17.05.2014, Spodek, Katowice
17 maja 2014 roku, godzina 6:00. Nad Katowicami wstawał właśnie nowy dzień. Słońce wschodziło coraz wyżej i wyżej. Całe miasto powoli zaczynało budzić się do życia. Niedługo ze swoich łóżek powinni zacząć wygrzebywać się siatkarze. Wczoraj zaledwie zremisowali w sparingu z reprezentacją Stanów Zjednoczonych, więc położyli się spać w niekoniecznie świetnych nastrojach. Winą za ten niesatysfakcjonujący ich rezultat, obarczyli oczywiście Krzysia Ignaczaka. To przecież on miał dzień wcześniej urodziny, to przecież on wpadł na pomysł wyprawienia z tej okazji hucznej, zakrapianej imprezki. W końcu, to przecież on faktycznie taką bibę wyprawił. Ale z kolei, to przecież oni wszyscy upili się niemalże do nieprzytomności. To oni wszyscy mieli kaca, to część z nich nie potrafiła normalnie poruszać się po boisku. Widocznie niektórzy z nich wypili za mało leku na kaca. Albo nałykali się za mało powietrza z pompki od materaca. Przecież to, zdaniem Zatora, był najlepszy sposób na walkę z kacem... Nie, przecież nikomu nie wolno słuchać tego, co pierdzieli Zatorski, bo zaraz przez ten nadmiar głupoty i sam "ochujeje", jak to zwykł mawiać Bartek Kurek.
Skoro o Siuraku mowa. Może dzisiaj zajmijmy się trochę nim, żeby nie czuł się pomijany? Otóż, Kurak już nie spał, bo właśnie się obudził. Przetarł dłonią zaspane oczy i ziewnął przeciągle. Ułożył się wygodnie na swojej podusi, po czym już zdecydowanie otworzył swoje "paczałki" i rozejrzał się wokół, po całym pokoju. Szybko zorientował się, że coś mu tu nie pasuje. No tak, nigdzie nie było widać jego współlokatora. Gdzie, do cholery, podział się blondwłosy środkowy? Czyżby poszedł zdradzać go z Kosokiem? Znowu? To już się zdarzyło parę razy, więc Bartuś nie zdziwił by się zupełnie, gdyby tam polazł i znalazł obu środkowych razem, w jednym pokoju... Coś ostatnio w jego relacji z Nowakowskim zaczęło się psuć, lecz on nie wiedział co, ani dlaczego tak się zaczęło dziać. Za to Pit coraz częściej i z coraz większą chęcią umykał do Kosy i siedzieli godzinami gdzieś zamknięci w swoim własnym świecie, gdzie mieli swoje własne kredki. Dacie głowę, że ta dwójka mogła z dwie godziny siedzieć obok siebie w całkowitym milczeniu i być z tego niesamowicie usatysfakcjonowanym? No cóż, pokrewne dusze. Obaj tak samo "przymuleni", obaj tak samo małomówni... No, to drugie to obowiązywało do niedawna, bo ostatnio zarówno jeden, jak i drugi, to żywa kopalnia humoru, dowcipu i zabawy. No i oczywiście ciętych tekstów, ale tego im z kolei nigdy nie brakowało. Najważniejsze, i z pewnością warte odnotowania jest jednak to, że obaj panowie po prostu zaczęli normalnie gadać, a nawet się wydzierać wraz z innymi. Ich słynne poker face'y gdzieś zniknęły. Co ten Rzeszów robi z ludźmi...
Kurek postanowił na własne oczy przekonać się, czy jego kumpel znowu go zostawił by szlajać się gdzieś z Grześkiem. A raczej, by spać sobie z nim w jednym pokoju. Pewnie nawet pod jedną kołderką. Zapewne znowu zasta ich przytulonych do siebie...
- Raz kozie śmierć, idę. A jak ten mi znowu się buja gdzieś z tym głupkiem, to obaj tego pożałują. - cóż Bartek miał na myśli? A no miał w planach obrazić środkowego w jakiś durny sposób, ale zarazem taki, że mogłaby to być dla niego dotkliwa obelga. Chciał, ogólnie rzecz ujmując, ucelować w jego "miękkie podbrzusze", tak rzucić swoją obrazą, żeby ten się tym przejął. Znał wszystkie jego pasje, zwyczaje... Ale znał także jego słabe strony i wiedział, jakich tematów przy nim lepiej nie poruszać, bo są dla niego zbyt drażliwe. Nie, odnośnie seksu nic mu nie wygarnie, bo aż tak dobijać go nie chce, skoro dopiero co go dziewczyna rzuciła. Swoją drogą, co to musiała być za idiotka, że takiego gościa zostawiła... Hmmm, gdyby tak powiedzieć coś na przykład na jego ulubiony zespół? Czy to muzyczny, czy też na przykład piłkarski? To mogłoby się udać. To naprawdę mogłoby rozsierdzić spokojnego zazwyczaj Resoviaka. Trzeba będzie tylko się zastanowić nad odpowiednim doborem słów, co by ten maestro Cię nie zgasił jakąś wymyślną ripostą...
Kurek wstał więc z łóżka, szybko się ogarnął w kibelku, unikając takich przygód, jakie to wczoraj spotkały Zatora i wyszedł z pokoju. Skierował się w stronę tego, w którym ulokowany był Kosok. Z Jaroszem. No i, jak myślał Siurak, dzisiaj także i z Nowakowskim. Doszedł pod odpowiedni pokój i zapukał do drzwi. Te niemal natychmiast otworzyły się. Bartosz nie czekał nawet, aż któryś z siatkarzy się z nim przywita. Tak po prostu, na chama, wszedł i stanął na środku pokoju.
- Cześć kochanie! Przyszedłem zobaczyć, czy znowu zdradzasz mnie z tym piździelcem! - wrzasnął w powietrze. Oczekiwał, że zaraz usłyszy Cichego. Nic bardziej mylnego.
- Z nikim Cię nie zdradzam, Bartuś. - uśmiechnął się Kosok.
- Nie do Ciebie mówiłem, piździelcu. - warknął.
- W takim razie, kogo szukasz? - zapytał Jarski.
- No wiecie, mojego przyjaciela. Taki bardzo wysoki, bo ma dwa metry i pięć centymetrów wzrostu. Blondyn, z wiecznie rozwianym włosem. Oczy niebieskie, zawsze wyglądają jak przyćpane. Jego matka chyba nie wie, że on ćpie. Na twarzy albo przyjebany bananek, albo typowy poker face. Długi, nieco krzywy nos. - sporządził dokładny opis swojego ziomeczka.
- Mmmm... a nie łatwiej byłoby po prostu podać nazwisko poszukiwanego? Z opisów zawsze byłem słaby. - wypalił Ryży.
- Nowakowski. - westchnął Kurek.
- Kojarzę. - uśmiechnął się Grześ.
- O! No to zapewne wiesz, gdzie on jest? Gdzie go ukrywasz? Gadaj! - prychnął przyjmujący Maceraty.
- No właśnie nie wiem, gdzie on się podziewa. Nigdzie go nie ukrywam. Dzisiaj nie widziałem go jeszcze na oczy. A już zwłaszcza w tym pokoju. - westchnął czarnowłosy środkowy.
- To gdzie on się, do cholery, szlaja? Nic Ci nie mówił, u kogo będzie dzisiaj spać? - zapytał.
- Nic, a nic. - odpowiedział, zgodnie z prawdą były Resoviak.
- Bo ja się kurde, budzę, rozglądam, a Piotrusia nie ma. I tak się zastanawiam, gdzie go wywiało. - jęknął.
- Wiesz, coś tam kojarzę z naszej cudnej bibencji, że Zagumny coś do niego pierdzielił, że jakby ten chciał o czymś z nim pogadać, zwierzyć mu się z jakichś swoich problemów, to nie ma problemu, że on zawsze bardzo chętnie go wysłucha. - zaczął Kosa.
- I sądzisz, że on mógłby... spać u Gumy? Z Gumą? Może jeszcze w jednym łóżku? - parsknął i się zaśmiał. - Nie no, przecież to niemożliwe... Skąd akurat u Ciebie takie podejrzenia? - zapytał. - Ty coś wiesz. - stwierdził po chwili.
- Już Ci mówiłem, że nic nie wiem. Guma oferował mu swoją pomoc, a z tego co wiem, to Pit się zastanawiał, czy właśnie by nie iść z nim pogadać. Jak chcesz, to mogę pójść z Tobą i razem sprawdzimy, czy on tam jest. Jeśli będzie, to się zdziwię, no ale... ja tego człowieka już nie ogarniam. - uśmiechnął się Grzesiek. - No a Guma wczoraj się przyznał, że nawet on, nawet ten stary mruk, Paweł Zagumny, ma słabość do naszego uroczego blondi.
- Kurde... Aż się wierzyć nie chce... - westchnął. - Serio, poszedłbyś tam ze mną? - zapytał.
- Jasne. Sam chciałbym wiedzieć, gdzie się szlaja mój najlepszy przyjaciel.
- Cichy jest mój. I się od niego odpierdol. - warknął. - Znajdź sobie innego przyjaciela. - dodał. - Już Ci Jarski nie wystarcza? - fuknął.
- Człowieku, że niby rudy ma mi wystarczyć? - zachichotał, po czym dostał z łokcia w bok. Od Kuby, oczywiście. - Weź już przestań, Piotrek nie jest Twoją własnością i może się zadawać z kim chce, i kiedy chce. - pokręcił głową z niedowierzaniem. Kurek chciał mu zabronić kontaktów z jego ziomkiem? Serio? - Dobra, to idziemy?
- No. Idziemy. - westchnął przyjmujący i razem z Kosokiem wyszli z Grzesiowo - Kubowego pokoju.
