[OSTRZEŻENIE: Ten rozdział wyszedł mi długi, za długi. Znacznie dłuższy, niż mi się wydawało, że jest. Przepraszam za jego długość.]
10:00 rano. Kwiatki rosną, słonko świeci, ptaszki śpiewają, siatkarze mają kaca... No, nie wszyscy. Znalazł się jeden, który obudził się rześki, pełen werwy i energii. Był to oczywiście nie kto inny jak... Paweł Zatorski. Tak, Zator, jako że mądry nie był, nie wiedział, ile alkoholu potrzeba do tego, żeby się upić. Więc wypił za mało, by to mogło mu się udać. No i jak widać, skorzystał na tym. Zwlekł z łóżka swoje ciało, ubrał się w jakąś koszulkę i krótkie spodenki. Poszedł do swojej (i Kłosa) łazienki. Spojrzał na swoje odbicie w lustrze.
- Nie jest dobrze, ale zawsze mogło być źlej. - stwierdził, gdy zobaczył, że jest troszkę blady i ma nieco podkrążone oczy. Inni na pewno nie wyglądali lepiej. Nie mogli wyglądać lepiej, skoro wszyscy byli na kacu...
Zsunął spodnie i gatki na odpowiednią wysokość i stanął przodem do kibelka, chcąc załatwić swoją potrzebę fizjologiczną. Gdy zaczął, usłyszał jakiś przeraźliwy jęk, skutkiem czego... przestraszył się i nie zapanował nad swoim ptaszęciem. Obszczał kibel.
- Kurwa mać. - jęknął i chwycił po papier toaletowy. Wytarł zapaskudzony moczem tron, następnie kolejnym urwanym z rolki kawałkiem się podtarł. Wywalił zużytą srajtaśmę do klopa, po czym uruchomił spłuczkę. Ponownie podsunął bokserki i spodenki na tyłek. Podszedł do wanny i odkręcił kran. Chciał puścić sobie wodę zimną, ale jako, że pojebały mu się kolory, strużka poleciała bardzo ciepła.
- Ja pierdolęę. Prawie bym się oparzył. - westchnął. - Jaki ja jestem nieogarnięty. Powinienem się leczyć na głowę, bo na nogi za późno. Tak, tak to chyba leciał ten tekst, nie? Tak, tak, Pawełku, tak, na pewno. - bredził sam do siebie. Nie, Pawełku, tak ten tekst nie leciał.
Przekręcił kurek w kranie na zimną wodę i czekał. Czekał, i czekał, mijały dni, miesiące, mijał rok, a wody w wannie jak nie przybywało, tak nie przybywa nadal. Zatrzymała się na pewnej ilości i raczej nawet po ociupince ubywała... Zati spojrzał w głąb wanny.
- Nie wsadziłem tego dydola, którego się zakręca, żeby woda nie wylatywała z wanny! - trzasnął się w łeb widząc swoją głupotę. Szybko naprawił swój błąd i owy "dydol" był już na swoim miejscu. Paweł zaczął nim kręcić w jedną stronę, ale pieprzony "kręciołek" ani drgnął. - Maryjo, nie w tą stronę... - zaczął kręcić w drugą. Podziało. Woda przestała uciekać... Wtedy to właśnie przypomniał sobie o pewnej rzeczy... - Piana! - wrzasnął i szybko wrzucił odpowiednią substancję do wanny.
Wanna więc napełniała się, a młody libero zaczął się rozbierać do kąpieli. Ściągnął spodenki i... tak nimi rzucił, że te, zamiast wylądować na pralce... wpadły do sedesu, który to nie został zamknięty przez nieogarniętego siatkarza. Dlaczego? Bo zapomniał, po prostu. Zatorski złapał się za głowę i wyciągnął mokre, niezbyt przyjemnie pachnące portki z "wody". Rozłożył jakiś ręcznik (oczywiście nie swój, tylko Karola) na pralce i na nim położył śmierdzącą część swojego ubrania. Następnie zdjął z siebie koszulkę i ułożył na zamkniętej już klapie od kibelka. Nie chciał kłaść jej tam, gdzie leżały spodenki, nie chciał, by przesiąkła ich zapachem...
Błyskawicznie zrzucił z siebie bokserki, po czym sięgnął do swojej torby. Bo trzeba wspomnieć o tym, że Zatorski do łazienki chodził z torbą. Nie wiadomo dlaczego. Cóż ten mądry inaczej libero zamierzał uczynić? Ależ oczywiście, wyjął telefon komórkowy i strzelił sobie selfie. Serio? Zatorski strzelający sobie nagie selfie w łazience?... Matko z ojcem i siostro z bratem... Spojrzał na wyświetlacz swojej komórki i pokręcił głową zniesmaczony, wręcz z niedowierzaniem.
- Nie rozumiem, co robię nie tak. Przecież od miesiąca robię sobie zdjęcia fajfusa, tak jak to było napisane w "Świerszczyku"... Tylko, że tam wszyscy chwalili się, że im rośnie. A ten mój nic. Ani o milimetr... - westchnął. Ma pan bardzo poważne problemy, panie Zator.
Schował telefon do torby i chwycił za mydło. No, próbował chwycić, bo mu się z rąk wyślizgnęło i spadło na kafelki.
- Jeezu, niee, teraz go nie chwycę, bo mnie ktoś zgwałci, tak, jak to się robi w więzieniu. - zaczął się trząść ze strachu jak osika. Dopiero po chwili zorientował się, że to przecież jest niemożliwe, bo nikogo, oprócz niego, oczywiście, w tej łazience, nie było. Palnął się otwartą dłonią prosto w czoło, po czym zaczął się schylać po to mydło. Niemal natychmiast jednak wzdrygnął się i powrócił do pozycji pionowej. - A co, jeśli duch mnie zgwałci? Ojeju, ojeju, o ja nieszczęśliwy, spadło mi mydło, muszę je podnieść, i ktoś na pewno mnie przeleci. - biadolił jak potłuczony. - Dobra, do odważnych pan Bóg daje. A co mi tam. - schylił się po to mydło. Chwycił je w dłoń, podniósł i odłożył na miejsce. - Nie zgwałcono mnie! - wrzasnął.
W międzyczasie woda w wannie zdążyła się już podnieść do pożądanej wysokości. Zator zakręcił więc kurek, by po chwili zanurzyć się praktycznie całym w przyjemnej, ciepłej cieczy. Zgarnął trochę piany i zaczął obkładać nią całe swoje ciało. Całkiem sporo białej, lepkiej rzeczy, włożył sobie na głowę.
- Piękną mam perukę. - uśmiechnął się i kontynuował kąpiel. Nie doszło podczas niej już do niczego śmiesznego, pomijając to, że mydło co chwilę wpadało mu do wody, a on zamienił w pienistego ludzika...
---------------------------------------------------------------------------------------------------
W międzyczasie, w innym z pokoi, obudził się kolejny siatkarz. Był to dość wysoki, ciemnowłosy rozgrywający, charakteryzujący się zarostem na twarzy, raczej stosunkowo bujnym. Jego cechami charakterystycznymi były też wieczny banan na gębie i wyjątkowo durny śmiech. Tych dwóch ostatnich w tej chwili jednak nie można było uświadczyć. Grzegorz Łomacz, bo o nim mowa, dopiero bowiem się obudził. Złapał się za głowę, pokręcił nią z niedowierzaniem i rozejrzał się wokół. Leżał na jakiejś podłodze, i wcale niekoniecznie w swoim pokoju. Swoje łóżko bowiem chyba by poznał. A żadne z tych dwóch, między którymi jeszcze przed chwilą spał, nie wyglądało na to, które znajduje się "u niego".
Usiadł na jednym z tych dwóch łóżek i w tej właśnie chwili coś go w tyłek zakłuło. Aha, telefon komórkowy. Wścibski Grześ nie byłby sobą, gdyby nie zobaczył, kto jest jego właścicielem. Kliknął więc na jakiś przycisk i wtedy jego oczom ukazała się tapeta owej komórki. Aha, więc już wiedział, czyj był ten telefon. Przesunął palcem po ekranie, by sprawdzić, czy siatkarz ma tylko jedną tapetę, czy też na innych ekranach komórki ma ich więcej. No i miał drugą. A obie wyglądały tak:

- Serio? - jęknął Łomacz łapiąc się za głowę. Pobrechtał się przez chwilę ze zdjęć środkowego, po czym odłożył telefon na jego miejsce. - A tak w sumie... gdzie on jest? On i Kurek? - podrapał się po brodzie. W tej właśnie chwili zakręciło mu się w głowie i padł prawie że zemdlony na łóżko rzeszowskiego zawodnika. Jeszcze chwilę nie mógł dojść do siebie, po czym wstał i... pędem pobiegł do łazienki. Musiał z niej pilnie skorzystać. Już nieistotne, czyja ona była. Pochylił się nad kibelkiem i zaczął zwracać. W sumie, to nie wiadomo co konkretnie wyrzygiwał, jako że wczoraj siatkarze przecież głównie pili... Jęczał przy tym przeraźliwie, widać było, że brzuch go boli jak cholera. Gdy skończył opróżniać swoją paszczę, podniósł się i chwiejnym krokiem podążył w stronę swojego lokum.
---------------------------------------------------------------------------------------------------
A Zatorski skończył swoją kąpiel. Wytarł się, ubrał, wyszedł z łazienki i skierował w stronę stołówki, by zjeść na niej swoje śniadanie. Niestety, napotkał na nieoczekiwany widok. Dziewięciu siatkarzy leżało w tym samym pokoju, przez który właśnie przechodził Zator, z czego ośmiu z nich w zwartej "kupie". Był to oczywiście ten największy pokój, coś jakby taki "salon". Tak, mieli taki pokój w Spodku. Nikt nie wie skąd, ani dlaczego się tam wziął, ale jednak był. Żeby dostać się gdziekolwiek, trzeba było przejść przez niego, można by więc powiedzieć, że był on swoistego rodzaju łącznikiem między wszystkimi pomieszczeniami w budynku. Młody libero postanowił obudzić śpiącą bandę.
- E, e, Śpiąca Królewna, nie śpimy! - wrzasnął Zatorski i potrząsnął jednym ze śpiących siatkarzy.
- Co, co? - jęknął zaspany Zagumny. To właśnie jego obudził libero. Oj, ktoś tu może zaraz mieć przegwizdane.
- Nie ma takiego spania! - krzyczał mu prosto do ucha. Brawo za odwagę.
- Skoro ja jestem Śpiącą Królewną, to ciekawe, jak nazwiesz tych tutaj. - wskazał na ośmiu śpiących obok siebie siatkarzy. Zachowywał się nadzwyczaj spokojnie, mimo że został przecież obudzony w niezwykle brutalny sposób.
- Królewna Śnieżka i 7 krasnoludków! - ryknął i zachichotał jak pojebany.
- A który z nich to Królewna Śnieżka? - zapytał.
- Ten najbardziej kobiecy. - odpowiedział.
- A który z nich jest najbardziej kobiecy? - zaśmiał się. Serio? Zatorski rozśmieszył Zagumnego? To trzeba gdzieś odnotować.
- Nie wiem. - bąknął.
- Z tych tutaj, to też nie wiem, ale podpowiem Ci, kto jest najbardziej kobiecy w całej kadrze. - uśmiechnął się. - Zbyś Bartman.
