachichotał.

- Jesteś miły, uroczy... - zaczął wyliczać Igła.

- ... i dobra z Ciebie dupa. - wypalił Bartman. Siatkarze zaczęli turlać się ze śmiechu po podłodze, po prostu na niej zgonować.

- Serio, Zbysiu? Dziękuję. - zarechotał wyjątkowo rozbawiony Nowakowski.


- Serio. Brałbym Cię, gdybyś nie był facetem.

- Wyrobiłeś się w tym roku. Liczba hotek wzrasta Ci w zastraszającym tempie. Boję się, że niedługo zapomną o tym, że istnieje ktoś taki jak Bartosz Kurek. - jęknął Siurak.

- Bartosz kto? Nie znam. - prychnął Drzyzga.

- Bartosz Siurek. - zachichotał Łomacz.

- Współczuję Ci, człowieku, że masz tak chujowe nazwisko.

- Nazwiska się nie wybiera. - rzekł Jarski.

- Ale zawsze można je zmienić. - odpowiedział mu Drzyzga.

- Ej, ktoś z Was kiedyś chciał zmienić sobie nazwisko? Albo imię? - zapytał najwyraźniej bardzo zainteresowany tym tematem Igła.

- Myślałem, czy nie wywalić tego "r", ale stwierdziłem, że to by głupie było. - przyznał się Bartman.

- Batman faktycznie brzmiałby głupio. - poparł go Guma.

- Noo... ja myślałem. - bąknął nieśmiało Ziomek.

- Trudno o tym nie myśleć, jak ma się nazwisko kojarzące się z rzyganiem. - prychnął Dziku.

- Ja też się zastanawiałem. Ale doszedłem do wniosku, że w sumie, to nawet śmieszne jest. - uśmiechnął się Łomacz.

- No tak, Łomacz też nie brzmi zbyt szczęśliwie. - zauważył Konarski.

- A jak brzmi Wlazły? - westchnął Mario.

- No, też nie za ciekawie. - stwierdził Buszek. - Właściwie, to Buszek też tak niezbyt...

- Jeju, zmieńmy temat, bo zaraz nam tu połowa składu w depresję wpadnie... - zarządził Zagumny.

- A może ktoś myślał nad zmianą imidżu? - zapytał ZB9.

- Kumple mnie kiedyś namawiali, żebym się pierdolnął na rudo, bo że niby będzie mi pasować... No to w końcu ustaliliśmy z czwórką moich ziomków, że się na wakacje wszyscy tak dla jaj zrobimy... Matko, chcę zapomnieć. To jakiś koszmar był, jak w lustro patrzyłem. - jęknął Cichy.

- O żesz fuck. No proszę, proszę. Kogo jak kogo, ale Ciebie to bym w życiu o coś takiego nie podejrzewał. - zaczął Wlazły. - Masz jakieś zdjęcia z tego okresu?

- Mam, ale głęboko schowane w czeluściach mojego laptopowego archiwum. Jak chcę się zdołować, to je sobie włączam. I patrzę i łapię się za łeb, że taki durny byłem. - westchnął środkowy.

- Ale pokażesz nam kiedyś te zdjęcia? Weź no, zbierzemy się wszyscy w jakiś dzień, każdy przyniesie jakieś swoje kompromitujące zdjęcia i pobrechtamy się wszyscy z siebie nawzajem. - zaproponował Igła.

- Chociaż nie lubię oglądać jakichś durnych zdjęć, tak przyznam, że chyba nawet do gustu przypadł mi ten pomysł. - Guma sam był zdziwiony tym, że podobało mu się to, co wymyślił Krzysiek.

- Taki maraton ze śmiesznostkami. Można by jeszcze przynieść głupie filmiki. - zachichotał Włodi.

- Ma ktoś jakiś taki mega śmieszny? - pociągnął temat Bociek.