--------------------------------------------------------------------------------------------------------
Po chwili dotarli do tego, w którym zakwaterowany był doświadczony rozgrywający. Kurek nieco zawahał się, zanim zapukał do drzwi. Wiedział, co to znaczy "wkurwiony Paweł". I, zdecydowanie, nie chciał zastać takiego widoku. Ale musiał się, do cholery, dowiedzieć, czy przypuszczenia Kosoka są prawdziwe. Ale żeby Guma zapraszał kogoś na nocne rozmowy? To było do niego niepodobne. No tak, pod wpływem kadrowiczów każdy się zmienia. To jest tak specyficzna grupa, z taką niespotykaną nigdzie indziej atmosferą, że to normalne, że po jakimś czasie wszyscy zaczynają zachowywać się w dziwny sposób. Może więc i na rudowłosego przyszła pora, by odkryć jakieś jego głęboko skrywane sekreciki? Dziwna to sprawa. Niby w reprezentacji jest od lat, niby jest jej absolutnie podstawowym i kluczowym zawodnikiem, a jednak mimo to, niewiele o nim wiadomo. O jego upodobaniach, zwyczajach, życiu prywatnym. Nikomu z chłopaków nigdy się z takich rzeczy nie zwierzał. Dlaczego więc nagle miałby zechcieć pomóc Piterowi rozwiązać jego sercowe problemy?... Nie, to niemożliwe, żeby Cichy tu był.
Bartek po tej chwili zawahania zdecydował się w końcu w bardzo delikatny sposób zapukać do drzwi pokoju siatkarza ZAKSY Kędzierzyn - Koźle. Zrobił to naprawdę cichutko, ale i tak się obawiał, że Guma go po prostu opierdzieli za to, że o takiej godzinie budzi go i robi hałas. Niby nie trzaskał drzwiami, ale przecież pukanie to prawie jak trzaskanie. Chyba. Miał szczęście, Guma już nie spał. No chyba, że go właśnie obudził, to wtedy owego szczęścia jednak nie miał.
- Cześć chłopaki. - ziewnął zaspany rozgrywający, gdy zobaczył ich stojących w jego drzwiach.
- Cześć! - krzyknęli równocześnie.
- Co się stało? Co was do mnie sprowadza?
- No, chcieliśmy się Ciebie o coś spytać. - zaczął Kosok.
- A zatem słucham. - wysilił się na delikatny uśmiech. - Aha, i nie krzyczcie zbyt dużo. Mam lokatora dzisiaj w pokoju, niech sobie jeszcze śpi.
- Masz lokatora? - podchwycił temat Siurak.
- Tak. Dlaczego Cię to interesuje? - zapytał.
- Bo całkiem możliwe jest, że właśnie rozwiązaliśmy nasz problem. - cichutko zaśmiał się Grzesiek.
- Nie rozumiem. - westchnął Guma.
- Szukamy takiego jednego siatkarza... Wysoki, blondyn, nieco gamoniowaty... - Kurek także cicho zarechotał.
- Ach. Śpi sobie tutaj. - uśmiechnął się Zagumny. - Nie budźcie go.
- Kurwa, Paweł, proszę Cię. Następnym razem uprzedź, że Cichy będzie spać u Ciebie. Ta wywłoka - tutaj wskazał na Kurka. - nawiedziła mnie i wrzeszczy, że gdzieś mu Pitera schowałem i w ogóle... - przewrócił oczami.
- Ale ja nie wiedziałem, że on będzie tu spać. Tak jakoś po prostu się złożyło. - wytłumaczył.
- Tak, to znaczy jak? - drążył temat przyjmujący.
- Powiedział mi wczoraj, że czekał, aż tylko zaśniesz, no i wymknął się do mnie, bo chciał porozmawiać na pewne tematy. Niezbyt przyjemne dla niego. - rzekł rudowłosy zawodnik.
- To dlaczego nie mógł porozmawiać ze mną na ten temat? - jęknął.
- Albo ze mną... - dodał Kosok.
- Bo stwierdził, że z was są paple i wszystkim wygadacie, o czym byście z nim gadali. A on nie chciał, by więcej osób o tym wiedziało. Powiem wam tak, podziwiam tego chłopaka, że on jeszcze się nie załamał psychicznie. - chyba zaskoczył ich tym stwierdzeniem, bo gały niemal wyleciały im z orbit.
- To znaczy?... - jęknął Kurek. Nie miał pojęcia o tym, jakie dramaty sercowe przeżywał Nowakowski...
- Wiesz, ile on razy miał już złamane serce? - zaczął. Kurek i Kosok pokręcili głowami. - Ja przy dziesiątym razie chyba bym już się poddał. - otworzyli usta ze zdumienia. - A on nadal potrafi znaleźć sobie jakieś priorytety w życiu i skupić się na nich.
- Jakie priorytety? - szepnął wciąż zdziwiony Grzegorz.
- Siatkówkę. No bo co innego może go jeszcze trzymać przy życiu, kiedy już tyle razy dostał w dupę?... - pokręcił głową. - Ale zdradził mi, że on już chyba długo tak nie wytrzyma... - westchnął
- Jeju, i dlaczego on w ogóle mi o tym nie mówił? - szepnął zdumiony Siurak.
- Ani mi. - bąknął Kosa.
- Może nie chciał was dobijać. No wiecie, żebyście się nie martwili o niego. - wytłumaczył. - Myślę, że taka rozmowa, gdzie ktoś go wysłucha, była mu bardzo potrzebna. Ale on nie mógł tego powiedzieć wam, bo pewnie byście zaczęli wariować z troski o niego...
- No, raczej tak. To jest mój przyjaciel, jest dla mnie kimś naprawdę ważnym. Z resztą, dla Grześka też. - Kosok zdziwił się nieco, gdy Kurek zdrobnił jego imię.
- Najlepsze, co teraz możecie zrobić dla niego, to udać, że nic o tym wszystkim nie wiecie. Zachowywać się zupełnie normalnie, nadal być dla niego przyjacielem. Gdyby on wiedział, że się o niego martwicie, to też by to dobrze na niego nie wpłynęło.
- A mówisz, że on Ci powiedział, że już długo tak nie wytrzyma, nie? - Guma przytaknął na słowa czarnowłosego środkowego bloku. - I... co on by wtedy zrobił?
- Myślał o tym, czy nie ulżyć sobie w pewnym miejscu, ale... - chciał powiedzieć coś jeszcze, ale zamilknął, gdyż usłyszał właśnie jakieś gramolenie się pod kołdrą. Czyżby blondwłosy środkowy właśnie się obudził?
Fałszywy alarm.
- Ale? - dopytywał przyjmujący.
- Ale odwiodłem go od tego pomysłu. - dokończył swoją myśl rozgrywający.
- Dlaczego? Przecież w burdelu by sobie odreagował. - wypalił.
- Daj spokój, to nie jest sposób na radzenie sobie z problemami. - skarcił go za taką myśl Zagumny.
- Lepsze to niż chlanie. - dodał Grześ.
- Rozumiem, że wy byście tak zrobili? - warknął. Niedowierzał w ich słowa.
- No. Raczej tak. - bąknął Kurak.
- Tacy moralni jesteście... - westchnął i złapał się za głowę. - Nie chcę, by on się staczał na złą stronę. On taki nie jest, to do niego nie pasuje. Nie chcę, by się dobijał swoją samotnością poprzez kurwienie się po burdelach z byle szmatami, których nawet nie zna. Rozumiecie? Jemu trzeba pomóc w inny sposób. Tylko problem jest taki, że nie bardzo jest jak. On sam musi sobie dać z tym radę, niestety.
- Naprawdę nie jesteśmy w stanie nic zrobić w tej sprawie? - zapytał Kosok.
- Nie. Co chcesz niby zrobić? Masz jakiś pomysł? Od razu mówię, nie próbujcie go na siłę z kimś zapoznawać, to nie ma sensu. Tak mu nie pomożecie.
- To ja się, kurwa, poddaję. - jęknął zawodnik Maceraty.
W tej chwili wszyscy ponownie usłyszeli jakieś gramolenie się pod pierzynką. Odwrócili swoje głowy w tamtą stronę. Zobaczyli zaspanego środkowego, który właśnie otwierał swoje oczy. Przetarł je dłonią i podniósł się nieco na rękach. Westchnął cicho, a jego głowa ponownie legła na miękkiej, wygodnej poduszce. Ponownie przymknął oczy. Nie chciał jeszcze wstawać. W ogóle nie chciał dzisiaj opuszczać ciepłego łóżka. Odkąd w jego głowie pojawiły się znów te nieszczęsne myśli o jego totalnie zjebanym życiu prywatnym, nie miał na nic ochoty. Nic nie potrafiło wywołać na jego twarzy choćby nikłego uśmiechu. Załamał się, to pewne. Możliwe, że to była nawet jakaś depresja...
Zapytacie się pewnie, jak to możliwe, skoro wczoraj jeszcze sobie wesoło chichotał? Otóż, wczoraj był przecież na kacu, nie myślał o tym wszystkim. Grał więc też w takim stanie, ale skoro wychodziło mu to dobrze, to pomińmy tę kwestię. Wtedy jeszcze było w miarę dobrze, starał się zapomnieć, i to mu się udawało. Ale potem... po cholerę on poszedł do tego Zagumnego o tym wszystkim rozmawiać? To zwierzenie się miało mu pomóc, a tymczasem, ono jeszcze bardziej mu zaszkodziło. Zasnął w naprawdę podłym humorze, totalnie zdołowany. Co z tego, że Guma go przytulił, dał buziaka w policzek i powiedział mu, że wszystko będzie dobrze? Przez te pieprzone słowa wypowiedziane do rozgrywającego, uświadomił sobie, jaką jest ofiarą losu. Przecież to nie jest normalne, że rzuciła go już dziesiąta dziewczyna. Nie wiedział, dlaczego tak się dzieje. Nie wiedział, co robił źle. A może nadal to robi? Czy im mogło przeszkadzać to, że poświęcał się swojej pasji, jaką jest siatkówka? Przecież wiążąc się ze sportowcem, powinny być świadome, że nie będzie on na każdą zachciankę panny, że nie będzie przy niej siedzieć 24 godziny na dobę. Kiedy tylko mógł, rozpieszczał je, kupował im kwiaty, albo jakieś drogie rzeczy, zabierał na spacery, na jakieś romantyczne kolacje. Robił co mógł, by były z nim szczęśliwe. A one wydawały się być szczęśliwe. Co więc było nie tak? Nic głupiego nigdy żadnej z nich nie powiedział, nie zrobił nic, co mogłoby je zranić. Był po prostu dobry. Typowy dobry, kochający człowiek.
Coś nie tak musiało być z nim. Przecież niemożliwe jest to, że po prostu trafiło mu się dziesięć laluni pazernych na pieniądze, które puszczają się przy pierwszej lepszej okazji...