- Tak właśnie myślałem. - Zati także przyozdobił swoją twarz uśmiechem.
- Jak się obudzi, możesz mu to powiedzieć. - puścił mu oczko Guma.
- To znaczy co? - jęknął nieogarnięty libero.
- To, że jest kobiecy. Ucieszy się. Bardzo. - zironizował, ale Zator był zbyt mało inteligentny by to wyczuć...
W tej właśnie chwili zaczęła się jazda... Ośmiu leżących w tym samym kącie siatkarzy, zaczęło się budzić z przeraźliwymi jękami... Bełkotali od rzeczy, jakby nadal nie wytrzeźwieli. Aha, a dzisiaj przecież miał być mecz...
- Jeezu, wody mi dajcie. - wyjęczał Wojtaszek, który dopiero co się obudził.
- Po co Ci woda? - zapytał Zati.
- Bo mnie suszy w gardle. - wybełkotał. Ojojoj, kac morderca, odsłona I.
- Weź sobie, stoi obok Ciebie. - poradził mu Zagumny.
- Co ja tu robię? - przebudził się Wiśniewski.
- Jesteś. - odpowiedział doświadczony rozgrywający.
- Aha. Dziękuję.
- Kurwa jego mać. Więcej nie piję. Łeb mnie boli, suszy mnie w gardle... - zaczął swój monolog pewien środkowy z Rzeszowa. Rozejrzał się wokół siebie. - I co ja robię tu, u u, co ja tutaj robię? - próbował wstać, ale zatoczył się i wyrżnął w ścianę. Ponownie leżał w kącie. - Aa jaa leżę ii leeżę i leeżę, i próbuję wstać i niee moogę, chyyba uujeebaalii mii noogę. - zaczął wyć. To słowo idealnie opisywało tę wokalną wirtuozerię Piotrusia.
- Chyba, to raczej jesteś napierdolony jak PKS do Lichenia. - westchnął Guma i pokręcił głową z niedowierzaniem. Chyba jeszcze nigdy nie miał okazji zobaczyć spitego i skacowanego Pitera. Tak, to był widok absolutnie wyjątkowy...
- HAHAHAHAHAHAHAHAHAH! - wybuchnął Nowakowski. Po chwili jednak zorientował się, że głowa nadal go boli, toteż złapał się za nią i głośno jęknął. Coś go również strzyknęło w boku, więc za niego także się chwycił. I tak leżał w tym kącie i zwijał się z bólu. Za dużo alkoholu wczoraj wypił, zdecydowanie za dużo.
- Jeezu. Tak, jak kiedyś chciałem zobaczyć, jak wyglądasz w wersji nietrzeźwej, tak teraz będę modlić się o to, żeby więcej Cię takiego nie ujrzeć... - jęknął rozgrywający. - Czekaj, nie ruszaj się, wyślę tego idiotę, żeby poszedł Ci zrobić jakieś lekarstwo na kaca. - wskazał na Zatorskiego.
- Zrobicie mi jakieś dobre pitku? - biadolił jak potłuczony. - Możecie mi to wlać do piweczka. Bo to wczorajsze to takie trochę było, żee... noo... że mnie kopło tak troszeczkę. - troszeczkę? Serio?
- Niczego Ci nie wlejemy do żadnego piweczka. Masz zakaz patrzenia na piwo przez miesiąc, nie mówiąc już w ogóle o jego piciu. - zarządził. Zator przysłuchiwał się tej rozmowie, słuchał to jednym uchem, to drugim, myślał, myślał, aż w końcu wypalił:
- A ja wiem, co jest najlepsze na kaca!
- Niby co? - zaciekawił tym Zagumnego.
- Powietrze z pompki od materaca! - ryknął i wyszczerzył się szeroko. Rudowłosy tylko złapał się za głowę.
- HAHAHAHAHAHAH, o kurwaa, niieee. - zdążył jęknąć Pit, po czym jego gębunia nie wytrzymała już tylu wrażeń i jej zawartość eksplodowała prosto na podłogę. Mówiąc wprost, zarzygał podłogę.
- Leć po jakieś ścierki, wytrzemy to. - zarządził Guma, mówiąc do Zatora. - A Ty leż i się nie ruszaj, bo w przeciwnym wypadku środowisko naturalne ucierpi jeszcze bardziej. - jęknął patrząc na leżące obok nich wymiociny. Zatorski popędził w bliżej nieokreślonym kierunku.
- Ciszej się brechtajcie, bo łeb mnie napierdala.- jęknął Kosok, który właśnie otworzył oczy. Spojrzał obok siebie. - Jezuu, co to jest? - bąknął. Wiadomo, co miał na myśli.
- Wytwór paszczy Twojego najlepszego przyjaciela. - wytłumaczył mu Zagumny
- Jeezu, Piter, patrz, zarzygałeś podłogę! - próbował się uśmiechnąć, ale o mały włos i też by się porzygał, więc zrezygnował z tego pomysłu.
- To niemożliwe. - wyjęczał tamten.
- Niby dlaczego? - zapytał Guma.
- Bo się rzyga, jak się jest na kacu. A ja nie mogę być na kacu, bo się nie upiłem wczoraj wcale.
- Nie, wcale. Przypomnieć Ci wasz striptiz na stołach, i przede wszystkim ten hawajski taniec do lambady? A może przypomnieć Ci to? - wyciągnął z kieszeni swój telefon komórkowy i odtworzył pewien filmik... A na nim obaj środkowi śpiewali jakąś wyjątkowo nieprzyzwoitą, wymyśloną chyba przez samych siebie, piosenkę. "Aaj, ajj, bym Cię macał, aj, aj, i obracał, w mym łóżeczku byś leżała, dzisiaj w nocy dupy dała." - Już sobie co nieco przypominasz? - spytał. Blondwłosy środkowy chciał coś odpowiedzieć, lecz wtedy właśnie do pokoju wrócił Zatorski. Niósł coś ze sobą. Coś do picia.
- Lekarstwo na kaca. Tak jak prosiłeś. - zwrócił się do rudowłosego.
- Mam nadzieję, że zdatne do picia. - bąknął pod nosem rozgrywający. - Dziękuję.
- Mogę mu je dać? Proszę, proszę, proszę. - uklęknął przed nim na kolanach.
- No dobrze. - westchnął, po czym Zator podszedł do środkowego.
- Zamknij oczy, otwórz buzię, Ty pierdolony arbuzie. - wypalił, a zawodnik ZAKSY złapał się za głowę. Tymczasem Resoviak posłusznie wykonał polecenie młodego libero. Ten wlał mu do gardła nieco leku. Chyba musiał być mocny, skoro Nowakowskiego niemal momentalnie otrzeźwiło.
- Kurwa mać, więcej nie piję. - złapał się za głowę i rozejrzał wokół siebie. - Co to, kurwa, jest? - jęknął, patrząc na zarzyganą podłogę.
- Twoje arcydzieło. - odpowiedział mu nadzwyczaj poważnym głosem siatkarz nazywany Szaloną Rudą.
- Że niby ja tą podłogę zarzygałem?! - wrzasnął. Niedowierzał w jego słowa.
- A kto niby? Kubuś Puchatek? Świnka Peppa? Listonosz Pat?
- Eeee... jeśli to serio ja, to sorry. Ale nie przypominam sobie. - westchnął i pokręcił głową. - Czemu oni leżą tak wszyscy w jednym kącie?
- Leżałeś razem z nimi, powinieneś pamiętać. - stwierdził.
- Chyba mi nie sugerujesz, że byłem tak pijany i miałem teraz takiego kaca, że nie pamiętam, co się ze mną działo? - jęknął.
- No niestety, przeraźliwie się nawaliłeś. - westchnął.
Lekarstwo na kaca zaaplikowano jeszcze Kosokowi, Wojtaszkowi i Wiśniewskiemu. Kurek, Konarski, Mika i Jarosz nadal spali. Niech śpią, może potem się obudzą. Wtedy się ich "ogarnie".
---------------------------------------------------------------------------------------------------
Siatkarze, którzy już nie spali udali się na stołówkę. Chcieli sobie w spokoju zjeść śniadanie, a przy okazji porozmawiać w nieco mniejszym gronie. Ku temu ostatniemu rzadko była okazja, gdyż większość czasu cała kadra trzymała się razem. Czy to na hali, na stołówce, gdzieś na korytarzach... Często też po prostu gromadzili się w jednym z pokoi i tam przesiadywali dobrych parę godzin. Szans, by spokojnie sobie porozmawiać było więc naprawdę niewiele. Teraz, kiedy taka się nadarzyła, trzeba to wykorzystać. Wszyscy byli tego samego zdania. Usiedli więc sobie przy jednym ze stolików i zaczęli konsumować swoje śniadania. To były najróżniejszego rodzaju kanapeczki - z serkiem, szyneczką, ogóreczkiem, pomidorkiem. Była też jedna z salami i jedna... z kurczakiem. Taki tam zdrowy hamburger. Do picia po wodzie, soku owocym lub smakowym mleku. A oprócz tego, każdy z nich miał jeszcze po jogurcie. Chłopcy postanowili porozmawiać.
- Jak miło tak sobie pogadać, kiedy nie ma tu dwudziestu kilku facetów, a jest najwyżej pięciu czy sześciu. - zaczął Kosok.
- Prawda. Łatwiej o to, by Twoja wiadomość dotarła do adresata. - przytaknął mu Zagumny.
- Mniejsze ryzyko, że ktoś Ci wyjedzie z jakimś durnym tekstem totalnie zmieniając temat rozmowy. - zauważył Mały.
- Ogólnie jest tak jakoś przyjemniej. - uśmiechnął się Wiśnia.
- Mniej hałasu. - dodał Zator.
- A czasami ma się po prostu dosyć co poniektórych kolegów i chce odpocząć od ich towarzystwa. Co za dużo to niezdrowo. Nie musimy cały czas siedzieć wszyscy razem. Jak my tak razem ciągle przesiadujemy to tu, to tam, to bez sensu jest, że mamy dwuosobowe pokoje. Dali by nam trzydziestoosobowy i by chociaż zaoszczędzono na nas. No, ale mamy jednak te dwuosobówki, więc dlaczego mamy w nich przesiadywać w osób dwadzieścia? Bez sensu - stwierdził Cichy, a wszyscy pokiwali zgodnie głowami.
- Trudno jest wytrzymywać dwadzieścia cztery godziny na dobę w towarzystwie ludzi pokroju Łomacza. Albo podobnie, lub nawet jeszcze mniej inteligentnych. - rzekł Guma. Czy to było jakieś ukryte przesłanie dla Zatorskiego?
Chyba się tego nie dowiedzą, gdyż do stolika, zajmowanego obecnie przez sześciu siatkarzy, dosiadł się Zbigniew Bartman.
- Cześć wszystkim. - uśmiechnął się. - Widzę, że małe zgrupowanko tu mamy. Całkiem zacne towarzystwo. - stwierdził. - Co się stało, że nie wszyscy razem?
- Śpią jeszcze. - niezwykle odkrywczo zauważył Wiśnia.
- No, albo kaca leczą. - dodał Kosok.
- Nic mi nie mów o kacu... Musiałem sobie zrobić lekarstwo na kaca i wypić do dna, żebym się ogarnął po wczorajszym. - jęknął. Ale biba, była przezacna. - zauważył.