- No. Jak Endrju siedzi przy kiblu i trzyma szczotkę do owego kibla, a Włodi schyla się do kibla, łeb ma praktycznie już w nim, a Andrzej mu go klapą przytrzaskuje. - wypalił Karollo.

- Ja Was chyba nie znam. - jęknął Winiarski.

- Ja też się do nich nie przyznaję. - dodał Wiśnia.

- Ja mam dzikie rzeszowskie śpiewy pod prysznicem. - zarechotał Igła, na co Kosa, Pit, Buszu, Fabian, Mikuś, Konan i Zibi zaczerwienili się jak buraki.

- No, widzę, że zacny skład zespołu śpiewaczego tam macie. - powiedział roześmiany Bociuś.

- Bardzo zacny, tylko że czasem co poniektórzy - tutaj Zibi spojrzał się na Kosoka. - wyją przeraźliwie. Ale czasami, no wiesz, włazimy sobie wszyscy razem pod prysznic i urządzamy koncert. - rzekł Bartman i przeczesał palcami swoje włosy.

- To dlatego ostatnio Lotman rzucał jakimś czymś w kabinę? - zaczął Konan. - Wiecie, akurat wtedy chory byłem, leżałem w domu w łóżku, to nie jestem w temacie.

- No, śpiewaliśmy sobie z Krzysiem i Grzesiem. - uśmiechnął się Piter.

- Czyli pewnie Kosok znowu wył... Jego wycia nie idzie strawić, naprawdę. Skoro Lotman walił Wam w kabinę, to chyba jasne było to, że mieliście się zamknąć... - westchnął Zbyszek.

- E, to Ty nie słyszałeś, jak Cichy potrafi wyć. Nie wiem, który wyje gorzej. - zachichotał rozbawiony Ignaczak i spojrzał na środkowych.

- Ryj, Ignaczak! Wydawało Ci się, że wyję. Ja pięknie śpiewam. - fuknął Piotrek. - Idę się obrazić. Foch forever na 5 minut z przytupem i melodyjką.

- Alee... Piotruuś... - bąknął libero.

- Nic nie mów, jestem na Ciebie obrażony na 5 minut. Nic już do Ciebie nie powiem przez ten czas, więc nie masz co nawet próbować. - syknął.

- Alee... - ciągnął.

- Powiedziałem już, że nic do Ciebie nie powiem. Wyraziłem się niejasno?

- Wyraziłeś się bardzo jasno, a cały czas z nim gadasz. - zauważył Mika.

- Kurwa. - zaklął pod nosem.

- E, e, hamuj! - krzyknął Kubiak.

- Hamuj piętą. - dodał Rucek.

- Bardzo usilnie pracujesz dziś na to, by przestano Cię uważać za spokojnego. Zastanów się, czy na pewno tego chcesz. - stwierdził Możdżonek. Wszyscy spojrzeli na niego jak na idiotę, ale nikt nie miał odwagi nic mu odburknąć. Koniec rozmowy.

-------------------------------------------------------------------------------------------------------