Nowakowski pokręcił głową, wciąż leżąc na podusi. Wtedy właśnie zobaczył, że trzech siatkarzy wpatruje się w niego, jak w obrazek. Chyba dostrzegli, że środkowy zdecydowanie nie jest w nastroju, który pozwalałby na przeprowadzenie z nim jakiejkolwiek rozmowy. Ale nie wiedzieli, dlaczego. Nie wiedzieli, co mogło mu się stać. Ba, Guma przecież stwierdził, że ta rozmowa na pewno mu pomogła. Taa, na pewno... Środkowy obrócił się w stronę ściany. Chciał zasnąć, pogrążyć się w tym słodkim stanie. Tylko to sprawiłoby, że przestałby myśleć o swoich problemach. Ale zasnąć nie było mu dane. Jak na złość, jego organizm nie chciał tego zrobić. Westchnął głośno, kolejny raz pokręcił głową, po czym skrył ją w dłoniach. Kręcił głową dobrych parę minut, po czym znów ułożył się w poprzedniej pozycji - z głową na poduszce, patrząc w sufit. I myśląc. Myśląc o tym, jak bardzo jest nieszczęśliwy i jak bardzo spierdolone ma życie. Zastanawiając się, co w nim jest nie tak, co on może w sobie zmienić. I wzdychał. Głośno wzdychał. I cały czas kręcił głową. Nie wstanie dzisiaj z łóżka, to już postanowione. Może ewentualnie pójdzie do siebie, zamknie drzwi na klucz, a Kurka wyrzuci do Gumy. Chciał zostać sam ze swoimi zmartwieniami, bo wiedział, że nikt, ani nic, nie jest w stanie ukoić jego bólu. Nie pójdzie dzisiaj na trening. Będzie jakoś musiał to przekazać Kurkowi, albo komuś innemu. Coś się wymyśli, na przykład, że źle się czuje. Przecież to z resztą było prawdą, bo on się czuł po prostu fatalnie. Jak jakiś wrak człowieka. Leżał tak na tej poduszce, i leżał. Z rozdartym sercem, zranionym bolesnymi wspomnieniami z przeszłości. Czuł się, jakby ktoś mu wbił w nie jakiś kolec, drzazgę. Jakby coś w nim pękło. To właśnie jego serce pękło i ropadło się na tysiące kawałków... Już nigdy nic nie będzie takie same w jego życiu, jak było do tej pory.
Leżał, i leżał. Czas mijał nieubłaganie. A on leżał. W milczeniu, a to patrząc w sufit, a to przymykając powieki i zaciskając je mocno, by tylko nie wypłynęły z nich żadne łzy. O tym, że żyje świadczyło tylko to, że co jakiś czas wzdychał i kręcił głową. Wiedział, że Kosok, Kurek i Zagumny cały czas się na niego gapią, ależ oczywiście, że był tego świadomy. Idiotą w końcu nie był. Chciał tak po prostu ich wyprosić z pokoju, kazać im stąd zniknąć. Żeby wyszli i nie wracali. Chciał po prostu zostać sam, by w końcu w spokoju móc się rozpłakać, dać upust swoim emocjom. Najchętniej zamknął by się gdzieś na końcu świata i wył, i krzyczał, do utraty tchu. Chciał, by uleciały z niego absolutnie wszystkie emocje. Wtedy zostałby już totalnym warzywem. Niezdolnym do okazania jakichkolwiek uczuć. Może wtedy, gdy nie odczuwałby już nic, przestałby odczuwać także to nieustannie dobijające go cierpienie. Prawdopodobnie minie sporo czasów, zanim zdobędzie się na pierwszy, nieśmiały uśmiech.
Westchnął po raz kolejny, po czym głośno chrząknął. Musiał jakoś dać do zrozumienia innym, że nie życzy sobie tutaj ich obecności.
- Piotrek. - szepnął do niego Kurek. Środkowy nawet nie mrugnął okiem. Nic, zero reakcji. Cały czas leżał, z rękoma założonymi pod głowę i gapił się tępo w sufit. - Pit... Piter... - nadal pozostawał niewzruszony.
- Co się dzieje? - zapytał Zagumny. Jedyną odpowiedzią, jaką uzyskał była dobijająca wszystkich cisza.
- Nic. - bąknął w końcu, niemalże niedosłyszalnie, i przetarł dłonią prawe oko. Możliwe, że chciała z niego wypłynąć jakaś nieposłuszna łza. Przecież oni nie mogli zobaczyć, że jedyne, czego teraz chce, to rozryczeć się jak małe dziecko. Nie mogli, bo od razu zrobiliby taką jazdę, że głowa mała.
- Przecież widzę, że coś jest nie tak. - zmartwił się rozgrywający.
- Wszystko jest w porządku. - odrzekł, nie przestając gapić się w sufit. Nie, nic nie było w porządku. Ale oni nie musieli o tym wiedzieć. Wystarczy, że on najchętniej zapadłby się pod ziemię. Oni nie musieli czuć tego samego, martwiąc się o niego.
- Nie kłam. Daj sobie pomóc. - wyrwało się Kosokowi.
- Pomożecie mi, jeśli stąd teraz wyjdziecie. Chcę zostać sam. - warknął na nich. - A z resztą... Wy tu zostańcie, a ja pójdę do siebie. A Ty, przyjacielu... - tutaj zwrócił się do Kurka. - ... będziesz odtąd mieszkać w pokoju z tym oto przemiłym panem. - wskazał na Zagumnego.
- Wyrzucasz mnie? - jęknął Siurak.
- Tak. - odparł niewzruszony Nowakowski.
- Dlaczego? - był zdziwiony tym, co przed chwilą usłyszał.
- Albowiem tak uważam. Cześć. - rzekł i zaczął wygrzebywać się z łóżka. Gdy wyszedł w końcu z niego, usiadł na chwilę na nim, pokręcił parę razy głową i westchnął. Wstał i zaczął kierować się w stronę drzwi. Niestety, nie było mu dane wyjść z pokoju, bo nagle drogę zagrodził mu siatkarz z rudymi włosami.
- Dokąd? - zapytał Guma.
- Do siebie.
- W takim stanie? - drążył temat.
- Tak. Daj spokój, nic mi nie jest. - syknął na niego.
- Właśnie widzę... - zironizował rozgrywający. - I co zamierzasz zrobic u siebie?
- To, co robię tutaj. - nie był rozmowny. I chyba nikogo nie powinno to dziwić.
- Czyli będziesz leżeć, wzdychać, kręcić głową i gapić się w sufit, tak? - wypalił Kurek. Wolał się upewnić.
- Jeśli to właśnie robiłem tutaj, to moja odpowiedź na Twoje pytanie będzie twierdząca. - westchnął. - A teraz dajcie mi już spokój, chcę iść do siebie.
- A trening? - zapytał Kosa.
- Nie idę dzisiaj na trening. - bąknął.
- Dlaczego?! - krzyknęli wszyscy trzej na raz.
- Fatalnie się dzisiaj czuję. Nie wiem, chyba coś mi zaszkodziło. Nie mam na nic siły. Tylko bym wam przeszkadzał, bo wątpię, czy byłbym w stanie coś zrobić z piłką.
- Dobrze, powiemy to Stefanowi... - rzekł Zagumny. - Chodź chociaż na stołówkę. Potem pójdziesz do siebie.
- Przepraszam, ale nie jestem głodny. - stwierdził i próbował wyminąć Szaloną Rudą, by wyjść w końcu z jego pokoju. Niestety, Guma ominąć się nie dał.
- Idziesz i nie ma dyskusji. Nie możesz nic nie jeść, bo zasłabniesz, i wtedy to dopiero będziesz się fatalnie czuć.
Westchnął tylko i wzruszył ramionami. Ale ostatecznie przystał na propozycję Rudej Pumy. Wiedział, że z nim naprawdę nie ma dyskusji...
--------------------------------------------------------------------------------------------------------
Dosiedli się do stolika zajmowanego przez Zatorskiego, Możdżonka, Łomacza, Winiarskiego, Żygadłę, Drzyzgę, Ignaczaka i Kubiaka. Piter postanowił udawać, że naprawdę nic się nie dzieje. To nie będzie łatwe, ale wierzył w to, że mu się to uda. Potem się rozklei, gdy skończy to pieprzone śniadanie i pójdzie do siebie, by posiedzieć sobie samotnie i pozamartwiać się nieco. Przy stole dominował jeden temat - wczorajszego meczu, oczywiście. Chłopcy jedzenie swoich śniadanek umilali więc sobie rozmową.
- Ja pierdolę, kurwa mać, jaka żenua to był ten pierwszy set. - jęknął Łomacz.
- Dno totalne. - przytaknął mu Zagumny.
- No. Normalnie Rów Marsjański. - dodał Zator, a wszyscy przewrócili oczami i pokręcili głowami z niedowierzaniem.
- Jaki? - Winiarski wolał się upewnić, czy oby na pewno sie nie przesłyszał.
- Marsjański. No, wiecie, ten taki najgłębokszy. - uśmiechnął się.
- No teraz to dojebałeś jak łysy grzywką o kant kuli. - Kubi westchnął i złapał się za głowę.
- Dziwi Cię to? - zaśmiał się McGregor
- Nie. A w sumie, przecież on prawie łysy jest. - zachichotał.
- No i fajnie. - bąknął Kurek.
- Wręcz czadowo, aż mógłbym rzec. - ozwał się Możdżon.
- A to słowo to pochodzi od czadu? - zapytał Zati.
- Tak, kurwa, a "byczo" się wzięło od byków. - parsknął Nowakowski. Gasić kolegów nadal był w stanie, pomimo dramatu, jaki rozgrywał się w jego sercu i głowie.
- Dobra, skończcie już filozofować. - upomniał ich Możdżon.
- To nie ja, to ten czadomen zaczął. - fuknął blondwłosy środkowy.
- A ta głupia krowa się musiała do tego dołączyć? - zgasił go Drzewo.
- Krowa? - bąknął zdezorientowany Pit.
- Masz rację, buhaj. - zachichotał Fabian.
- A dlaczego buhaj? - dopytywał.
- Bo krowa ma obwisłe cyce. A Ty raczej nie. - wytknął mu język.
- Raczej?... - jęknął i udał, że się focha.