- Cudownie się świrowało. - zachichotał libero Jastrzębskiego Węgla.
- Guma uświadomił mnie, że byłem tak spity, że nawet nie wiedziałem, że robię striptiz na stole. - wypalił Piotrek, a wszyscy wybuchnęli śmiechem. On sam z resztą też.
- Żeby to był tylko striptiz na stole... - westchnął Zbyszek.
- Wiem, miałem też tańczyć lambadę w hawajskiej spódniczce. - zarumienił się nieco.
- Przyznaj się, zawsze o tym marzyłeś. - wtrącił Wiśniewski.
- Taak, oczywiście, chyba Ty. - spiorunował go wzrokiem Nowakowski.
- A tak serio? - podpuszczał go Kosa.
- Fajnie było zrobić w swoim życiu wreszcie coś mega szalonego. - zachichotał Pit. - No wiesz, zerwać z tym wizerunkiem, że ja niby taki grzeczniutki i w ogóle. Pewnie wszyscy myśleli, że ja się nawet upić nie potrafię, nie?
- No. - bąknął rudowłosy.
- A tu, kurwa, taki surprajs. - nadal się śmiał.
- A Ty, Zibi, nie pamiętasz, co żeś odpierdolił wczoraj w nocy? - zaczął środkowy ZAKSY.
- Nie? - był zdziwiony pytaniem, które otrzymał.
- Wiesz, ja mam to nagrane. - zarechotał.
- Co masz niby nagrane? - ojej, Zbyś się... przestraszył?... Zbysiu? No co Ty? Przecież do Ciebie to niepodobne!
- Jak się całowałeś z Wroną. - powiedział. Nie bał mu się tego oznajmić.
- ŻE CO NIBY ROBIŁEM?! Z TYM SKURWYSYNEM?! - wrzasnął. - To niemożliwe.
- Film nie kłamie. - śmiał się Wiśnia.
- Pokaż mi ten film. - zarządził przyjmujący Jastrzębskiego.
- Proszę bardzo. - rzekł i włączył na swojej komórce owy filmik. Faktycznie, widać było na nim całujących się dwóch siatkarzy - Zbigniewa Bartmana i Andrzeja Wronę.
- Kurwa, ale dlaczego z nim? - jęknął z wyraźnym obrzydzeniem w głosie. - To już mógłbym, kurwa, nie wiem z kim, z Dzikiem mógłbym, oo, albo z Nowakowskim, ten to pewnie w dodatku tak delikatnie całuje, że może nawet i to by było przyjemne. - zarechotał, a środkowy przywalił mu w łeb z łokcia. - Ej, bolało.
- Bez żartów. - fuknął na niego.
- Kiedyś sprawdzę jak całujesz, obiecuję Ci to. - przeszył go wzrokiem.
- Będę czekać, Zbysiu. Przyjdziesz do mnie w nocy, wleziesz pod kołderkę i się będziemy słodko cmokać i przytulać. - posłał do niego buziaczka w powietrzu.
- No, panowie. Piękny macie bromans. - podsumował to wszystko Zagumny.
- Widać, oj widać, że na siebie lecicie. - zaśmiał się Mały.
- Czy jest tutaj ktoś, kto w ogóle na Pitera nie leci? - zapytał Kosok. - Przecież nawet Guma ma do niego słabość, i nie mów mi, Paweł, że nie.
- No nie powiem. - wszyscy wytrzeszczyli oczy. Guma serio to powiedział?...
- Jak jest dobrą dupą i super ziomkiem, no to chyba normalne, że wszyscy go lubią, nie? - zapytał Wiśnia.
- Ej! Tylko ja mu mogę mówić, że jest dobrą dupą. - syknął Zbysiu. - A Kurek to Ci tak nie powie, nie?
- No nie. - westchnął. - On ostatnimi czasy w ogóle stał się jakiś taki bardziej oziębły... No niby nie spędzam już z nim aż tak dużo czasu, ale traktuje mnie tak jakoś bardziej oschle, no wiesz, mniej sympatycznie. Takie mam wrażenie.
- Rzuć go w cholerę i zostań naszą męską, ogólnodostępną dziwką. Znaczy, w sensie, że tylko do przytulania. - zarechotał Wojtaszek.
- Zastanowię się, wiesz? - puścił mu oczko Resoviak.
Wtedy właśnie Zatorski postanowił się aktywować w tej rozmowie...
- Zbyszkuu... - zaczął libero.
- Co?
- Jesteś kobiecy. - uśmiechnął się.
- Ty to wymyśliłeś, czy ktoś Ci w tym pomógł? - westchnął z politowaniem.
- Nie no... Guma tak twierdzi. - odpowiedział.
- A to ja już sobie z nim pogadam. - prychnął. Oj, ktoś tu będzie mieć przesrane.
- On mi powiedział, że to Ci się spodoba. - westchnął.
- ZAGUMNY! - ryknął. Oj, chyba się wkurwił.
- Co?! - również wrzasnął.
- A zajebał Ci ktoś kiedyś z Kauflanda?!
- Nie. Aha, nie po nazwisku, Bartman. - zarządził.
- Będę do Ciebie mówić tak, jak będę to uważać za słuszne. Jeśli mówię do Ciebie po nazwisku, to widocznie tak musi być. - warknął. - Aha, Zatorski, jeszcze coś.
- Tak? - zapytał.
- Jesteś przyjebany jak plandeka. - zaśmiał się.
- Miło mi to słyszeć. - uśmiechnął się libero. - Bo rozumiem, że to był komplement? - mrugnął oczami.
- Tak. Jesteś udany. - nadal rechotał. - Inaczej. - to już dodał szeptem, żeby młody siatkarz tego nie usłyszał.
- Ej, ja może pójdę obudzić resztę? - bąknął Zator.
- A idź rób co chcesz... - westchnął.
I wyszedł. To była doskonała okazja, by go nieco poobgadywać. No tak, Zatorski był ulubionym obiektem do strojenia sobie z niego żartów, kręcenia z niego niewyobrażalnej wręcz beki. No i do obgadywania, oczywiście. W sumie, można o nim gadać nawet, kiedy siedzi przy Tobie, bo najprawdopodobniej nie ogarnie, o czym się mówi, ale a nuż... Nie, lepiej nie ryzykować takiej rozmowy przy nim. Nawet, jeśli to był Zati.
- Łeb Zatorskiego jest pusty jak bęben maszyny losującej przed zwolnieniem blokady. - zaczął Bartman
- E, co tak ostro? Wystarczy powiedzieć, że on sam jest przyjebany jak bęben. - stwierdził Kosok.
- Jest po prostu udany inaczej. - dodał Piter.
- Udany inaczej to jest Rafał. Wiesz, co on wczoraj zrobił na tej imprezie? - zapytał Wiśnia.
- Nie... - odpowiedzieli wszyscy równocześnie.
- Żarł sobie pierogi, z mięsem, kawałek mięsa mu z niego wyleciał, no to ten idiota nie chciał, żeby to było widać, no to rozjechał go laczkiem. Pieróg mu się na nim rozbabrał. No to ten idiota na jednej nodze zapierdalał do kuchni po ręcznik, żeby to z laczka ściągnąć. - śmiał się jak głupi, gdy to opowiadał.
Rafał, matka wie, że ćpiesz?
---------------------------------------------------------------------------------------------------
Minęło trochę czasu, skończyło się śniadanie. Reszta siatkarzy już się obudziła. Wszyscy spotkali się na sali. Tam już czekał na nich Stefan. Spojrzał na nich i zbyt szczęśliwej miny nie miał. No tak, część zawodników miała przecież podkrążone oczy i ogólnie wyglądali na jakichś takich jakby nieco zmęczonych... Antiga wiedział, że jego chłopcy mieli wczoraj imprezę. Właśnie, impreza była tu słowem - kluczem. Wprawdzie Igła powiedział trenerowi, że wszyscy przyjdą spici na trening następnego dnia, ale Francuz chyba zbyt poważnie tego do siebie nie wziął. I to był błąd. Może, gdyby libero powiedział wprost, że urządzą tu sobie wielką, alkoholową libację, to Antiga by jakoś zareagował. A tak co mógł zrobić? No nic nie mógł zrobić.
- Chłopcze, widże, że jeszteszczje nieżbyt gotowy do dżiszjejszy mecz. A mówiłem, że dżiszjaj jest mecz. A wy czo? A wy szje upijaczje na dżjeń przed mecz. - zaczął.
- Igła miał urodziny, świętowaliśmy. - Winiar wyczuł, że jako kapitan, to on powinien zabrać głos w tej sprawie i bronić kolegów.
- Wjem, żłożyłem mu życzenie, żadżwoniłem. No mówił mi niby Krzyszjek, że przyjdżjeczje szpici na trening, ale nje szondżiłem, że naprawde tak szje sztanie. - pokręcił głową. - Ale jeszteszczje w sztanie gracz? No bo nie bendżje to dobre, jak szje odwoła mecz.
- Bez obaw, Stefan. Wytrzeźwieliśmy już. - stwierdził Misiek.
- No, ja mam nadżjeje. Przemyszlczje szwoje żachowanie i ża dżjeszjencz minut rożpoczynamy trening przed dżiszjejszy mecz.
A oni mieli to gdzieś. Przecież bardziej interesujące od pierdzielącego bez sensu trenera były ich durne rozmowy. Przecież, jak to się mówi, człowiek nie kaktus, i pić musi. Więc co się kurde Stefan dziwi, że oni raz postanowili się napić? A że w noc przed meczem? A kogo by to obchodziło? Przecież to tylko nieważny sparing.
- Ej, skoro mamy taki program "Rolnik szuka żony", to nakręćmy naszą wersję, "Siatkarz szuka żony"! Paru singli u nas przecież jest. - wypalił nagle Wlazły.
- O, o, o! Jestem za! - podchwycił pomysł Łomacz. - No, mamy tu parę singli. Jest Karol, Andrzej, Fabian, Włodi, Rucek... - westchnął i pokręcił głową z niedowierzaniem, gdy wymówił to ostatnie nazwisko. - Jest Zatorski, Mika... To chyba wszyscy.
- I o głównej gwieździe show zapomniałeś. - zarechotał Kurek.
- Kurwa, miałem go wymienić w pierwszej kolejności, a w ogóle tego nie zrobiłem... Przepraszam Piotrek, dla Ciebie zrobimy edycję specjalną programu. - zaśmiał się. No tak, warto wspomnieć, że, pomijając Zatorskiego, oczywiście, najchętniej kręcono bekę chyba właśnie z Pitera. W pewnym sensie uważano go za taką nieco zmodyfikowaną, mądrzejszą wersję Zatora. Jednakże taką, która mogła odgryźć się niewybredną ripostą, po której zapomni się, jak się ma na imię. Ale on tymczasem coraz częściej udowadniał, że nie jest już tym samym człowiekiem, jakim był do tej pory... Bekę z niego kręcono więc z przyzwyczajenia.
- A dla Ciebie zrobimy specjalną edycję programu "Gwiazdy tańczą w oborze". - prychnął, a wszyscy zaczęli zgonować na podłodze. Trzeba przyznać, że Łomacz został zgaszony w sposób wręcz perfekcyjny.
- Gasisz nas lepiej, niż stlażak pożaly.- zaśmiał się Buszu.