Siatkarze bowiem udali się na posiłek. Taka tam drobna przekąska po treningu przyda się każdemu, na odbudowę sił. Wszystko fajnie, każdy sobie wyciąga to, co przygotował sobie na dzisiaj. Są więc różne kanapeczki, z serkiem, szyneczką, ogóreczkiem, pomidorkiem, do wyboru, do koloru. Były rogaliki, z czekoladą, różnymi dżemikami. Równie duży wybór był w jakichś tam sałateczkach, ktoś sobie przyniósł paróweczki, inni wchrzaniali ciasteczka. I tutaj znowu, co kto woli: rodzynkowe, owsiane, czekoladowe, jakieś batoniki, suche wafle, chrupkie chlebki, sucharki. Ktoś wyciągnął sobie jogurt owocowy. Jeśli chodzi o picie, wybór też jest różny. Większość siatkarzy zdecydowała się na kawę, różnego rodzaju. Espresso, latte, mokka, co kto lubi. Część wolała wziąć herbatę, jeszcze inni wybrali owocowe soki. I tutaj znów paleta smaków - jabłkowy, gruszkowy, wiśniowy, winogronowy, marchwiowy, truskawkowy, malinowy. Znaleźli się w końcu amatorzy smakowego mleka z firmy Mleczna Dolina. Zdecydowało się na nie dokładnie trzech zawodników, z czego jeden popijał smak pistacjowo - kokosowy, drugi bananowy, a trzeci truskawkowy. Wszystko wydawało się najzupełniej normalne. Na dworze słoneczko świeciło, kwiatki rosły, ptaszki śpiewały, pszczółki wesoło sobie bzykały.
Ale czy u tych chłopaków cokolwiek mogło być normalne? No właśnie, nie mogło. Także i tutaj, na stołówce, musiał znaleźć się jeden "ęteligęt". Tym razem padło na Małego.

- Co to, kurwa, jest? - skrzywił się Wiśnia, patrząc na jego talerz.

- To jest moje ulubione danie. Jeż, mięsny jeż. - objaśnił mu Wojtaszek.

- No chyba nie. - jęknął Kurek.

- No chyba tak. - uśmiechnął się libero Jastrzębskiego Węgla. - No zobaczcie, tutaj ma oczka, tutaj uszka, a tutaj buzię, no widzicie, jaki to jest słodziak?

- Ehe, słodkie jak poezja klozetowa. - prychnął Pit.

- Piter! - wrzasnął Kosa.

- No co? Właśnie sobie przypomniałem moją twórczość z dzieciństwa. - zachichotał środkowy.

- To znaczy? - zapytał, z widocznym strachem w oczach, Winiarski.

- To znaczy, że napisałem kiedyś wiersz o sedesie. - zamrugał oczami Resoviak.

- Matko z ojcem. - jęknął Buszek.

- Ej, to jak, podoba Wam się mój mięsny jeż? Dać Wam przepis na takiego? - zaczął się dopytywać Wojtaszek.

- Nie, kurwa, powiedzcie mi, że ja śnię, że on naprawdę nie źre takiego gówna na co dzień. - westchnął Kubi i złapał się za głowę.

- Oczywiście, że jem. To wcale nie jest gówno. Jest bardzo smaczny. I pożywny. Sam spróbuj. - Mały zachwalał to wątpliwej jakości danie.

- Takim czymś to Ty się nie wyżywisz. - stwierdził Zagumny.

- A zdziwiłbyś się. Naprawdę, zawsze po zjedzeniu go, czuję się najedzony. - pogłaskał się po brzuchu.

- Gówno je, gówno gada. - skwitował słowa libero Możdżonek. - W sensie, że bzdury. - sprostował swoją wypowiedź, bo widział, że niektórzy chyba nie do końca zrozumieli jej sens.

- Ej, w sumie, to to chyba i tak jest lepsze, od tych brokułów, które codziennie wpierdala Dzik. - zastanawiał się Bartman.

- Fuuj, nienawidzę brokułów. - skrzywił się Zati.

- A kto je lubi? - jęknął Miki.

- Na przykład ja. - uśmiechnął się Igła.
Fabian w tej chwili spojrzał na Zatorskiego. Jako, że nienawidził brokułów i jedzenia podobnego do nich, postanowił nieco zmienić temat i poznęcać się nad młodym libero. To może być o wiele ciekawsze od wysłuchiwania smętów o znienawidzonym żarciu. I zdecydowanie, o wiele śmieszniejsze. Uśmiechnął się znacząco w stronę Zatora, ale ten tego nie zauważył. Trudno, zacznie rozmowę tak z zaskoczenia.

- Ej, Ty. - zaczął więc po krótkiej chwili Drzyzga.

- Co? - spytał nieco zdezorientowany Zati.