- No i jesteś napakowany jak taki byczek. - dodał Igła, śmiejąc się.
- Sorry, ale mnie buhaj kojarzy się tylko z rozmnażaniem. - wtrącił Winiar.
- Co? - jęknął Pit.
- Nintendo! - wrzasnął Zator.
- To nie słyszałeś o buhajach rozpłodowych? - zaczął przyjmujący.
- Nie. Tylko o knurach... - westchnął.
- No cóż, w takim razie pragnę Cię uświadomić, że buhaje też są rozpłodowe. - stwierdził, a niektórzy tylko złapali się za głowy.
- Ej no, ale to w sumie do niego pasuje! Młody, silny, ciało ma piękne niczym u greckiego boga... Wyczuwam, iż to bydlę może być wyjątkowo jurne. - zarechotał Łomacz.
- Weźmie viagrę zażyje i stoi chuj jak sosna. - zaśmiał się Ziomek.
- Jakby tam co miało stać. - prychnął Dziku, ale go zignorowano.
- Nie potrzebuję tego typu wspomagaczy do osiągnięcia absolutnej ekstazy w moim ciele. Wystarczy mi cudowna, cielesna uciecha, namiętne, erotyczne doznanie, nieziemski seks, uprawiany z kobietą, która byłaby miłością mojego życia. Niczego więcej nie potrzebuję do uzyskania pełni szczęścia. - rozmarzył się. O mamuniu, Piotruś. Jakie zwierzenia przed dwudziestą drugą. A nieletni to czytają.
Po chwili jednak tylko głośno westchnął i złapał się za głowę. On naprawdę niedługo zwariuje z powodu tej pierdolonej samotności.
- Co jest? - zauważył Winiarski nagłą "zmianę humoru" środkowego. Dobre sobie, przecież on cały czas był w podłym nastroju.
- Głowa mnie boli. - jęknął. - Ogólnie fatalnie się czuję.
- To idź się połóż do łóżka. - stwierdził Możdżonek.
- No właśnie mam taki zamiar. - stwierdził.
- Jak coś, to powiemy Stefanowi, że źle się czujesz. - dodał Igła i uśmiechnął się.
W tej właśnie chwili Antiga zjawił się na stołówce. Rozejrzał się po niej i zawołał wszystkich do siebie.
- Chłopcze! Idżjemy na trening! - krzyknął. Piter wstał z miejsca, razem z resztą siatkarzy, która siedziała przy "jego" stole. Lecz on nie zatrzymał się przy trenerze, tylko bez słowa ruszył dalej, w stronę drzwi. - Piter! Idżjemy na trening. - rzekł, nieco zdziwiony zachowaniem swojego zawodnika, Francuz.
- Przepraszam, dzisiaj nie mogę. Idę do łóżka. - zaczął środkowy.
- Dlaczego? - zapytał.
- Fatalnie się czuję. - westchnął.
- Tak, a moja prababczja to Maria Antonina. - stwierdził Stefan. - Chodż.
- Stefan, ja naprawdę nie mogę. - złapał się za głowę. - Głowa mnie boli, plecy mnie bolą, brzuch mnie boli, wszystko mnie boli.
- Mózg też? - w oddali dało się słyszeć złośliwe prychnięcie Kubiaka. Nowakowski udał, że tego nie usłyszał.
- Chodż Piter, żobaczymy, jak to naprawde ż Tobom jezd. Szpróbuj chociaż. Jeszli nie bendżje Czi szło na ten trening, to Czje ż niego żwolnie. - uśmiechnął się i poczochrał go po głowie. Widział, że coś faktycznie jest nie tak, więc próbował dodać mu otuchy. Aczkolwiek nie wyglądało mu to na żadne problemy zdrowotne. Bardziej na jakiegoś doła emocjonalnego.
- Ale to jest naprawdę bez sensu. Zlamię pięć piłek, jakie dostanę i okaże się, że niepotrzebnie na ten trening przychodziłem. - pokręcił głową.
- A dlaczego od rażu żakładasz, że czosz Czi nie wyjdżje?
- Wolę potem się miło rozczarować. - westchnął.
- Chodż i nie marudż. Żobaczymy, czo to bendżje.
Wszyscy podążyli w stronę sali. Rozpoczął się trening. Wiadomo, rozbieganie, rozciąganie i inne takie tam ćwiczonka nie sprawiły żadnego problemu żadnemu z siatkarzy. Ale już gdy przyszło do ćwiczenia zagrywki... Nie potrafił ani razu na 20 serwisów wbić piłki w pomarańczowe. Albo zagrywał za lekko i piłka wylatywała w aut, albo za mocno, i lądowała w siatce. Na nic zdały się podpowiedzi Stefana odnośnie tego, jaką prędkość i rotację powinien nadać piłce. Nie wychodziło mu nic. Usiadł na ziemi i schował twarz w dłoniach.
- Faktycznie, Piter, widże, że dżiszjaj Czi nie idżje. Że faktycznie wyglondaż, jakbysz żle szje czuł. Idż do łóżko, odpoczywej. Wjerze, że jutro żobacze Czje w pełnia sziły i gotowy do żajenczja.
- Przepraszam, Stefan, że tak wyszło. - szepnął. Ten tylko poczochrał go po czuprynie, poklepał po plecach i życzył zdrowia...
Wrócił więc do swojego pokoju i usiadł na łóżku. Schował twarz w dłonie i tak po prostu się rozpłakał. Krzyknął parę razy, ale na tyle cicho, by ćwiczący na sali chłopacy go nie usłyszeli. Łzy z oczy płynęły mu strumieniami. Nie radził sobie z tym wszystkim, zdecydowanie. Teraz mógł nareszcie dać upust swoim emocjom. Liczył na to, że to mu pomoże. Ale nic z tego. Ani płacz, ani krzyk nie pomagały. To cały czas siedziało w jego głowie. Położył głowę na poduszce i zaczął znów tępo gapić się w sufit, zupełnie jak z rana w pokoju Zagumnego. Po cholerę on tam poszedł wczorajszej nocy? Gdyby nie to, nie cierpiał by teraz tej niewyobrażalnej wręcz męki. Ręce splótł ze sobą i położył na swoim torsie. Zaczął na przemian wzdychać i kręcić głową. I cały czas płakał. Nie wstydził się swoich łez, dla niego to było po prostu bardzo ludzkie. I tak bardzo świadczyło o tym, że ktoś zupełnie nie radził sobie w życiu.
- Dlaczego... Dlaczego? Dlaczego?! KURWA, DLACZEGO?! - wrzasnął. - Dlaczego to właśnie ja muszę mieć tak zjebane życie?! Jakby ktoś inny nie mógł?!
I płakał. I wzdychał. I krzyczał. I kręcił głową. I tak bardzo chciał cofnąć czas, żeby nie móc wspominać tego wszystkiego. Ta pieprzona rozmowa... To przez nią wszystko sobie przypomniał. To przez nią cierpi. To ona uświadomiła mu, jaką jest ofiarą losu. Jak bardzo jest beznadziejny, i że do niczego się nie nadaje.
- Ten problem tkwi we mnie. Przecież to niemożliwe, żebym 10 razy po prostu źle ulokował swoje uczucia. - mamrotał pod nosem. - Gdybym tylko wiedział, co mam w sobie zmienić, to bym to zrobił...
W końcu płacz i krzyki na tyle go zmęczyły, że Morfeusz ulitował się nad nim i zabrał go do swojej krainy. Podczas snu jego głowy już nie zaprzątały te straszliwe myśli. I już nie płakał, nie wzdychał, ani nie krzyczał. I nie kręcił głową. Po prostu spał, znużony całym dzisiejszym rankiem. To przeżywanie jego tragedii okazało się dla niego zbyt wyczepujące, by mógł to wytrzymać.
Po prostu spał. Z wielką drzazgą w jego sercu, która roztrzaskała je na tysiące kawałków... Jego życie już nigdy nie będzie takie same.
--------------------------------------------------------------------------------------------------------
Podczas gdy Piter przeżywał w samotności swój osobisty dramat, jaki rozgrywał się w jego duszy, pozostali chłopcy wylewali z siebie poty na treningu. Stefan nie zamierzał im odpuszczać, ba, po wczorajszym "popisie" co poniektórych graczy w meczu z USA (a już zwłaszcza w I secie tego spotkania), zaordynował im cięższe ćwiczenia. Przecież, to co odpierdzielił wczoraj na przykład taki Bartman było absolutnie nie do zaakceptowania. Piłkę przyjmował na lasso, albo w ogóle mu się to nie udawało. A Możdżonek? Przecież on próbował przebić tą piłkę na drugą stronę, jakby to był jakiś balonik, albo inny puszek - okruszek. Tak, ta dwójka zdecydowanie Antigę rozczarowała. Ale nie tylko oni... Mało kto wyglądał dobrze we wczorajszym meczu. W pewnym sensie można by to tłumaczyć tym trapiącym ich kacem. Ale to z kolei nie świadczyło zbyt dobrze o ich profesjonaliźmie. Co z tego, że Igła miał urodziny? Fakt jest faktem, z alkoholem niektórzy sporo przeholowali. Mogli pić mniej, jakoś tak symbolicznie. Nie no, oni serio mieli pić mniej? Stefan, Ty chyba ich zbyt dobrze nie znasz, jeśli myślisz, że te moczymordy mogłyby sobie odpuścić chlanie na imprezie...
- Chłopcze! Żaczynamy trening! - krzyknął Antiga, po czym wszyscy ruszyli do rozgrzewki. Parę kółeczek wokół boiska, przebieżek wzdłuż i wszerz, jakieś podskoki, rozciągania. Rzucanie sobie nawzajem piłek. Potem przyszła pora na szlifowanie poszczególnych elementów gry. Ćwiczono więc blok, ćwiczono atak. Trenowano przyjęcie i rozegranie. Na końcu zajęto się zagrywką. W tym elemencie, jak zwykle, brylował Mariusz Wlazły. Dobrze radzili sobie także Wiśnia i Fabian Drzyzga. Float nie sprawiał dzisiaj nikomu większych problemów... Tak minęły dwie godziny treningu. - Rożdżjele wasz teraż na dwie dwunasztki.