- Dziękuję. - uśmiechnął się.
- Chłopcze! Koniecz rożmów! Pora na mecz! - krzyknął Stefan, a siatkarze, chociaż niechętnie, musieli pójść na środek boiska.
- Jeszcze to wszystko ustalimy! - wrzasnął Wlazły. Miał oczywiście na myśli szczegóły programu "Siatkarz szuka żony".
- Dobrze. Żagramy na dwje dwunasztki. Pożwólczje, że wasz teraż podżjele. Dżiszjaj na tym mecz szendzjom bendżje Żati, dobrze, Paweł?
- Oczywiście, Stefan. - przytaknął młody libero.
- Ale on nie umie liczyć! - wyrwało się Kubiakowi.
- I nie zna zasad gry! - poparł go Drzyzga.
- Mogę się poświęcić i sędziować. - stwierdził Igła.
- Przyznaj się, że po prostu jesteś na kacu, i boisz się, że padniesz na ryj, i nie wstaniesz. - zachichotał Fabio.
- To też. - bąknął libero. Na szczęście na tyle cicho, że Stefan tego nie usłyszał.
- No dobrze. To ja teraż podżjele wasz na dwje dwunasztki. Pjerwsza dwunasztka: Piter, Karol i Wisznia, Winiar, Rafał, Wojteg i Żibi, Marjuż i Boczjek, Guma i Grzeszjek, na libero Damjan. Druga dwunasztka: Kosza, Andżej i Możdżi, Kureg, Mikusz, Ruczek i Dżiku, Żjomek i Fabjan, Kuba i Dawid, na libero Paweł. - Stefan zdecydował się wymieszać składy. Nie "wrzucił" wszystkich, teoretycznie najmocniejszych, uchodzących za tych najlepszych, do jednej drużyny. - Gramy dwa szet, a potem żobaczymy, czo dalej. Może oni też nie bendom chczjeli gracz wjenczej. - zarządził.
- Z kim gramy? To już jest wiadome? Bo ta wiadomość jest tak bardzo enigmatyczna, że żaden z nas nic na ten temat nie słyszał. - zaczął Możdżon.
- Wiadome. Gramy ż USA. - wyjaśnił mu Antiga.
- Ooo, Lotek przyjedzie. - uśmiechnął się Fabian.
- Dobra, dobra, kutafony - zaśmiał się Igła. - Ustalajcie szybko, kto jest kapitanem w waszych drużynach.
- Ja. - zgłosił się Winiar.
- Oraz ja. - rzekł Muratore.
- To co, losowanko, nie, chłopaki? - zapytał Ignaczak.
- No. No to na trzy, cztery. - stwierdził Winiar i "wyczarował" nożyczki. W tej samej chwili Możdżonek ułożył swoje ręce w znak, który miał być kamieniem.
- Drzewo wygrał losowanie. - oznajmił libero. - To znaczy, że oni grają pierwszego seta, tak?
- Tak. - odpowiedział lakonicznie trener.
- Aaahahah, to my się możemy poopierdalać. - uśmiechnął się Karollo. Miał szczęście, bo Francuz chyba tego nie usłyszał. Albo po prostu nie chciał słyszeć.
- Dobrze, to teraż ja wybjore pjerwsza szósztka tu i tu. - powiedział Stefan. - Drużyna Winiar: Piter, Karol, Winiar, Żibi, Marjuż, Guma i Damjan. Drużyna Możdżi: Kosza, Możdżi, Kureg, Dżiku, Żjomek, Kuba i Paweł. Paszuje wam? - wszyscy przytaknęli. - Szuper, a żatem usztalczje szobie kolejnoszcz w żagrywcze.
Po chwili przedstawiała się ona następująco: Jarosz, Kurek, Możdżonek, Żygadło, Kubiak i Kosok. W II drużynie zdecydowano się na to, by zaczynał Winiarski, następnie Kłos, Zagumny, Bartman, Nowakowski i Wlazły.
- Rożgrzejczje szje jeszcze troche. - powiedział Stefan. W tej samej chwili na halę weszli Amerykanie w składzie: Matthew Anderson, Carson Clark, Sean Rooney, Paul Lotman, Taylor Sander, Russell Holmes, Garrett Muagututia, David Lee, Maxwell Holt, bracia Erik i Kawika Shoji, Micah Christenson. No to nici z rozgrzewki.
- Lotek! - wrzasnął Igła i popędził ku swojemu ziomkowi z Resovii.
- Hi Igła! Hi everyone! (Cześć Igła! Cześć wszystkim!) - krzyknął Lotman. Po chwili zebrali się wokół niego wszyscy reprezentanci z Rzeszowa.
- Paul, it's nice to see you here, in Katowice. However, I believe that it won't be so pleasant trip for you. (Paul, miło widzieć Cię tutaj, w Katowicach. Uważam jednak, że nie będzie to dla Ciebie zbyt przyjemny wyjazd.) - zaczął Piotrek.
- Why? (Dlaczego?) - zapytał amerykański przyjmujący.
- Because you will lost that match. (Bo przegracie ten mecz.) - zaśmiał się.
- You'll get a smooth 2:0 in the rump. (Dostaniecie gładkie 2:0 w zad.) - dodał Kosa.
- We'll see. I think, it will be a draw. (Zobaczymy. Ja myślę, że będzie remis.) - uśmiechnął się. - You play in two configurations? (Gracie dwoma składami?)
- We shouldn't reveal you such secrets, don't you think? (Nie powinniśmy zdradzać Ci takich sekrecików, nie sądzisz?) - zachichotał Drzyzga.
- I don't know if it may be so important. But, anyway. you will lose. (Nie wiem, czy to jest takie istotne. Przecież i tak przegracie.) - wtrącił się Buszek.
- Paul, unfortunately, but I see no chance for you to win in this match. (Paul, niestety, ale nie widzę dla was żadnych szans na wygraną w tym spotkaniu.) - zaśmiał się Konar.
- Well. I warn you that Matthew is in great shape. (No cóż. Ostrzegam was, że Matthew jest w świetnej formie.) - powiedział.
- My się nie boimy, Andersonowi dupę złoimy. - zanucił Nowakowski.
- Mateuszku, czy Twoja dupa jest gotowa?! - wrzasnął Fabio, a wszyscy wybuchnęli śmiechem.
- Matthew! They are laughing of you! (Matthew! Oni się z Ciebie śmieją!) - krzyknął Lotman w bliżej nieokreślonym kierunku. Wiadomość wysłana przez przyjmującego znalazła chyba jednak swojego adresata, bo po chwili do gromady Resoviaków podszedł on. Matt za piękny na ten świat.
- Easy, Paul. I don't care about their words. If we're better, we'll prove it on the pitch. (Spokojnie, Paul. Nie przejmuję się ich słowami. Jeśli jesteśmy lepsi, to udowodnimy to na boisku.) - rzekł spokojnym głosem zawodnik Zenita Kazań. - Hello, guys. I hope we'll play a good, exciting game. (Witajcie, kochani. Liczę na to, że zagramy dobry, emocjonujący mecz.) - przywitał się z Resoviakami, po czym wszyscy uścisnęli sobie ręce. - Total score isn't very important, I would just enjoy the game. (W sumie, wynik nie jest zbyt istotny, chciałbym po prostu nacieszyć się grą.) - wytłumaczył. - Don't block me too many times, okay? (Nie blokujcie mnie za dużo, dobrze?) - zaśmiał się.
- Give it to me in writing and I will consider your suggestion and send you a reply within a week. (Daj mi to na piśmie, a zastanowię się nad Twoją propozycją i prześlę Ci odpowiedź w ciągu tygodnia.) - zarechotał Nowakowski i przyjacielsko klepnął w plecy lidera kadry USA. No proszę, nawet Andersona potrafi zgasić swoją wyjątkowo ciętą ripostą.
- I love you, man. But please, change the dealer. (Uwielbiam Cię, człowieku. Ale proszę, zmień dilera.) - rechotał Mefju.
- Everyone talk that to him, but this stupid dick don't want to listen us. (Wszyscy mu to mówimy, ale ten głupi chuj nie chce nas słuchać.) - prychnął Konarski.
- Ej, ej! Sam jesteś głupim chujem! Idę się obrazić! - fuknął na niego Piter.
- Relax, mate. (Wyluzuj, ziomek.) - zachichotał Anderson. - Do not be so upset, it's not recommended before the game. (Nie denerwuj się za bardzo, to nie jest wskazane przed meczem.)
- With them it is hard not to get frustrated, Matthew. You know, I know something about that. (Przy nich trudno jest się nie denerwować, Matthew. Wiesz, ja sam coś o tym wiem.) - wyjaśnił mu Lotman.
- Well, but somehow you put up with with them, right? (No ale Ty jakoś z nimi wytrzymujesz, nie?) - zapytał się go jego friend z Zenita Kazań.
- I got used to their peculiar sense of humor. This is a group of great guys. Hilarious, friendly... (Przyzwyczaiłem się już do ich specyficznego poczucia humoru. To jest banda świetnych gości. Przezabawni, przesympatyczni...) - wytłumaczył mu. - Have I told you that Russell will play for us next season? (Czy mówiłem Wam, że Russell przyjdzie do nas grać w przyszłym sezonie?)
- In the sense that Holmes? (W sensie, że Holmes?) - zapytał Fabian.
- Yep! (Tak!)
- Cool! I'll have a good partner to play on the net. That rival will be very useful for me. But even with him, I want to be the number one in my position. I believe that I can still be this indisputable, be sure of my place in the lineup. (Fajnie! Będę mieć dobrego partnera do gry na siatce. Taki rywal będzie bardzo przydatny dla mnie. Ale nawet z nim, chcę być numerem jeden na mojej pozycji. Wierzę w to, że ciągle mogę być tym niepodważalnym, pewnym swojego miejsca w składzie.) - uśmiechnął się Cichy.
- Fuck, he just became a polyglot. (Kurwa, ten to się normalnie poliglota zrobił.) - jęknął Lotman.
- And there, bullshit. It's fact, that I can English quite good. German, for that, not even a little. (A tam, pierdolisz. Umiem dość dobrze angielski, to fakt. Niemieckiego za to ni chuja.) - zaśmiał się.
- I probably have heard something, that he was learnt French in school. (Ja to chyba coś słyszałem, że jego w szkole uczyli francuskiego.) - zaczął przyjmujący. - But I don't know if it's true. (Ale nie wiem, czy to jest prawda.)
- Oui, c'est vrai. (Tak, to prawda.) - zachichotał.
- Eeee, makalena. - skomentował to Buszu. No tak, nie rozumiał francuskiego.
- Boys! Please, stop already talking, the match is just getting started! (Chłopcy! Proszę, skończcie już gadać, mecz się zaraz zaczyna!) - krzyknął do Andersona i Lotmana trener John Speraw. Do Russella też, bo on z kolei zagadywał się z graczami Jastrzębskiego Węgla.