- Powiedz coś o sobie. - zarządził Zagumny. Chyba wyczuł, że z tego może rozegrać się niezła akcja.

- Jestem mądry. - uśmiechnął się libero już nie Skry.

- Ta, a ja, kurwa, Dżony Mielony. - parsknął rozbawiony Cichy.

- Dżony Mielony, kotlet spalony. Lalalalala, kto go tak sfajczył, ten dostanie lanie, lanie po fajfusie, albo po kolanie - zaczął wyć, bo śpiewaniem tego nie szło nazwać, Dziku.

- Eee? - jęknął Bociek.

- Złodzieje z Lesotho kotlety przemycili, oj my będziem zbirów bili. Lalala, przez okno wywalili je, a ta piosenka jest tak pojebana, że aż umrzeć się chce. - dokończył pieśń.

- Aha. Piękne żeś arcydzieło muzyki zapodał nam tutaj wszystkim zgromadzonym, o czcigodny waćpanie. - rzekł Drzewo.

- Weź zmień dilera, najlepiej na takiego, co nie handluje przeterminowanym towarem. - westchnął Jarosz.

- Dlaczego, dzielny padawanie, wysnuwasz teorię, iż mój diler sprzedaje mi przeterminowane specyfiki? - Możdżon wydawał się zdziwiony reakcją atakującego.

- Kurwa, specyfiki... Nie mogłeś po prostu powiedzieć, że żelki? - jęknął Kurek.

- Nie, azaliż jest to takie dzisiejsze. - stwierdził.

- No, no to mówię, że towar masz przeterminowany, frajerze. - fuknął Jarski.

- Dlaczegóż tak uważasz? - środkowy nadal nie ogarniał.

- Bo niby dlaczego w innym wypadku miałbyś pierdolić dialektem jakiegoś średniowiecznego wiochmena? - wypalił Włodi.

- Gdyż, to mi się, mój miły przyjacielu, bardzo podobuje. - odrzekł zawodnik ZAKSY.

- A mi nie, więc skończ, kurwa, pajacować i zacznij się w końcu zachowywać jak człowiek. - warknął Zibi.

- A śledniowieczny wiochmen to niby nie jest człowiek? - zaczął drążyć temat Buszu.

- Dobra, dobra, wróć, bo chyba przeoczyliśmy ważne zdanie. On serio powiedział, że jest mądry? - przerwał kłótnię Guma.

- No. - potwierdził Konarski.

- Weź tak perfidnie nie kłam, człeniu, bo prawie Ci uwierzyłem. - tutaj Bartman zwrócił się do Zatorskiego.

- Chłopcze, koniecz obiadu! Idżczje do szjebie! - krzyknął Stefan stojąc w drzwiach prowadzących na stołówkę.
I siatkarze faktycznie poszli, każdy w swoją stronę, do swojego pokoju.

____________________________________________________________________


/ Mamy drugi rozdział. Siatkarze zapoznali się ze sztabem szkoleniowym, a ten wynudził ich swoimi kazaniami. Wyniknęły pierwsze drobne nieporozumienia, na przykład z nieznajomością języka francuskiego. Stefan zaprosił chłopaków na pierwszy trening i wygląda na to, że chyba nauczył Pitera zagrywać.
Cud się stał? Chyba tak.

W międzyczasie w szatni wybuchł pierwszy skandal, a wywołał go oczywiście Zibi, no bo kto inny mógł to zrobić?
Na szczęście znaleźli się mądrzejsi od niego, którzy potrafili zaproponować rozwiązanie satysfakcjonujące każdego.
Jak myślicie, czy gacie w pszczółkę naprawdę były ukrytą opcją bełchatowską? I co sądzicie o tych tekstach na tych gatkach? Zdziwiły Was?

Pierwsze heheszki, czyli debiliada, która oczywiście nie mogła być udana, bo chłopcy natychmiast zmienili ją w dyskusję o tym, kto jest fajny, kto nudny, kto ma dobrą dupę, a kto powinien się ogarnąć.
Słitfocia pod prysznicem z siatkarzami Resovii? Strzelałabym.