- Czyli, że jedna nie ma środkowego na zmianę, a druga będzie grać na dwóch libero? - zapytał Winiarski. - Swoją drogą... nie wydaje mi się, żeby Pitera trapiła jakaś choroba. Bardziej coś chyba w głowie mu siedzi. Ktoś nie wie, czy on coś strasznego usłyszał, że tak się zamknął w sobie, czy coś? - wypalił, a Guma na te słowa pokręcił głową z niedowierzaniem. To on doprowadził go do tego stanu. Musi wziąć to na siebie.
- Wczoraj przyszedł do mnie na noc. - zaczął rozgrywający.
- I? - dopytywał Winiar.
- I zwierzył mi się ze swojego życia prywatnego... To nie było nic przyjemnego, wręcz przeciwnie, sam nie mogłem uwierzyć w to, co słyszę. Dziwiłem się, że on jeszcze jakoś wytrzymuje... Ale widocznie, po tych zwierzeniach, wspomnienia do niego wróciły ze zdwojoną siłą. I z tym już sobie nie mógł dać rady. - westchnął. - Przepraszam, to moja wina, to ja sprawiłem, że on teraz czuje się tak fatalnie, i zachowuje w taki, a nie inny sposób.
- To nie Twoja wina, Guma, naplawdę. Chciałeś pomóc. On też pewnie myślał, że wyrzucenie tego z siebie mu pomoże. - szepnął Buszu.
- Wierzę, że jest silny i szybko da sobie z tym radę. - zakończył rozmowę Zagumny.
- To jak to będzie z tymi składami, Stefan?
- No, niestety bendżje tak, jak mówi Winiar. Nie mam inne wyjszczje. Po treningu pójdę do Piter i ż nim porożmawjam. Oto szkłady na dżiszjej. A ż resztom... Lużny dżjeń mamy, to szje szami dobjerzcie. - rzekł i usiadł na ławce. - I szami szobie zagraczje. - dodał. Chyba przejął się tym, że Winiar podejrzewał jakąś depresję, czy coś takiego, u jego najlepszego środkowego...
- To może niech Winiar wybierze sobie swój skład. - stwierdził Guma.
- No dobrze. A zatem - spojrzał się w stronę rozgrywającego. - Tak, Paweł, wybieram Cię! - zaśmiał się. Wszyscy cicho zachichotali.
A w międzyczasie ktoś wszedł sobie na salę i usiadł sobie w jej kącie, starając się nie rzucać nikomu w oczy... Przecież nikt nie wiedział, że tu będzie, bo miał być w innym miejscu i robić coś zupełnie innego.
- Dobra, no to reszta składu... Igiełkę chcę jako mojego libero. - uśmiechnął się do Krzysia. - Mario w ataku, przyjmującymi, oprócz mnie, oczywiście, niech będą... dajmy na to, że Buszu, Włodi i powiedzmy, że może Zbychu. - wymieniał po kolei. - Hmmm... chyba wziąłbym sobie Łomacza jako drugiego rozgrywającego, a Boćka na drugiego atakującego. Na środku... Echh... Ktoś postanowił nam pokomplikować sprawy, no ale trudno. To w takim razie wezmę sobie drugiego libero. I będzie nim Mały. A na środku niech będą Grzechu i Wiśnia.
- Czyli w moim składzie mam Ziomka, Fabiana, Konara, Jarskiego, Kuraka, Kubiego, Mikusia, Rucka, Karola, Ptaszynę i Zatiego. No i ja w nim jestem, oczywiście. - podsumował Możdżon.
- Ej, a może ktoś poszedłby po Piotrka? - zaproponował Karol. - Żeby chociaż nam posędziował, bo tak to jak się na przykład taki Dziku zacznie wykłócać o punkty, to jeszcze byłby gotów dać komuś po mordzie.- zaśmiał się.
- Niech śpi. To mu na pewno pomoże. - szepnął Siurak.
- Dobra, to pierwsza szóstka to będą... no, ja, ze Zbychem, dajmy na to, Guma, Igła, Mario. No a na środku nie mam rotacji. - stwierdził Winiar.
- A u mnie... Karol i Andrzej... - zaczął Możdżon, ale natychmiast mu przerwano.
- Nie wystawiasz siebie do pierwszej szóstki? - zdziwił się Drzyzga
- Nie. Jestem bez formy. - westchnął.
- O matko. Ten się załamuje, w sumie nie wiadomo dlaczego, ten mędzi, że jest bez formy... No kurde, dobrze mówiłem. Środkowy to nie pozycja, środkowy to styl życia. - zaśmiał się Igła.
- Kontynuując... - chrząknął Muratore. - Kurek i Kubiak, Ziomek, Jarosz, no i Zator.
Winiar, Wiśnia, Guma, Zbychu, Kosa, Mario - Jarski, Siurak, Endrju, Ziomek, Dziku, Karollo. - tak prezentowała się kolejność w zagrywce.
Losowanie wygrał Możdżon. "Mecz" się zaczął. Chłopaki mieli rozegrać jednego seta i wracać do swoich pokoi. Rozpoczął więc od swojej zagrywki Jakub Jarosz, posłał mocny, nieprzyjemny serwis, z którego przyjęciem spore problemy miał Bartman. Na tyle spore, że Guma nie miał z czego wystawić piłki, toteż Winiar został zablokowany. (0:1). Kolejny serwis - as serwisowy. Znów nie popisał się Zbysiu. Oj, komuś coś chyba troszeczkę uciekła forma (0:2). Trzecią zagrywkę znów wycelował w ZB9, ale ten już przyjął ją bez większych problemów, co zaskutkowało skutecznym rozegraniem Gumy na środek. Wiśnia huknął z krótkiej nie do obrony (1:2). Winiar w polu zagrywki - też popisuje się asem, ustrzelonym zawodnikiem był Kurek (2:2). Kolejna zagrywka trafiła w siatkę (2:3). Przyszła pora na serwis Bartka, była to mocna, nieprzyjemna bomba, która przełamała ręce Winiarowi (2:4). Ale już druga piłka poleciała w aut (3:4). Wyrównany początek. Na zagrywkę wszedł Wiśniewski, i od razu, na dzień dobry, poczęstował Kurka swoją "wiśniówką", tak, to też był as, kolejny w tym "spotkaniu". (4:4) Druga bomba poleciała w Dzika. I on też jej nie przyjął (5:4). Trzecia w Zatora, dla odmiany także pomylił się przy odbiorze tej piłki (6:4). Czwarta piłka w końcu została przyjęta przez Kubiaka, ale atak Wrony został podbity. Kontra wykończona została przez Kosoka (7:4). Wiśnia uderzył piłkę po raz piąty, lecz ta poleciała daleko w aut. Bardzo daleko. (7:5)
- Ała. - wszyscy usłyszeli tylko ciche jęknięcie dochodzące z kąta sali. Spojrzeli w tamtą stronę, a tam siedział blondwłosy środkowy. Masował obolałą głowę, w którą przed chwilą dostał z "wiśniówki". Wyglądał lepiej, aniżeli wtedy, gdy szedł położyć się spać. Na jego twarzy chyba nawet na moment pojawił się nieśmiały uśmiech. Czyżby poradził sobie ze swoimi problemami?
Stefan chyba też to zauważył bo uśmiechnął się i podszedł do swojego zawodnika.
- Już lepjej, Piter? - zapytał i usiadł obok środkowego.
- Lepiej, chyba lepiej. Tak, zdecydowanie lepiej, tak, tylko głowa mnie trochę boli. - zaśmiał się. Uff, chyba depresja zażegnana. Oby tylko nie powróciła. W sumie, nie wiadomo, co się stało, że tak nagle mu przeszło. To jego nagłe rozbawienie było naprawdę podejrzane. Chyba się tak po prostu nie upił?...
- Dlaczego? - dopytywał Antiga.
- Wiśnia mnie poczęstował swoją wiśniówką. Zapomniał tylko, że ani nie jestem przyjmującym, ani nie jestem w tej chwili na boisku. - chichotał.
- Nie rożumjem. - westchnął Franzuz i pokręcił głową.
- Dostałem w głowę piłką po zagrywce Wiśni. - wytłumaczył mu.
- Ale nicz Czi szje nie ształo? - martwił się o niego, zdecydowanie.
- Nie. Nic, a nic. - wesoło sobie rechotał.
- A co Ci tak wesoło? To też od tego, że w łeb dostałeś? - zapytał Bociek.
- Nie. - odpowiedział.
- No, to od czego? - jęknął Wiśnia. Bo to nie jest normalne.
- No a od czego może być? - spojrzał na niego, jak na debila.
- No nie wiemy, od czego, więc weź nas oświeć. - stwierdził Andrzej.
- Po prostu się... - nie dokończył. Nie dlatego, że ktoś mu przerwał, dziwnie na niego spojrzał, czy sam się zorientował, że nie powinien tego mówić. - Ej, chłopaki, nie wydaje Wam się, że ten parkiet chyba trochę się trzęsie? - wypalił.
Cała hala bowiem nagle zadrżała. Chłopcy nie wiedzieli, zupełnie nie mieli pojęcia co się dzieje. A Spodek kołysał się coraz bardziej. Część z siatkarzy usiadła w kącie, tuż przy rzeszowskim środkowym i ścisnęli się wszyscy w jedną, zbitą "kupę". Bali się. Tak, oni naprawdę się bali tego, co zaraz miało się wydarzyć.
- Chodźcie tu, wszyscy. - szepnął Żygadło. - Wszyscy, bez wyjątku. Nie możemy się teraz rozdzielić, nie wiadomo, co się dzieje, nie wiadomo, co się może stać za moment.
W tej chwil Antiga wybiegł z sali, krzycząc, że idzie poszukać kogoś, kto "ogarnie czo szje dżjeje". A hala trzęsła się nadal i wszystko wskazywało na to, że ona po prostu wybuchnie. Ale jak to się stało? Jak i dlaczego? Czy ktoś położył gdzieś jakąś bombę, czy coś? Jeśli tak, to do wybuchu pozostało niewiele czasu. No skoro cały Spodek już drżał na wszystkie strony? Ściana, przy której skupili się siatkarze, zadrżała potężnie, niektórych chłopców prawie aż odrzuciło od niej. A oni mogli tylko siedzieć w tym kącie i patrzeć na to, co się dzieje. I tulić się do siebie, próbować jakoś uspokajać się nawzajem, szepcząc do siebie słowa otuchy. Kilku tych najbardziej strachliwych, zaczęło trzęść się razem ze ścianami, z całym budynkiem. Szeptali coś sobie do uszu, a w ich oczach widać było przerażenie. Czy bali się tego, co może ich spotkać? A z resztą, co mogło ich spotkać? Oni przecież tego nie wiedzieli. I właśnie to było w tym wszystkim najbardziej przerażające.