"We're the happy, happy people
We're the happy, happy people
We believe in having fun and smiling all the time"
---------------------------------------------------------------------------------------------------
- Łelkam ewrybady. (Witam wszystkich.) - rzekł Igła, bezlitośnie kalecząc angielski akcent. O dziwo, wszyscy go zrozumieli. - Dys macz łyl bi wery hard. Bat aj fink dat yt łyl bi soł eksajtyd macz ływ a lot of imołszyns. (To będzie bardzo trudny mecz. Ale myślę, że będzie bardzo ekscytujący, bardzo emocjonujący.) - dodał. - Aj fink dat łi kud start plej. Kam tu mi, kaptejns. (Myślę, że możemy zacząć grać. Podejdźcie do mnie, kapitanowie.) - posłusznie podeszli Możdżon i Sean Roney. - End nał, pliz czuz, hedz or tejls? (A teraz, proszę wybrać, orzeł czy reszka?)
- Heads. (Orzeł.) - rzekł Rooney. Igła rzucił monetą.
- End ytz hedz. Soł, tim JuEsEj łyl bi startyd dat macz. (No i jest orzeł. A zatem, drużyna USA zacznie ten mecz.) Na parkiet wybiegły więc pierwsze szóstki. Drużyna gości zdecydowała się grać w składzie: Matthew Anderson na ataku, jako dwóch przyjmujących - Taylor Sander i Sean Rooney, parę środkowych stanowili David Lee i Maxwell Holt. Libero to oczywiście Erik Shoji, natomiast rozgrywał Micah Christenson. Ustalili kolejność w zagrywce: Anderson, Rooney, Lee, Christenson, Sander, Holt.
Mecz zaczął się więc od zagrywki pięknego Matt'a. Z trudem przyjmuje ją Kurek, Ziomek rozgrywa na skrzydło, a Jarosz nabija się na podwójny blok Lee i Rooney'a. (0:1). Kolejna zagrywka, tym razem leci w aut. (1:1). W siatkę natomiast trafił Ryży. (1:2). Zagrywa Rooney, przyjmuje Dziku, a Łukasz uruchomił na środku Drzewo. Niestety, został zablokowany przez pojedynczy blok Davida Lee. (1:3). No tak, szybkość już nie ta, siła w ataku już nie ta, blablabla. Kolejna zagrywka kapitana zespołu USA. Tym razem przyjmował Zator, a po chwili ze zdobytego punktu cieszył się Bartek Kurek, który obił pojedynczy blok Micah Christensona (2:3). W nagrodę, Siurak poszedł na zagrywkę. No i jest as! Piłka poleciała pomiędzy Shoji'ego i Sandera. (3:3). Kolejna zagrywka, Sander przyjmuje, chociaż nie można tego nazwać z pewnością przyjęciem perfekcyjnym. Ziomek, Dziku ze skrzydła. Polacy na prowadzeniu! (4:3) I jeszcze raz ludzkie uosobienie Kury. Znowu zagrywka poleciała w Sandera, ten znowu ma niemałe problemy z jej przyjęciem. Żygadło tym razem postanowił zagrać do tyłu, a tam Kurek zaskoczył efektownym pipe'm. (5:3). Tym razem Kurek wywalił piłkę w aut (5:4). Zagrywał więc David Lee. Nieprzyjemna zagrywka sprawiła sporo problemów Dzikowi, Ziomek rzucił tą piłkę w kierunku Jarskiego, jednakże ten uderzył w aut. Piłka nie była dobrze dograna. Bo nie była dobrze przyjęta. Znów remis. (5:5) Kolejna zagrywka potężnego amerykańskiego środkowego. Kuraś przyjmuje, Ziomek wystawia do Możdżona, a Możdżon... a Możdżon tej piłki nie kończy. Lekki atak został z łatwością podbity, a Sander przypieczętował zabójczą kontrę (5:6). I jeszcze jeden serwis. Uff, sito (6:6). Ale co z tego, skoro Możdżonek też sito? (6:7) Środkowy schodzi w stronę ławki rezerwowych z wyjątkowo skwaszoną miną. Nie idzie mu dzisiaj nic. Przyszła pora na zagrywkę młodziutkiego, ale cholernie zdolnego, Christensona. Mocna, nieprzyjemna, Kurek więc jej nie przyjął (6:8).
- Ferst teknikal brejk! (Pierwsza przerwa techniczna!) - krzyknął Igła. Antiga natychmiast podszedł do kapitana swojej drużyny.
- Możdzi, czo szje dżjeje? Nicz Czi dżiszjej nie wychodżi. - zauważył.
- Nie wiem, Stefan. - pokręcił głową. Był wręcz załamany.
- No trudno, bende muszjał wpuszczicz ża Czjebie Andżeja... - westchnął. - W taki wypadek kapitan bendżje Kubi. Okej?
- Dobrze. - zgodził się Misiu.
- End of brejk! (Koniec przerwy!)
W polu zagrywki ponownie stanął Micah Christenson. Tym razem Kurek przyjął zagrywkę rozgrywającego, jednakże zrobił to w dość pokraczny sposób. Na szczęście uruchomiony przez naszego "sypacza", Kubiak, skończył piłkę bez problemu (7:8). Zagrywa Ziomek, delikatny float nie sprawia problemu Shoji'emu, ale, ale... Anderson nadziewa się na blok! Brawo Grzesiu Kosok! (8:8) Kolejny float Ziomka, nieco bardziej kąśliwy, skierowany tym razem w Rooney'a, ale i ten przyjmuje go bez zawahania. Przesunięta krótka, Holt, podbijamy ten atak! Kontra Polaków, Jarosz obija blok środkowego i Sandera (9:8). I jeszcze raz Ziomek, Sander przyjmuje, nie kończy Rooney z pipe'a, za to po chwili ręce blokującego go Holta, obija Kosa (10:8) Po raz czwarty zagrywał Żygadło, piłka leci i płacze, kieruje się w stronę pięknej, białej lini, a tu ten niedobry Shoji ją podbija. Szybkie rozegranie i Maxwell Holt nie miał najmniejszego problemu z wbiciem gwoździa obok bezradnego Grześka (10:9). Na zagrywkę powędrował Taylor Sander. Mocny pocisk, lecący coś koło 115 km/h, Kurek ma problemy z przyjęciem tej "bomby", na szczęście Żygadło naprawia to perfekcyjnym rozegraniem. Co z tego, skoro Bartuś spotkał się z blokiem Mefju i Holta? (10:10). Znowu zagrywa Sander. As, niestety. Zator nie przyjmuje piłki (10:11). Kolejna piłka, i, niestety, kolejny as. Tym razem "ustrzelony" został Kuraś (10:12). I trzeci as z rzędu... Dla odmiany, skoro już nie popisali się Zati i Kurek, teraz zlamił Dziku (10:13). W końcu temu ostatniemu udało się przyjąć piłkę, Ziomek próbował kiwać, jednakże próba ta została podbita. Kontra amerykanów najczęściej oznacza rozegranie piłki na środek. Grześ Kosok o tym wiedział, lecz co z tego, skoro Holt obił mu dłonie? (10:14). Kolejne problemy w przyjęciu, Jarski nie kończy, kończy za to z pipe'a, Sander (10:15). Przyjmujący posłał następną bombę, z trudem odbiera ją Zati. Niestety, Ziomek sięgał piłkę już po przeciwnej stronie siatki (10:16). Amerykanie nam odjechali, zdecydowanie.
- Sekond teknikal brejk! (Druga przerwa techniczna!)
- Co jezd, chłopcze? Czo szje dżjeje? - pytał Stefan, ale oni nie potrafili mu odpowiedzieć. - Dobrze, żrobimy żmjany... Mikusz i Ruczek ża Kureg i Kubi, Fabian ża Żjomek, Dawid za Kuba. Szrodek beż żmjan, czyli Kosza i Andżej. Biedny Kubi, nie zdążył sobie zaserwować...
- End of brejk! (Koniec przerwy!) Sander ponownie poszedł w pole serwisu. Niestety, problemy z przyjęciem były nadal. Dawid nie kończy pierwszej posłanej do niego piłki, a bezlitosny w kontrze jest Anderson (10:17).
- W końcu sito! - wrzasnął tak bardzo bezstronny sędzia Igła, gdy przyjmujący popsuł zagrywkę. (11:17)
Zagrywać poszedł Rucek. Jest as serwisowy! Piłka obiła ręce Erika Shoji'ego i wpadła w pomarańczowe (12:17). Dla odmiany druga piłka poleciała, niestety, w aut (12:18). Maxwell Holt na zagrywce. Z tego nie mogło wyniknąć nic dobrego. No i nie wyniknęło. Punkt zdobyty na Rucku (12:19), następnie na Zatorze (12:20) i żeby był komplecik, na Mikusiu też (12:21). Czwarty serwis przetoczył się po taśmie i wpadł w pomarańczowe, mimo rozpaczliwej interwencji Mateusza Miki (12:22). Piąty poleciał w aut. John Speraw poprosił jednak o challenge.
- No kurwa, aut był, więc jaki Ty chcesz czelendż, człowieku. - burknął Igła, po czym zorientował się, że trener reprezentacji Stanów Zjednoczonych nie zrozumie tego, co on do niego powie po polsku. - God, that was an aut, so what challenge do you want, man? (Boże, to był aut, więc jaki Ty chcesz challenge, człowieku?) - powtórzył po angielsku, w niemal tych samych słowach. Speraw zrozumiał. Czelendż stracony. (13:22).
Kosa w polu zagrywki. Klepie piłkę jak babcię po tyłku, piłka leci i płacze i mijają dni, miesiące, mija rok... Sander chyba zasnął. Nie szkodzi, obudziła go piłka, która spadła tuż obok niego. Przyjmujący tylko złapał się za głowę, że przepuścił taką szmatę (14:22). Drugi serwis, przyjmuje Shoji, Christenson rozgrywa do Andersona, a ten bez problemu obija polski blok (14:23). Matthew w polu zagrywki... As, Zator się machnął i piłka mu przeleciała (14:24)
- Setbol for JuEsEj! (Piłka setowa dla USA!)
Setbol z kolei wpadł w pomarańczowe. (14:25)
- End of ferst part! Fajf minyts of brejk! (Koniec pierwszego seta! Pięć minut przerwy!) - zarządził Ignaczak.
- Będzie remis, prawda, chłopcy? - zapytał kapitan Winiar.
- Ba! Chcę zdobyć co najmniej 5 punktów w tym jednym secie. - uśmiechnął się Pit.
- Oho, to znaczy, że chcesz włączyć swoją wredną zagrywkę. - zachichotał Mały.
- Wredną? Eee... niee, ona nie jest wredna. - także się zaśmiał.
- Bardziej wrednych szmat nigdy w życiu nie przyjmowałem. - jęknął Bartman.
- Przecież Ty ich zazwyczaj nie przyjmujesz, Zbysiu. - cmoknął w powietrze. - W ogóle jakąś Ci się udało przyjąć na ostatnim treningu? - zapytał.
- No. Jedną albo dwie. - westchnął.
- Na dwadzieścia. Dobry wynik. - zarechotał i trącił go łokciem w bok.
- Weź mnie nie dobijaj. Stefan wyhodował potwora. - stwierdził. Miał oczywiście na myśli to, że genialna dyspozycja Pitera w polu zagrywki jest zasługą właśnie trenera, który mu poradził, jak ten ma zagrywać swoje piłki. Z jednej strony to fajnie, dla reprezentacji, zaś z drugiej...
- Bój się sezonu ligowego, kochanie. - zatrzepotał rzęsami.
No właśnie. Resovia zyskała potężną broń. I raczej nie zawaha się jej użyć...