Przepraszam za to, że rozdział jest taki monotematyczny, a może raczej lepiej byłoby rzec... Piterotematyczny. To jest zamierzony efekt. Wiem, że mogłabym w sumie w krótki sposób opisać ten rozdział jako "Szaleństwa i zdolności Piotra Nowakowskiego", ale chciałam po prostu jak najszybciej zerwać z wizerunkiem grzecznego, cichego chłopaka. Wszędzie taki jest, u mnie on taki nie będzie. Nie wiem, dlaczego wszyscy robią z niego ofiarę losu, ja nie zamierzam.
Jego postać, jak i parę innych są dokładnie wykreowane. I inne nie będą. Chyba. ;)
Dodam jeszcze, że Wiersz o Sedesie to rzecz z życia wzięta, sama takowy napisałam.
Aha, kumpeli też głowę klapą od kibla kiedyś w gimbazie przytrzaskiwałam.

Przekąska w stołówce nie mogła być normalna, bo z tą bandą nic normalne być przecież nie może. I tak oto mamy amatora mięsnych jeży. Dowiadujemy się też, kto nie lubi brokułów.
Pierwsze bezlitosne żarty z Zatiego, przy okazji swoim wyszukanym językiem popisuje się Muratore. A Kubi udowadnia, że śpiewać nie umie.

Na dzisiaj to tyle, do zobaczenia w następnym rozdziale. : )

P.S. Dobra, pisałam, że tamten rozdział był długi. Ten jest dla odmiany jeszcze dłuższy... x.X

6 komentarzy:

  1. Długi ale wcale nie nudzący wręcz przeciwnie, bardzo wciągający, ciekawy i co najważniejsze śmieszny :D No proszę, Piter umie krzyczeć O.o :D Ehhh jalie Zbyszek ma problemy... A to z tymi nazwiskami to dopiero pojechałaś po całości xD Nawet nie dadzą Małemu zjeść mięsnego jeża... no co za banda
    Czekam na,kolejny
    Pozdrawiam ;**

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Piter ma wiele talentów. Jednym z nich jest umiejętność krzyczenia. ;)
      Z nazwiskami to dopiero pojadę po bandzie w jednym z późniejszych rozdziałów. :D

      Ja też pozdrawiam. :*

      Usuń
  2. Przeczytałam wcześniej, ale z braku czasu dopiero dzisiaj komentuję ;)
    Chłopaki są tak uroczy, że nie wiem już z którego mam większą bekę :) Chyba najbardziej rozbawiły mnie bokserki Pita ze znaczkami konkurencyjnych klubów. Czyżby Cichy prowadził rozmowy z konkurencją?

    Pozdrawiam i po cichu dodaję, że pojawił się kolejny rozdział :) http://zabawa-w-dwa-ognie.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Czyżby Cichy prowadził rozmowy z konkurencją?"
      Nie. :)
      Ta pszczoła była zwykłym zbiegiem okoliczności. :) Szczerze mówiąc, nawet nie pomyślałam o tym, żeby Piter faktycznie zastanawiał się nad zmianą klubu. Możliwe jest jednak, że inni siatkarze tak to odebrali.
      Znalazłam taki obrazek z pszczołą gdzieś w Internecie i stwierdziłam, że to dobry motyw do wykorzystania w tym opowiadaniu, po prostu. :)

      Usuń
  3. Łał, jaki dłuuuugi :) Zabawny, śmieszny jak nic xd Piter się otworzył......
    Pozdrawiam i zapraszam na czwóreczkę
    http://zgubic-sie-to-nie-wstyd.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Długi, co wcale nie będzie regułą, bo weny zaczyna brakować... x/
      Staram się, by każdy rozdział był zabawny. :)

      Usuń