Trzęśli się jak osiki na wietrze. Szczękali swoimi zębami, przewracali non - stop oczami, kręcili głowami z niedowierzaniem. Niektórzy jęczeli, inni krzyczeli. Jeszcze innych stać było tylko na przeraźliwe piski. Znaleźli się w końcu i tacy, którzy po prostu dali się ponieść swoim emocjom i rozkleili się na tej podłodze. Po prostu na niej płakali, wypłakiwali się nawzajem w swoje rękawy, w swoje koszulki. Wszyscy tulili się do siebie, bez względu na swoje sympatie i antypatie. W takiej chwili chcieli być razem, bo jednak każdy dla każdego był kimś niezwykle ważnym. Mogli się nie lubić, jak Bartman z Wroną, czy Zagumny z Żygadłą, jednakże w trudnych chwilach wszyscy jednoczyli się we wspólnych celach. Dzisiaj taka trudna chwila właśnie nadeszła. A cel, jaki wszystkim przyświecał, był jasny - przeżyć to wszystko. Jeden cel, lecz tak cholernie ważny. Skąd oni mogli wiedzieć, czy te wstrząsy nie poprzedzą czegoś, co mogłoby przyczynić się do śmierci całej drużyny?... Nie, to chyba niemożliwe, by wszyscy mogli zginąć. Czy oby na pewno?
"Proszę daj mi jeszcze chwilę, daj mi jeszcze moment,
Nim zacznie się harmider, mego spokoju koniec"
Wtedy właśnie usłyszeli przeraźliwy huk i wszyscy jakąś piekielną siłą zostali odrzuceni od ściany. Rozrzuciło ich po całym boisku. Na szczęście nikomu nic się nie stało. Chyba...
- Cco się stało? - jęknął przerażony Wojtaszek. Usiadł na ziemi i zaczął kręcić głową. Westchnął, rozejrzał się wokół. Dostrzegł dwudziestu czterech mężczyzn, którzy, tak jak on, zdezorientowani, zbierali się z podłogi.
- Gdzie ja jestem? - wyrwało się z kolei Wlazłemu. Położył się na plecach, na zajmowanym przez siebie fragmencie parkietu i przymknął oczy.
- Kim wy wszyscy jesteście i co ja tu robię? - pytał Bartman. Jak to? Nie wiedział, kim są Ci pozostali goście?
Czyżby nasi siatkarze od tego przeraźliwego huku i strachu, jaki im towarzyszył... mogli stracić pamięć? To się wydawało być wręcz niewyobrażalne. A może jednak?... Z resztą, pytanie Wlazłego, o to, gdzie on się znajduje, też mogło o tym świadczyć. Ale jak to możliwe, że oni zapomnieli, kim są Ci wszyscy leżący obok nich goście?...
Rozmyślania na ten temat przerwał jakiś wyjątkowo nieprzyjemny, duszący i drażniący zapach. Prawdopodobnie w wyniku tego wybuchu coś się ulotniło i teraz zatruwało powietrze. Chłopcy padli zemdleni na parkiet, gdy tylko owa substancja dotarła do ich nosów. I spali tak, w całkowitej nieświadomości. Godzinę, drugą, trzecią... I nie wiadomo było, kiedy się obudzą...
--------------------------------------------------------------------------------------------------------
18.05.2014, Spodek, Katowice
W Katowicach rozpoczynał się kolejny, z pozoru zwyczajny dzień. Jak zawsze, słonko świeci, ptaszki śpiewają, kwiatki ładnie rosną. Wszystko jest śliczne i takie cudowne. Spodek po wczorajszym wybuchu stał nienaruszony, jednakże o tym, że psychika siatkarzy pozostała w stanie nienaruszonym, powiedzieć już nie można było. Przecież już wczoraj, zanim odurzył ich ten gaz, który wydostał się skądś, oni nie pamiętali praktycznie nic. Ani, gdzie się w tej chwili znajdują, ani, kim są Ci wszyscy goście, którzy znaleźli się w takiej samej sytuacji jak oni sami. Zupełnie jakby zapomnieli nawzajem o swoim istnieniu. Jakby stracili pamięć. Czy to w wyniku stresu, przerażenia? Nie wiadomo. Pewne jest to, że jeśli szybko nikt im nie pomoże, to może być bardzo ciekawie... Może to też zostać wykorzystane przeciwko nim przez osoby "życzliwe". Takich przecież na świecie nie brakowało. I nigdy nie było wiadome, kiedy na takową się trafi, ani jak ona zareaguje. Jak bardzo Ci zaszkodzi, znaczy się.
Z drugiej zaś strony, chłopcy mogą po prostu wpakować się w jakieś niezłe kłopoty. Jeśli, dajmy na to, wyjdą gdzieś na dwór, poza ten przeklęty Spodek, i zaczną się tam zachowywać w jakiś dziwaczny sposób, może to zostać naprawdę dziwnie odebrane przez ogół społeczeństwa. Może wpłynąć na ich opinie o nich. A raczej na to, że tą opinię mogą sobie w bardzo łatwy sposób popsuć. Wystarczy, że zrobią coś głupiego. Na bank trafiliby też wtedy na pierwsze strony gazet. A tego to już chyba by sobie nie darowali. To przecież, może z paroma wyjątkami, byli ludzie bardzo skromni, żyjący raczej w ciszy, z dala od medialnego zgiełku. Nie zależało im na żadnych karierach na portalach plotkarskich, na tym, by ciągle o nich mówiono. Oni w spokoju po prostu chcieli robić swoje, zająć się tym, w czym są najlepsi - czyli w graniu w siatkówkę.
- Halo! Czy mógłby pan zdjąć ze mnie swoją nogę? - warknął Mika w kierunku Włodiego.
- To niech pan ściągnie ze mnie swój wielki, ciężki łeb! - odparował mu tamten.
- Mój łeb nie jest ani wielki, ani ciężki! - wrzasnął. - Za to pana noga i dupa to jak u słonia!
- Przesadził pan. - fuknął Włodarczyk.
No tak, nie pamiętali nawzajem swoich imion i nazwisk, więc mówili sobie przez "pan"...
"To jest BIG-BANG, to jest bit ten
Stara gwardia zjednoczona jak Wu-Tang
Wielki Wybuch życie to ciężki wybór
Każdego dnia dalej toczy się gra."
- Panowie, co my tu wszyscy robimy? - szepnął Winiar, rozglądając się wokół.
- Drogi panie, nie mam pojęcia. - odezwał się Możdżon.
- A co panowie robili wcześniej? - spytał Rucek.
- Ja to chyba odbijałem sobie piłkę. - stwierdził Karol. - Tak, na pewno ją sobie odbijałem. Ale nic więcej powiedzieć nie mogę.
- Zaś ja, siedziałem sobie gdzieś. Ale gdzie i dlaczego, to nie pamiętam. - dodał Buszu.
- Ja też siedziałem. Aczkolwiek nie jestem w stanie powiedzieć, czy z tym panem, czy nie. - stwierdził Rucek
- Czyli ustaliliśmy, drodzy panowie, że część z panów odbijała sobie jakąś piłkę, bądź jakieś piłki, bo nie wykluczam, że mogło ich być więcej, natomiast druga część gdzieś siedziała. No to coś już wiemy. - westchnął Karollo.
- Czuję się, jakby pamięć mi wyparowała. - wypalił Bociek, a wszyscy spojrzeli na niego jak na jakieś Dziecko Słońca. Po chwili jednak pokręcili głowami z niedowierzaniem i powoli skinęli nimi.
- A wie pan, że ja także? - zapytał Ruciak. Bociuś zaprzeczył.
- A może nam wszystkim pamięć uciekła, a my się, tak naprawdę, bardzo dobrze znamy... - westchnął Łomacz.
- Bardzo możliwe, że masz rację, kolego. - rzekł Zagumny.
- Może ludzie na zewnątrz będą wiedzieć coś więcej na ten temat? - zaproponował Siurak.
- Oszalał pan? Pan się chce teraz pokazać ludziom? - zganił go za jego pomysł Wiśnia.
- Czy ktoś może mi powiedzieć, kim jest, i gdzie ja się znajduję? - biadolił Zatorski.
- Znajdujemy się chyba na jakiejś... sali gimnastycznej? Jest dziwnie duża i rozwinięta jest na niej siatka do gry w siatkówkę. O, a tam leży piłka do tej dyscypliny sportu. - odpowiedział mu Igła.
- Może faktycznie wyjdźmy na zewnątrz i podpytajmy się co nieco ludzi... - westchnął Kosok, a kilku siatkarzy pokiwało głowami.
- Myślę, że jeśli pójdziemy wszyscy razem, zaczniemy ze sobą współpracować, to szybciej osiągniemy cel, jakim jest dowiedzenie się, co się stało, gdzie my jesteśmy i co my tu robimy. I kim panowie są. - szepnął Piter.
No i wyszli, kierując się prosto do centrum Katowic. Przechodnie zatrzymywali się na chodnikach i podziwiali gwiazdy polskiego sportu. Nawet niektórzy kierowcy zatrzymywali swoje samochody, by na nich popatrzeć. W końcu nie na co dzień można było zobaczyć spacerujących po miastach siatkarzy. Tych siatkarzy, naszych siatkarzy, naszą niesamowitą, niezwykle zdolną drużynę, która w świecie sportu osiągnęła już naprawdę wiele. A apetyt miała na kolejne, nie mniej spektakularne sukcesy. Nie ukrywali, że możliwe, że Ligę Światową sobie nieco odpuszczą, jeśli uznają to za konieczne. Zależało im na czymś więcej. Oni chcieli po prostu zdobyć Mistrzostwo Świata. I wierzyli, że im to się uda. Nigdy nie wątpili w swoje umiejętności. To była po prosto banda zmotywowanych, pewnych siebie facetów. Zgrana ze sobą i potrafiąca odrzucić w kąt wszelakie wzajemne uprzedzenia co do siebie, by razem bić się o najwyższe cele. I potrafili robić to skutecznie, skoro na swoim koncie mieli medale Mistrzostw Europy, Ligi Światowej czy Pucharu Świata. Brakowało im tylko tego jednego, medalu Mistrzostw Świata. No, większości z nich brakowało, bo grupa siatkarskich dinozaurów dostąpiła zaszczytu wywalczenia srebrnego krążka na tej imprezie. Ale to było dla nich za mało, a inni też chętnie przewiesili by sobie przez szyję medal z mundialu. A kiedy będzie łatwiej takowe zdobyć jeśli nie na imprezie, która będzie rozgrywana w ich własnym kraju?