- Gajs! Yts tajm for sekond part! (Chłopcy! Czas na drugiego seta!)
Amerykanie rozpoczęli II seta z dwiema zmianami. Sean'a Rooney'a na pozycji przyjmującego zmienił Paul Lotman, zaś u boku Maxwell'a Holt'a, jako drugi środkowy, miał zagrać Russell Holmes. Polacy wymienili cały skład, który prezentował się teraz następująco: Winiarski i Bartman na przyjęciu, Kłos i Nowakowski jako para środkowych, Zagumny na rozegraniu, w ataku Wlazły. No i jako libero - Wojtaszek.
Jako że poprzedni set zaczął się od zagrywki Andersona, tą partię meczu rozpocząć mieli Polacy. I już w powietrze poleciała piłka, uderzona dość mocno przez Michała Winiarskiego. Przyjmuje Erik Shoji, Christenson zagrywa do Holmes'a, a ten zdobywa punkt z przesuniętej krótkiej (0:1). Matt za piękny na ten świat stanął w polu serwisowym, no i niestety chyba zaraz go znielubimy, bo poleciał z tego zacny asik. Zibuchna się nie popisał w przyjęciu, oj nie (0:2). Kolejna zagrywka Matthew, tym razem bez problemu odbiera ją Mały, a Guma uruchamia Super Mario. To je Mario, tego nie zablokujesz (1:2). Serwuje Karollo. Delikatny float nie sprawia jednak żadnego problemu Sanderowi, Holmes wylatuje na wysokość mniej więcej półtora piętra, ale co z tego, skoro na drugim jest już Nowakowski? Bezlitosna czapa spadła prosto pod nogi amerykanina (2:2) Kolejna piłka pacnięta przez Kłosa leci i płacze w powietrzu, po czym już chciała uderzyć w linię, a tu ten głupi Lotman musiał ją podbić. Nie kończy Sander, dla odmiany Winiar już tak (3:2) I znowu szybuje sobie float, ale, proszę państwa, już nie szybuje, bo przełamał rączki Shoji'emu. Punkt bezpośrednio z zagrywki (4:2). I dla odmiany siatka, no bo przecież za dobrze być nie może, nie (4:3)? Lotman na zagrywce. Nie sprawiła ona Wojtaszkowi większych problemów z przyjęciem, toteż Holmes po chwili musiał sprawdzić gdzie jest i zapytać się sam siebie, jak ma na imię, bo ten piekielny gwóźdź z krótkiej, który wylądował właśnie obok niego wprawił go w chwilowe otępienie (5:3). Cwana Ruda Puma też posyła floata, bo inaczej nie umie zagrywać. Albo po prostu nie chce. Ale to jest Zagumny, nie możesz się czepiać tego, jak on zagrywa. Nie możesz się czepiać niczego, co jest z nim związane. Ojeju, cóż za niefart... Amerykanów. Piłka zatrzymała się na górnej taśmie i chyba któryś z naszych chłopców musiał ją zdmuchnąć na stronę zajmowaną przez reprezentantów USA. Cóż, wszystkie chwyty dozwolone (6:3). Dopóki sędzia tego nie widzi, oczywiście. Jeśli sędzią jest Igła, wysnuj założenie, że niedozwolonych zagrań Polaków nie widzi nigdy. Ajjj... minimalny aut tym razem (6:4). Zagrywa Holmes, wredny float niemalże przewrócił Zibiego, jednakże ten ostatecznie przyjmuje piłkę, chociaż perfekcyjny odbiór to to nie był. Holt nie zdążył nawet skoczyć, bo obok niego już leżał wbity właśnie pocisk (7:4) Zibuchna w polu serwisowym. As... a nie, jednak Sander podbija w ostatniej chwili. A Holt już drugi raz w ciągu dwóch akcji dostał kuku - najpierw nie zdążył z blokiem, teraz sam został nim poczęstowany. Przez tego samego zawodnika, oczywiście (8:4)
- Ferst teknial brejk! (Pierwsza przerwa techniczna!) - wrzasnął Igła.
- Ten ledwo co wszedł i już dobija Amerykanów. - zaśmiał się Bartman. Środkowy tylko słodko się uśmiechnął i zatrzepotał rzęsami.
- Taka moja praca, Zbysiu.
- Ej, chłopaki. - zaczął Zatorski.
- No? - zapytał Buszu.
- Bo tak się zacząłem zastanawiać... - natychmiast mu przerwano.
- Zły znak. - zachichotał Piter.
- Ej, no! - wkurzył się na środkowego. Tak, on naprawdę właśnie opierdolił Cichego. - Nawet mi nie dasz dokończyć mojej myśli. - westchnął.
- No to dokończ ją. - rzucił Zagumny.
- Zacząłem się zastanawiać, że skoro na mieszkańców Polski mówi się Polacy, to dlaczego na mieszkańców Stanów Zjednoczonych nie mówi się Stańczyki, tylko Amerykanie? - uśmiechnął się promiennie.
- Kurwa, nie, ja odpadam. - szepnął Kurek.
Wszyscy odpadli.
- End of brejk! (Koniec przerwy!)
W polu zagrywki ponownie stanął Bartman. I teraz to już na pewno jest as serwisowy. (9:4) Sander zaczął się awanturować, twierdzi, że podbił piłkę, zanim spadła na ziemię. Speraw chce wziąć czelendża, ale przecież nie ma cżelendżów. Przynajmniej dopóki Igła stwierdzi, że nie są potrzebne. Czyli Amerykanie raczej ich po prostu nie dostaną.
- Myster Sander, yf ju łont tu hir, dat der łozynt e serwis as, łel, aj hew tu łory ju, bikoz der łoz de serwis as. Ju didynt tejk de boll bifor yt fel tu de flor. (Panie Sander, jeśli chce pan usłyszeć, że nie było asa serwisowego, no to muszę pana zmartwić, bo as serwisowy był. Nie podbił pan piłki zanim dotknęła ona parkietu.) - wytłumaczył mu Igła, wciąż kalecząc akcent. To pajacowanie sprawiało mu ogromną frajdę.
Każda seria kiedyś musi się skończyć. Zibi swoją skończył posyłając piłkę w trybuny (9:5). Niektórzy twierdzą, że zrobił to specjalnie, bo mu się żal przeciwnika zrobiło. I już Winiar musi zmagać się z przyjęciem silnej i nieprzyjemnej zagrywki Christensona. Ale co to dla Winiara, przyjął bez problemu, a Guma zagrał do Mariusza. Wlazło (10:5).
- You'd better say a prayer to screw up, because as he start to hit one after the other, he will reach 25 point and end the game. (Lepiej zmów paciorek, bo jak zacznie was trafiać jednego po drugim, to dojdzie do 25 punktu i skończy się zabawa.) - zachichotał Drzyzga w stronę Lotmana.
Paul tego chyba nie usłyszał, bo próbował łapać piłkę na lasso. Nie, Paul, takich piłek się w ten sposób nie przyjmuje. Ale to Twój problem (11:5). Panu Sanderowi z kolei przełamało rąsie (12:5). A pan Shoji przyjął tak, że piłka poleciała w aut. Czyli w sumie to też nie przyjął. (13:5) Matthew złapał się za głowę, gdy czwarty serwis wylądował w pomarańczowym (14:5). Polacy odjechali Amerykanom w tym secie i obecnie trwa rozjeżdżanie walcem tych drugich. A przecież ten walec wygląda tak niepozornie... Na nic błagalne spojrzenia w stronę środkowego, piąta piłka obija linię (15:5). Szóstą w końcu Sander przyjął, jednakże nie było to zbyt dokładne przyjęcie, skutkiem czego Christenson wystawiał już zza antenki. Chociaż Igła tego nie gwizdnął, to Holt i tak nadział się na blok Karola (16:5)
- Sekond teknikal brejk! (Druga przerwa techniczna!) - ryknął Ignaczak, po czym zwrócił się do swojego ulubionego środkowego. - Ej, kotek. Starczy już tego walcowania Stańczyków. - zaśmiał się, przypominając sobie określenie, jakiego używał Zator dla nazywania Amerykanów.
- End of brejk! (Koniec przerwy!)
Kotek więc trzepnął piłkę lżej, a po chwili skończył ze środka Holt. Tym razem Karol go już nie wyblokował (16:6). Na zagrywkę poszedł Sander i zagrał asa. Nie popisał się po raz kolejny Zibi (16:7). Stefan był bezlitosny, i po tym, kolejnym już zlamionym przyjęciu, na boisku zameldował się Buszek. Jasne było więc, że Taylor na "dzień dobry" poczęstuje go niezłym pociskiem. Ale, jako że Rafał nie jest byle lamą, nawet się nie zawahał przy przyjęciu tej bomby. Guma uruchomił Karola, ten skończył (17:7). Mario na zagrywce. Jedna bomba leci w Sandera - nie przyjmuje (18:7), druga w Shoji'ego - też nie przyjmuje (19:7). Trzecia leci w aut (19:8). Holt także posłał bombę, Mały prawie zgiął się w pół, a Karol nadział się na blok Holmes'a (19:9). Po chwili zatoczył się na boisku i chyba zakręciło mu się w głowie. Oj, ktoś tu nie wytrzeźwiał do końca! Kolejna zmiana: wejdzie za niego Wiśnia. Kolejna bomba Holt'a, przyjmuje Winiar, a Wiśniewski już od razu popisuje się pięknie wykończoną krótką (20:9). Zagrywa Winiar. Niestety, tym razem sito (20:10). Matthew za to strzela sobie asa na kapitanie naszej drużyny i głupio się cieszy. Zmiana: Włodi za Winiara. Tym razem Anderson celuje w "świeżego" Włodarczyka, ale ten odbiera piłkę bez problemu. Z drugiej linii kończy Buszek, po bardzo efektownym "pajpie" (21:10). Kat na bois... Wiśnia na zagrywce. Poczęstował Shoji'ego swoją słynną "wiśniówką" (22:10). Kolejna trudna zagrywka, przyjmuje Sander... hehe, blok. Blokowany był Matthew (23:10). Jeszcze jedna bomba, sprawiła sporo problemów Lotmanowi, aczkolwiek Christenson rozgrywa na skrzydło, a Mefju kończy (23:11). Lotman posyła asa, prosto w narożnik boiska (23:12). Kolejna zagrywka przyjmującego. Włodi przyjmuje na drugą stronę, ale co z tego, skoro po chwili Russell jest blokowany na środku? Nadział się na polską ścianę. I to był pojedynczy blok, więc nie popisał się pan, panie Holmes. (24:12)
- Setbol for Poland! (Piłka setowa dla Polski!)
Szalona Ruda. Float leci w Lotmana, ten przebija na drugą stronę, a tam wystarczyło tylko wjebać gwoździa w boisko. Tak też się stało, za sprawą bezlitosnego zabójcy tego typu piłek, który może i wygląda uroczo, ale na boisku jest przekleństwem dla przeciwnika. (25:12)
- End of dy gejm! (Koniec gry!)
Ło jezu, jaki pogrom w II secie. No i skończyło się remisem, jak przewidział znany jasnowidz, niejaki Paul Lotman.
- Luke! How nice it to see you again! (Łukasz! Jak miło znów Cię widzieć!) - wrzasnął Anderson i rzucił się w stronę Ziomka. Ten spojrzał na niego pogardliwie.