Ale czy teraz, kiedy stracili pamięć niemal zupełnie, będą pamiętać także i o tym? Czy oni będą pamiętać, że są siatkarzami, że sławią nasz kraj zarówno na naszym podwórku, jak i za granicą? Czy ktoryś z nich w ogóle pamięta o swoich osiągnięciach z tą kadrą? Pomińmy tu oczywiście te świeżynki, takie jak Mika, które jeszcze niczym się nie zasłużyły dla polskiej siatkówki. Chociaż z pewnością niedługo to zrobią. No, bo trzeba przyznać, do reprezentacji byle kto nie trafiał, więc jeśli znalazł się w niej dany siatkarz, to znaczyło to, że on po prostu coś potrafi i, że zdaniem trenerów, da on sobie radę na arenie międzynarodowej. Przecież gdyby nikt w takowego grajka nie wierzył, to ten by siedział teraz w domu, przed telewizorem, albo z nosem wściubionym w komputer... Młodych, perspektywicznych graczy należało sprawdzić, zanim rzuciłoby się ich na głęboką wodę. I tutaj te rozgrywki Ligi Światowej były po prostu idealne w tym celu. Chłopcy okrzepli by w pojedynkach z wymagającymi rywalami, i, kto wie, może któryś z nich by tak zaskoczył formą, że wygryzł by jakiegoś "pewniaka" ze składu na Mistrzostwa Świata?...
- Olszka! Ojej, Olszka, zobacz! - niewysoka, brązowowłosa dziewczyna krzyczała coś do swojej przyjaciółki, wskazując jej palcem na przechodzących nieopodal nich siatkarzy. Ci zaś chyba usłyszeli, że mowa jest o nich.
- Olszka? - zaczął Zatorski. - Nie słyszałem o takim imieniu. Już się kiedyś zdziwiłem, że jest takie imię jak Halszka... Ale Olszka?
- Olszka. Od nazwiska. Natka jest bowiem Olszewska. - wytłumaczyła mu.
- A Walcia jest Zajączkiem. - zaśmiała się tamta. - No co się tak patrzycie? Walcia, bo Waleria. - przewróciła oczami.
- Przepraszamy za niego. - odezwał się Winiar. - Nigdy nie był zbyt mądry.
- Piękne panie, czy możecie nam powiedzieć, gdzie my się w ogóle znajdujemy? Bo wiedzą, panienki, pamięć mi chyba uciekła. - wypalił Siurak.
- W Katowicach, niedaleko Spodka. - uśmiechnęły się obe.
- Katowice... Właśnie, Katowice! - krzyknął Rucek. - Dobrze myślałem, że to są Katowice.
- Ale panowie sobe z nas żartują, czy jak? - szepnęła ta, której chyba było na imię Natalia.
- Gdzieżbyśmy śmieli żartować. - odpowiedział jej Możdżonek.
- Dobrze, nieważne. Czy wraz z Walcią, możemy prosić was o autografy?
- A macie coś do pisania? - zapytał Konar.
- A mamy. - uśmiechnęła się panna Zając. - To jak, podpiszecie nam się panowie, na koszulkach?
- Chętnie. - rzekł Kubiak. Dziku chcący podpisywać się hotkom na koszulkach? To nowość... Co częściowa utrata pamięci robi z ludźmi...
Po chwili wszyscy pstryknęli sobie z nimi zdjęcia i machnęli im na owych T - Shirtach swoje podpisy. O dziwo, tego, jak one wyglądały, żaden z nich nie zapomniał. Widocznie mieli to zakodowane gdzieś w swoich głowach. Wątpliwe jednak, by potrafili skojarzyć po nazwiskach, który siatkarz złożył który podpis...
- W sumie, to nie rozumiem, dlaczego panny chcą mieć nasze autografy. - zaczął Jarski. - To my jacyś sławni jesteśmy, czy jak?
- Panowie jednak naprawdę żartują. - fuknęła jedna z nich i obie po chwili odeszły, kręcąc głowami z politowaniem.
- A przyjdziecie do mnie kiedyś w nocy bić mnie kablem? - wypalił im "na odchodne" Drzyzga.
"On chce, bym go biła kablem,
nazywała pieskiem,
gdy to słyszę, myślę nagle:
"Matko, gdzie ja jestem?""
Udawały, że tego nie słyszały... Co, do cholery, stało się tym chłopakom?... Dziewczęta tego nie wiedziały. Wyczuwały jednak, że dzieje się coś dziwnego, i raczej nic dobrego z tego nie wyniknie. Przecież to nie jest normalne, że znani siatkarze tak po prostu się ich pytają, kim oni są, gdzie są... A już pytanie Drzyzgi zabiło je doszczętnie. "Czy przyjdziecie do mnie w nocy bić mnie kablem?"... Serio, Fabian? Co tu się dzieje? Dlaczego oni zachowują się, jakby postradali zmysły? Dlaczego oni sprawiają wrażenie, jakby stracili pamięć? No i, do cholery, od kiedy siatkarze tak ochoczo podpisują się hotkom na ich koszulkach i robią z nimi zdjęcia? A już zwłaszcza tacy, którzy od zawsze byli nastawieni w stosunku do tego typu panienek na "nie", jak Kubi, czy... Guma. Tak, moi drodzy czytelnicy. Paweł Zagumny również chciał mieć zdjęcie z hotkami.
A może oni rzeczywiście stracili pamięć i dlatego zachowują się jak potłuczeni?
- Olszka, zadzwoń do psychiatryka, niech ich tam ktoś zbada. Jeju, może im coś się po prostu stało, że oni tak się dziwnie zachowywali? No bo oni przecież nie wyglądali, jakby mieli sobie z nas żartować. Oni byli raczej... otumanieni. - szepnęła Walcia do swojej przyjaciółki.
- Dobra. Ej, jeśli im coś się stało, to chyba ktoś powinien się tym zająć, bo jeśli im coś się stało, no to oni nie będą mogli normalnie grać i w ogóle. - biadoliła Olszewska. - I nie będzie kolejnych sukcesów w siatkówce. A przecież oni są tacyy zdolnii. - jęknęła.
- I przystojniii. - rozmarzyła się Zając.
- Ale chyba wszyscy są zajęci. - westchnęła Natka.
- E, paru wolnych chyba jest. Taki Włodi na przykład, on na pewno nikogo nie ma. - uśmiechnęła się Walcia.
- Włooodi. - szepnęła uradowana Olszka. - Włodi już niedługo będzie moim mężem, zobaczysz!
- A moim będzie Andrzejek! - zachichotała druga z dziewcząt.
- Dobra, dzwoń do tego psychiatryka. Nie weźmiemy przecież sobie chorych psychicznie ludzi za mężów... - fuknęła panna Natalia. - Przecież taki mąż będzie musiał kupować mi zajebiste ciuchy, błyskotki... No wiesz, jeśli będe mieć za męża znanego siatkarza, no to nie mogę wyglądać jak pół dupy zza krzaka.
- Od dzisiaj przechodzimy na dietę. - jęknęła Waleria. - Przecież z takimi fałdami, jakie teraz mam, to żaden mnie nie zechce! Jestem za gruba!
- Ja to bym musiała sobie chyba zrobić operację plastyczną. - przewróciła oczami Olszewska.
- No, ten mój ryj też przydałoby się jakoś poprawić... Z takim to będę straszyć. Wiesz, jakie obecnie są wymagania odnośnie WAGs. Musi być piękna, mądra, dobrze jej patrzeć z oczu i w ogóle. - westchnęła Zającówna.
- Pff, przecież najlepiej jest, jak WAG u boku danego pana w ogóle nie figuruje. - stwierdziła tamta. - W sumie, z oczu chyba dobrze mi patrzy, nie?
- Oczywiście, że tak, kochana. - uśmiechnęła się do swojej przyjaciółki.
- No i inteligentne też przecież jesteśmy. - podsumowała Olszka. - Dobra, dzwonię w końcu do tego psychiatryka.
No i zadzwoniła...
- Haloo? Szpital Psychiatryczny? Dzień dobry, moje nazwisko Olszewska Natalia, dzwonię do państwa spod okolic Spodka. Otóż, spotkałam, wraz moją psiapsiółeczką, polskich siatkarzy. Nie wiem, co oni robili poza Spodkiem, bo chyba mieli tam trenować, ale nie wnikam w to. No, ale, ale. Oni się baardzo dziwnie zachowywali, wiecie państwo? Pytali nam się, gdzie są, co się z nimi dzieje. Jeden z nich nas się spytał, czy może przyjść w nocy bić nas kablem. Oni się zachowywali, jakby stracili pamięć, postradali zmysły. Błagam, pomóżcie! Od was zależy to, czy nasi cudoowni chłopcy osiągną kolejne sukcesy! - rozłączyła się... - I to, czy Włodi będzie moim mężem... - dodała, już po rozłączeniu się.
Tymczasem chłopacy spacerowali sobie po Katowicach i nadal zastanawiali się, co się z nimi stało i co oni w sumie robią w Katowicach. Przecież na pewno nie przyjechali tu na wakacje. Byłoby to z resztą dziwne, gdyby dwudziestu pięciu wyrośniętych facetów wybrało się razem na wakacje. W dodatku w takie miejsce. Komu normalnemu Katowice kojarzą się z miejscem idealnym na wczasy? No właśnie, nikomu. Może oni po prostu normalni nie byli?... W sumie, trudno powiedzieć o którymkolwiek z nich, że jest normalny. Nawet Ci "spokojni", "ułożeni", tacy jak Możdżon czy Guma mieli swoje dziwne zwyczaje, rytuały... No bo co można powiedzieć o 36 letnim facecie, który wręcz nałogowo pochłania kolejne odcinki "Trudnych Spraw"? To, że jest normalny, byłoby chyba ostatnim skojarzeniem, jakie by się nasunęło przeciętnemu Kowalskiemu. A gość, który gada "dialektem średniowiecznego wiochmena", jak to kiedyś pięknie ujął Włodarczyk? On też jest inny, on też jest dziwny...