- You are only now noticed me here? Well, I beg you, Matthew. (Dopiero teraz mnie tu zauważyłeś? Proszę Cię, Matthew.) - fuknął Żygadło i udał, że się focha.
- I'm sorry, my friend, but Paul called me and I had to go there. (Przepraszam przyjacielu, ale Paul mnie zawołał, i musiałem tam iść.) - wytłumaczył.
- Pff, you betray me with the Resovia players. (Pff, zdradzasz mnie z Resoviakami.) - nadal się fochał.
- No. It's not what you think. (Nie. To nie tak, jak myślisz.) - bąknął.
- What is so not, as I think, what is not so, as I think? Then, why, the hell, our sexy blondie patted you on your back? (Co nie jest tak, jak myślę, co nie jest tak, jak myślę? To dlaczego, do cholery, nasz seksowny blondas klepał Cię po pleckach?) - prychnął.
- I don't know. Maybe he likes that. Perhaps, in this way, he turns out his sympathy to someone. Just ask him. Maybe he told you that. Very nice guy. (Nie wiem. Może on tak lubi. Może w ten sposób okazuje komuś swoją sympatię. Po prostu się go spytaj. Może Ci to powie. Bardzo miły chłopak.) - stwierdził Anderson.
- Fuck, soon he will have even international bromance. (Kurwa, on to wkrótce będzie mieć nawet międzynarodowe bromanse.) - pokręcił głową z niedowierzaniem i zaczął się zastanawiać: co ten dwumetrowy przymuł ma w sobie, czego nie ma on?
- And anyway, I have to admit you, that all of those guys are very friendly. (A tak w ogóle, to muszę przyznać, że wszyscy Ci chłopcy są bardzo sympatyczni.) - uśmiechnął się amerykański zawodnik.
- Boys. Please finished these conversations, we're back. (Chłopcy. Proszę, skończcie już te rozmowy, wracamy.) - zarządził John Speraw.
Amerykanie posłusznie poszli ku niemu i po chwili opuścili salę. Nasi chłopcy również udali się w stronę swoich pokojów. Koniec emocji na dzisiaj. Chyba.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------
"Ejj he, mam trochę problemów ze snem, ale nie chcę o nich mówić, słuchaj!!
Nie mogę zasnąć, więc wracam,
Dla mnie jeszcze za wcześnie.
Ostatnie miesiące chodzę spać grubo po pierwszej,
Mama myślała, że ćpam"
Minęło dobrych parę godzin, większość siatkarzy przygotowywała się już do snu. Nie inaczej było w przypadku Pawła Zagumnego. Był on sam w pokoju, ponieważ tak uważał. Nie zniósłby hałaśliwego lokatora. Nie daj boże darłby mu ryja nad uchem, albo, o zgrozo, trzaskał w nocy drzwiami, jakby mu się szczać zachciało. A cóż nasz rozgrywający porabiał o tej godzinie? Otóż, moi mili, oglądał sobie w telewizji "Trudne Sprawy". A co on innego mógł robić? Niby Guma taki poważny, a jednak czasem, przy takich nienormalnych programach, rechotał jak głupi. No cóż, każdy ma jakieś swoje dziwne zwyczaje, więc dlaczego Zagumny miałby być jakimś wyjątkiem? Zdarzało się, że któryś z kolegów przychodził do niego na mały, wieczorny seans.
Usłyszał pukanie do drzwi.
- Proszę. - rzekł. Pewnie któryś z siatkarzy przyszedł oglądać te głupoty razem z nim.
- Paweł, masz wolną chwilę? - usłyszał, gdy drzwi do jego pokoju się otworzyły. Zobaczył w nich pewnego środkowego z Rzeszowa.
- Tak, a dlaczego pytasz?
- Wczoraj proponowałeś mi, że mógłbyś ze mną porozmawiać o tym, jak bardzo zjebane mam życie... Nadal chcesz? - zaczął. Cóż za niespodzianka. On wcale nie chciał oglądać z Gumą "Trudnych Spraw"!
- Ach, to o to Ci chodzi. Tak, pamiętam, co Ci proponowałem. Oczywiście, chętnie Cię wysłucham. - uśmiechnął się. Serio, serio Ruda Puma dobrowolnie zgadza się na to, by ktoś mu przeszkodził w oglądaniu jego ulubionego programu?
- No więc, chyba zdecydowałem, że jednak zwierzę się z tego komuś...
- I postanowiłeś powiedzieć o tym właśnie mi? - dopytywał doświadczony rozgrywający.
- Tak. Myślę, że jesteś najbardziej odpowiednią osobą. - stwierdził. - No bo wiesz, Kurek zaraz wszystkim wygada, bo to papla, Kosok to jeszcze większa papla, no a Igła to już w ogóle, pewnie najchętniej by mnie kamerował, jakbym miał mu to mówić. - jęknął.
- Faktycznie, mogłoby tak być. - przyznał mu rację.
- Myślę, że Tobie mogę zaufać... Mogę? - wolał się upewnić.
- Oczywiście. Będę milczał jak zaklęty. A zatem, opowiedz mi wszystko, od początku. - poprosił.
- Nigdy nie miałem szczęścia w miłości... - westchnął, gdy zaczął zwierzać się z tej historii. - Niby jakieś tam dziewczyny miałem, niby było mi z nimi dobrze... Ale co z tego, jak w końcu przychodziło do tego, że każda mnie zdradzała? Każda. No ja rozumiem jedną, góra dwie, ale dziesięć?... Wszystkie dziesięć moich byłych mnie zdradziło. Część z nich potem sama przyszła do mnie, żeby mnie o tym powiadomić, powiedzieć, że jestem frajerem, że odchodzą, i że były ze mną tylko dla kasy. I dziękowały, że mogły mnie z niej tak wydoić. Jedna miała przez krótki czas wyrzuty sumienia, fakt. Ale ja nie potrafię wybaczyć zdrady. Kłamstwo mogę wybaczyć, ... nawet, jakby mnie uderzyła - to też bym jej wybaczył! Ale, jako że zdrada jest dla mnie największym skurwesyństwem w życiu, to tego jej nigdy nie wybaczę. No i żadnej nie wybaczyłem...
- Jeju, nie wiedziałem, że aż masz aż tak spaprane życie prywatne... Myślałem, że to było takie wyolbrzymienie z tym, że nacierpiałeś się przez kobiety w swoim życiu. - Guma był naprawdę zdziwiony tym, co usłyszał.
- Dlaczego zawsze muszę ulokować swoje uczucia w nieodpowiednim miejscu? Dlaczego nie mogę trafić na jakąś normalną dziewczynę, która w końcu pokocha mnie, a nie to, co zarabiam poprzez grę w siatkówkę?... - zadawał pytania, na które trudno było znaleźć odpowiedź.
- Trudne zadajesz pytania, przyjacielu... Naprawdę niełatwo jest znaleźć na nie odpowiedzi... Cóż ja Ci mogę powiedzieć? Chyba tylko to, że na pewno w końcu znajdziesz kogoś, kto uczyni Cię szczęśliwym. I coś czuję, że stanie się to raczej prędzej, niż później. Tak mi podpowiada moja podświadomość. - cicho zachichotał.
- Echh... Paweł, ja już nie daję sobie z tym rady. Dziesiąty raz zostałem boleśnie kopnięty w dupę, coraz trudniej jest mi się z tego wszystkiego podnosić. Jedynie myślenie cały czas o grze mi pomaga... Ale czuję, że to mnie przerasta, że nie wytrzymam już długo. Nie wytrzymam długo sam. Wiesz, myślałem, czy by sobie nie ulżyć i nie... - nie dokończył, bo rozgrywający mu przerwał.
- Nie. Nie rób tego. - czyżby wiedział, co blondyn miał na myśli.
- Skąd wiedziałeś, o co mi chodzi? - był nieco zdziwiony.
- Coś tak czuję... Powiedz, zastanawiałeś się, czy nie iść sobie ulżyć do burdelu, tak? - przeszył go wzrokiem.
- No. - bąknął nieśmiało.
- No to Ci mówię, nie rób tego. To nie ma sensu. To Ci w niczym nie pomoże, a raczej może jeszcze bardziej dobić. Teraz musisz wziąć się w garść. Jasne, to nie będzie dla Ciebie łatwe, ale nic innego zrobić nie możesz. Miłość przyjdzie znienacka i jak Cię omota, to nagle. I nie zapanujesz nad tym. I wierzę w to, że to będzie ta jedyna, upragniona. Że przy niej poczujesz się spełniony. - poklepał go po plecach.
- Echhh... A ja już tracę nadzieję, że to jeszcze kiedykolwiek nastąpi... A moje marzenia odpływają coraz bardziej, gdzieś w głębiny oceanu. - westchnął.
- Nigdy nie wolno tracić nadziei, nawet w sytuacjach beznajdziejnych. Twoja taką nie jest. - zaczął, lecz szybko zmienił temat, gdy usłyszał ostatnie zdanie wypowiedziane przez blondyna. - Jakie masz marzenia? - zapytał.
- Zawsze marzyłem o tym, aby mieć sporej wielkości rodzinę. Ale przede wszystkim, szczęśliwą. - odpowiedział mu.
- Będziesz mieć. Na pewno. - przytulił go.
- Ale, kurwa, kiedy?! - nieoczekiwanie wybuchnął. - Mój zegar biologiczny tyka coraz szybciej! Przecież to nie jest normalne, że w moim wieku jestem jeszcze singlem!
- Spokojnie, spokojnie, wdech, wydech, wdech, wydech. - Pit popatrzył na niego jak na idiotę. - Już wkrótce, zobaczysz. - no co on innego mógł mu powiedzieć?...
- Wolę być pesymistą i mile się rozczarować...
- A powiedz mi... Tą swoją ostatnią to kochałeś bardzo?
- Tak, nie, nie wiem... Jezu, kurwa, nie wiem już. - złapał się za głowę. - Chyba tak. Chyba gdybym jej nie kochał, to bym tak nie cierpiał po rozstaniu, mimo, że sam ją z domu wyrzuciłem, nie?
- No tak. Naprawdę chciałeś jej się oświadczyć? - drążył temat.
- Tak, raczej tak. Niby miałem już praktycznie wszystko przygotowane, tylko musiałem się jeszcze zastanowić, na którym meczu by to zrobić... - westchnął.
- Ja nie wiem, co to musiały być za tępe dzidy, że tak krzywdziły takiego zajebistego faceta. - wyrwało się Gumie, a Piotrek nawet na chwilę się uśmiechnął. - Wiesz co? Śpij dzisiaj tu ze mną, będzie Ci raźniej. Mogę Cię nawet przytulić. - uśmiechnął się. Omg, Guma, no co Ty? - Kurek się chyba nie obrazi, nie?
- Kurek już śpi. W sumie, to czekałem, aż zaśnie, żeby przyjść do Ciebie. - odpowiedział.
- No. To chodź tu. Miejsca pod kołdrą jest dużo, zmieścimy się obaj. - zachęcał Zagumny.
- Noo dobra. - wzruszył ramionami i polazł do rudowłosego do łóżka. Ten go przytulił, oboje dali sobie po przyjacielskim buziaku w policzek i razem zasnęli. Kurde, trzeba przyznać, że kopnął go niemały zaszczyt. W końcu nie każdy może dostać całusa od doświadczonego rozgrywającego.
Oj, ciekawe, co powiedzą inni, kiedy ich znajdą w jednym pokoju, ba, w jednym wyrku... Czyżby kroił się nowy bromans?... Zaraz, zaraz... Przecież oni wszyscy zaraz naprawdę zaczną wygadywać, że wszyscy mają słabość do Nowakowskiego, a ten ma bromans ze wszystkimi razem i każdym z osobna...
"I need some sleep.
It can't go on like this.
I tried counting sheep,
But there's one I always miss."
________________________________________________________________
/ Jak widać, chłopcy obudzili się po wczorajszej imprezce na kacu. U niektórych minął on szybciej, inni potrzebowali specjalnego lekarstwa. Dwóch siatkarzy, czyli Karollo i Igła, w ogóle nie wytrzeźwieli do końca do czasu meczu.
Mecz zakończył się remisem, ale prawda jest taka, że pierwszy skład po prostu zlamił swojego seta. Drugi za to się popisał świetną skutecznością.
Bezlitosnej beki kręconej z Zatorskiego ciąg dalszy. W dodatku, możemy się dowiedzieć, jak wygląda jego typowa, poranna toaleta.
Jak oni wszyscy z nim wytrzymują?...
Nasi chłopcy pogadali sobie troszeczkę ze swoimi friends'ami z Ameryki. Trochę o meczu, trochę o innych sprawach.
Czy między jakimiś siatkarzami narodzi się międzynarodowy bromans?
Dowiadujemy się mrożącej krew w żyłach historii z życia Pitera. Co o niej myślicie? A może macie jakieś rady, które moglibyście podpowiedzieć środkowemu?
Na dzisiaj to wszystko. W kolejnym rozdziale będzie wielkie bum. Dosłownie.
Nie chcę wrzucać tego rozdziału, kiedy moja Sovia dostała takie lanie. :(
Aha, historia z pierogami i rozbabraniu ich laczkiem jest z życia wzięta.
O ja pierdole... Zatorski ty trąbo jerychońska. Żeby wrzuci8 sobie gatki do kibla? No bez jaj. i dotego kładzie je jeszcze na ręczniku Karola, a co by było jakby środkowy się dowiedział? O.O
OdpowiedzUsuńA właśnie. Czytam nowy rozdział i słucham jaka to melodia w salonie. Akurat jestem przy fragmencie Łomacza brechtającego się (wielbie to słowo xD) z tapety telefonu Pitera(?) a tu leci piosenka o telefonach. Przy padek ? Niesądze. No ale wracając do rozdziału...
No to sobie wreszcie pogadali przy śniadaniu w zawężonym gronie i spokoju ;) A sparing to mega xD Wyobraziłam sobie mmoment, w którym Fabian podaje powód dla którego Igła chce być sędzią i rozwaliło mnie to doszczętnie xD Stańczyki ? Realy? xD Och Zati. Skąd ty boerzesz te pomysły koobieto?
A teraz przejdźmy do ostatniej sceny...
Piter tyle wycierpiał. Bidulek ;( Ale, że Zagumny go tak do siebie przygarnął? Szzok O.o Ale to jest Zagumny. Słusznie nie,można się czepiać xD
A co do ppprzedniego rozdziału bo chuba nie skomentowałam to faktycznie teksty piosenek są bardzo fajnym dodatkiem a sama wiem, że imprezy opisywać ze szczegółami nie jest łatwo więc ja najbardxzieh jestem za takim opisem imprez ;)
Zapraszam do sievie na 40 zycie-jest-za-krotkie.blogspot.com
Pozdrawiam ;**
Na szczęście Karol chyba się o tym nie dowiedział. :D
UsuńTak, Łomacz dorwał się do telefonu Cichego. ;)
Nie wiem, skąd biorę te pomysły. Tak po prostu czasem się nudzę i mi jakieś takie dziwne myśli nachodzą...
A jak to się zdarzy na uczelni w czasie okna, to po prostu biorę torbę i idę spisywać w kiblu te teksty do notesika. xdd
Guma to po prostu dobry człowiek. Może i bywa nieco "ostry", surowy dla swoich kolegów w ocenie ich poczynań, jednak wie, kiedy należy komuś pomóc. I między innymi dlatego jest przez wszystkich szanowany.
A u Ciebie już byłam i zostawiłam tam znak swojej obecności. :)
1. Zator i jego poranna toaleta przyprawiły mnie o zatrzymanie akcji serca.
OdpowiedzUsuń2. Tapeta w telefonie Pita - mech nie porósł i nie mógł przestać xD
3. MAAAAAAAAAAAAATT <3 *____________________*
4. Pan Guma taki miły :3
5. Ojojojoj, Pit :< Jak chcesz, to ja Cię mogę przytulić :)
1. Ja miałam głupawę, jak to pisałam... xd
Usuń2. *nawozi mech*
3. Mefju jest dla Ciebie. < 3
4. Guma zawsze jest miły. :D
5. E, od przytulania Pitera ja tu jestem. :D
Zati powinien dostać chyba stałą opiekę 24h/dobę... przecież on prędzej czy później się zabije i dostanie nagrodę Darwina...
OdpowiedzUsuńUff, myślałam, że chłopaki będą w gorszym stanie i nie dadzą rady zagrać, a już na pewno nie wygrać z USA! :P Te przyjaźnie między siatkarzami, a nie no sorry, bromansy :D zazdrość Ziomka o Andersona, chciałabym to zobaczyć na żywo ;) oj Igła, nie powinieneś sędziować, stronniczy taki :P tylko chciałam się uczepić jednego, że boisko do siatkówki to nie będzie 'pitch', a 'court' :D 'pitch' to bardziej do piłki nożnej, rugby, krykieta (ogólnie sportów na murawie) :) wybacz mi, zboczenie lingwistyczne :D
Angielski Igły jest chyba jeszcze zabawniejszy, niż Polski Stephane'a XDDD
Biedny Pit, ja bym na jego miejscu już po drugiej zdradzie nie była w stanie ufać kobietom :/ ale chyba domyślam się, że niebawem spotka tą jedyną, która przywróci mu wiarę w płeć piękną (bo chyba nie ma zamiaru przywiązywać się do Zagumnego, ahaha) :D
Resovia strasznie została zlana przez Skrę... chociaż mam bardziej "żółte serce", to jednak ciężko mi się patrzyło na porażkę Rzeszowa :(
Pozdrawiam i do usłyszenia :*
E.Lizz
http://we-will-be-the-champions.blogspot.com
Bez obaw, Zator się nie zabije. :D Chociaż czasem jest tego bliski, fakt.
UsuńKto inny wtedy popisywałby się swoją inteligencją, a raczej jej brakiem? ;d
No właśnie nie byłam pewna, jak to jest z tym boiskiem do siatkówki... Zapamiętam ;> Niby angielskiego uczyłam się już... dużo lat, ale wciąż zdarza mi się czegoś zapomnieć.
Angielski Igły wzorowany jest między innymi na "Igłą Szyte", gdzie też w taki sposób kaleczył akcent. :) "der łyl bi e red karpet?" chociażby. :D
Jeśli Piter miałby się przywiązać do któregoś z kolegów, to prędzej do Kurka, albo Kosoka. Ewentualnie... Igły.
Guma to po prostu dobry człowiek, który pomaga koledze w potrzebie.
Resovia wczoraj nie wyszła na boisko. :<
Nadrobiłam! I bardzo mi się tu podoba.
OdpowiedzUsuńPo pierwsze - niewiele jest w blogosferze opowiadań, które traktują przede wszystkim o samej drużynie, więc już za to duży plus. O ile się nie mylę, pod którymś z rozdziałów zapowiedziałaś jednak pojawienie się pierwiastku kobiecego w szeregach reprezentacji, dlatego jestem ciekawa, co wymyśliłaś :)
Po drugie - szacun, że masz natchnienie na pisanie tak długich rozdziałów. Ja bym nie dała rady.
Po trzecie - epickie teksty są po prostu... epickie :) Niejednokrotnie brechtałam się jak głupia.
Po czwarte - Pit ukazuje przed nami swoje nowe, nieznane oblicze, aczkolwiek już od dawna jest wiadome, że Cichy Pit wcale taki cichy nie jest. Rola maskotki drużyny jak najbardziej adekwatna.
Po piąte - dlaczego biedny Zati non stop jest obiektem kpin reszty chłopaków? :( Ja rozumiem tę jego mądrość pojmowaną inaczej, no ale jakoś tak jest mi go szkoda. Taki miś o małym rozumku :P
Po szóste - nie mam pojęcia, jak oni dali radę zagrać ze "Stańczykami" (ach, te pawełkowe mądrości!) tuż po takim party hard. Może podkradli Zbysiowi Red Bulla albo coś w tym rodzaju? :P
Po siódme - pogotowie sercowe dla Pitera potrzebne w trybie natychmiastowym! :)
To tyle na dziś. Pozdrawiam i do następnego ;)
Fakt, pojawi się pewna przedstawicielka płci pięknej, która nieco namiesza, zwłaszcza w życiu prywatnym jednego z siatkarzy.
UsuńWydarzenia przez to mogą nieco skoncentrować się na tej parze, aczkolwiek będę starała się traktować całą resztę w miarę równo i pisać o wszystkich.
Ja myślałam, że ten rozdział jest krótszy, naprawdę. :D Kiedy go wrzuciłam i zobaczyłam, jaki mi długaśny wyszedł, to aż się za głowę złapałam i pomyślałam sobie "Kto to będzie czytać?! Przecież nikomu nie będzie się chciało ogarnąć tyle tekstu!". Cieszę się, że jednak znajdują się osoby, które to czytają. :)
Cichy nie jest cichy, a już zwłaszcza nie tutaj. Nie lubię, jak przedstawia się go jako nieśmiałą, nieco głupkowatą ofiarę losu. O ile co do tego ostatniego, ktoś stwierdzi, że można by polemizować, bo ma tutaj historię życia niezbyt szczęśliwą, delikatnie rzecz ujmując, no to na pewno nie jest ani nieśmiały, ani głupkowaty.
Dlaczego Zati? No cóż, ktoś musi. :P Zawsze w jakieś grupie znajdzie się ktoś, z kogo będzie się kręcić bekę, a że on się "wystawia na celownik", no to bidula musi potem wysłuchiwać. ;)
Jak oni dali radę zagrać ze "Stańczykami"? Wypili jakieś tam lekarstwo na kaca. Ale niektórzy i tak do końca nie wytrzeźwieli, i na tym kacu grali. ;)
Jezus Maria, Zator, i właśnie tak wygląda Twoja poranna toaleta KAŻDEGO dnia? Ło Chryste Panie, ratuj tego nie spełno rozumnego człeka z tej Ziemi.
OdpowiedzUsuńAle Zat ma niezłego cela. No akurat w kibel. Rzut za 3 punkty!
Matko, Piter... Smutaśna historia :( Przytul się!
Pozdrawiam i czekam na następny :)
E, każdego dnia to może nie. :P
UsuńCela ma świetnego, fakt. :)
Historia smutna, ale przecież już się zmienia w radosną. ;>
A następny już jest. ;d
Ej, dobry pomysł, odpiszę na wszystkie stare wiadomości. :D