Dla takich miejsce znajdowało się chyba tylko i wyłącznie w szpitalu psychiatrycznym. Toteż nic dziwnego, że po chwili otoczyła ich grupa jakichś ludzi, którzy przedstawiali się jako pracownicy tegóż budynku. Zacieśniali coraz bardziej krąg, który okrążał siatkarzy. W końcu byli oni zbici w ciasną "kupę". Po kolei zaczęto ich wyprowadzać z grupy i zamykać w jakimś dziwnym pojeździe...
- A panowie wiozą mnie do kogo? - zapytał Zatorski.
- A do Misia Gogo. - zaśmiał się jeden z pracowników psychiatryka.
- Aha, to poproszę. Bo ja zawsze chciałem się z nim spotkać. - uśmiechnął się młody libero, czym wywołał niesamowite banany na twarz tamtych ludzi. - Podobno fajny ziomek. - dodał.
- Bardzo fajny. Zapoznamy pana z nim.
Gdy już wszyscy byli "zapakowani" do dziwnego pojazdu, ten ruszył w niewiadomym kierunku. Szybko okazało się, że zmierza w kierunku... szpitala psychiatrycznego. A jako, że był to psychiatryk, normalnie nazywać się nie mógł. I tak oto chłopcy trafili do Szpitala Psychiatrycznego im. Jozina z Bazin w Katowicach. Urocza nazwa. Jeszcze bardziej uroczo będzie, jak nastąpi gwałtowne zderzenie nieogarniających nic siatkarzy z tamtejszymi pracownikami. No i oczywiście, słynnymi białymi ścianami, które podobno w takich placówkach występują. Osobiście tego nie sprawdzałam, lecz moi koledzy z gimnazjum uciekli z psychiatryka, właśnie, i twierdzili, że mają tam takie fajne białe ściany. Uwierzyłam im w to.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Szpital Psychiatryczny im. Jozina z Bazin, Katowice
Kadrowiczów, po zawiezieniu na miejsce, wprowadzono przez jakieś dziwaczne drzwi. Ich oczom ukazał się jakiś korytarz z kilkunastoma pokojami. Jeśli jednak ktoś myślał, że to właśnie je będą zamieszkiwać nasi chłopcy, pomylił się. I to bardzo. Nic bardziej mylnego, otóż, siatkarzy zaprowadzono na sam koniec korytarza. A tam znajdowała się wielka, olbrzymia wręcz sala. Z kilkunastoma łóżkami, także sporej wielkości. Gdyby nasi reprezentanci się uparli, to na jednym takim łóżku zmieściłoby się ich z czterech. Ale chyba nikt nie zamierzał ich tak męczyć... Chociaż, w sumie... przecież w psychiatryku od zawsze męczyło się przebywających tam ludzi.
- Ooo ja, jaki zajebisty miś! - kwiknął Zatorski i przytulił się do jednego z pluszaków. Owy miś był różowy i niezwykle puchaty. Nic, tylko się przymiziać do takiego swoim policzkiem, albo pogłaskać go dłonią po główce. - Patrzcie, tutaj jest więcej pluszaków! - krzyknął. I po chwili bawił się pluszowymi misiami i innymi zwierzątkami...
"Różowe misie i pluszowe pumy
Wszystko wokoło wszystko jest z gumy
Nie pozwolą dotknąć niczego ostrego
Mógłbyś sobie zrobić kolego coś złego
Szpital psychiatryczny
Szpital dla innych
Szpital dla czubów
Szpital dla dziwnych"
- Nie podoba mi się tutaj. - szepnął Guma do Możdżona.
- Mnie także. - przytaknął środkowy.
- To co, chłopaki, uciekamy stąd? Nie wiem gdzie, ale ja tu nie zostanę ani chwili dłużej. - wtrącił się Igła.
Już zbierali się do tego, by rzeczywiście zwiać z tego dziwacznego miejsca, jednakże, niestety, po raz kolejny w ciągu ostatnich godzin mieli pecha.
Jeden z pracowników szpitala usłyszał bowiem to, jak deklarowali chęć jak najszybszego zmycia się stąd. Cóż więc zrobił? Otworzył na chwilę drzwi do ich sali, rozpylił coś w powietrzu i z hukiem zatrzasnął "wrota".
A że to była jakaś dziwaczna substancja, siatkarzy znów zemdliło... Zupełnie tak, jak wczoraj po tym wybuchu...
"Znikąd już nie ma ratunku.
Znikąd już nie ma pomocy.
Znikąd już nie ma ratunku.
Więc uciekaj ziom."
___________________________________________________________
/ W ogóle, w ogóle nie jestem zadowolona z tego rozdziału. Do momentu wybuchu jako tako jeszcze ten rozdział się pisało, ale potem nastąpiła jakaś totalna czarna dziura, całkowite zaćmienie umysłu. Po prostu nie wiedziałam, co pisać...
Może to zdziwi niektórych, ale najłatwiej pisało mi się o tej depresji Pitera. Po prostu przed napisaniem o niej wypiłam piwo. I jakoś tak poszło to nocne pisanie.
A jeśli mowa o depresji Pitera, jedna osoba napisała mi, że czytając jego zwierzenia w poprzednim rozdziale, miała łzy w oczach. Jeśli miała je wtedy, to wolę sobie nie wyobrażać, jaką Niagarę wyleje teraz, gdy przeczyta ten makabrycznie przygnębiający opis...
Nie, on nie będzie wiecznie smutny.
Wybuch w Spodku totalnie namieszał w głowach naszym chłopakom. Ci zapomnieli praktycznie o wszystkim - o tym, kim są, o tym, gdzie są, o tym, dlaczego tam są. Zaczęli dziwnie się zachowywać, co dwie hotki uznały za niebezpieczne dla otoczenia...
No bo przecież one nie wyjdą za mąż za psycholi, ktoś ich musi najpierw "ogarnąć"...
Jeśli myślicie, że to, że siatkarze trafili do psychiatryka i przez jakiegoś idiotę stracili przytomność jest straszne, muszę was zmartwić - w tym miejscu czeka ich coś znacznie gorszego.
I z tego tak łatwo pozbierać im się nie będzie.
Ale na razie cicho sza, żadnych szczegółów rozdziału VII na razie nie zdradzę. :) Czekajcie, a się przekonacie. ;>
Z życia wzięte: "- Dlaczego? - Bo tak uważam.", "- Co? - Nintendo!". Za dawkę masakrycznych tekstów dziękuję A.B., pseudonim Czadomen. ("Czadowo to pochodzi od czadu." "- A jak inaczej powiedżjecz, że czosz jeszt szuper? - Byczo!"). Wyjaśniło się też, skąd taki, a nie inny akcent u Stefana - moja babka od francuskiego mówi w bardzo podobny sposób.
Piter depresja ;( Jezu ale mi sie smutno zrobiło;(
OdpowiedzUsuńAle stop! Jaki wybuch?! Jaki zanik pamięci?! Jakie "Co ja tu robie?" ?! Jakimnue wstrząs przeszedł jak to przeczytałam. Nie małe zaskoczenie! A teb pschiatryk to też niezłe xD Czekam na następny ;)Niemogesię doczekaćdalszych przygód w psychiatryku. Bo z twoimi pomyslłamimoże btć nieźle. Sorry za,komentarz takia nie inny ale pisze z telefonu :(
Pozdrawiam ;*¡
Psychiatryk pojawia się tylko na chwilę. Rozegra się w nim akcja następnego rozdziału, po czym siatkarze przeniosą się do Spały.
UsuńMam nadzieję, że to, co przygotowałam w następnym rozdziale, spodoba się innym, bo jest to dosyć dziwaczny pomysł i nie mam przekonania, co do tego, czy wszystkim się to spodoba, czy ktoś nie uzna tego za zbyt nierealne.
Piter i depresja? Nieeeeeeee.... Co to był za wybuch? Co się, co się, co się stało? Ciekawe co w tym psychiatryku będzie się działo...... Uhuhuhu może być ciekawie. Czekam na następny :)
OdpowiedzUsuńWybuch, ot taki zwyczajny. :D Nie była to żadna bomba, ani nic takiego, bo wtedy chłopcy raczej cało by z tego nie wyszli. A nie taki był mój zamysł. :P
UsuńW psychiatryku będzie bardzo ciekawie. ;)
Spodziewałam się takiego "normalnego" rozdziału... :D przyznaję, stan Pita sprawił, że mnie także ogarnęła jakaś melancholia (i dostałam też kieliszek nalewki od rodziców, haha).
OdpowiedzUsuńTen wybuch!! I zanik pamięci, psychiatryk XDD ahahaha, tak mi się skojarzyło z bajkami w stylu Futurama czy Family Guy, że taki absurd spadł na głowy naszych złotych chłopców :D
Omg, hoootkiii... XD niech lepiej spadają! Dobrze, że Włodi tak naprawdę ma dziewczynę, bo nie zniosłabym u jego boku takiej typowej hoteczki :D Wrona już bardziej wygląda na takiego, który dał by się uwiązać WAG wannabe :D
Czekam na kolejny, a do tego czasu niech Zati mocno ściska pluszowego misia :D
Zapraszam do siebie na IX :D
http://we-will-be-the-champions.blogspot.com/
Pozdrawiam :*
Ale tu żaden rozdział nie jest normalny. :D
UsuńMelancholia zawsze spoko, czasem jest to potrzebne w życiu.
Hotki to najgorsze zło na tym świecie. No, może oprócz kibiców - sezonowców, którzy zamiast kibicować danej drużynie, spuszczają się nad urodą zawodników, albo jadą na tym, że w zeszłym roku odnieśli oni jakiś sukces.
Jakoś mi nie po drodze w tym tygodniu z nadrabianiem zaległości... Ale już jestem i komentuję :)
OdpowiedzUsuńZacznę od tego, że wątek trzęsącego się Spodka i tajemniczej amnezji siatkarzy, którzy trafili do psychiatryka doszczętnie zrył mi mózg :P A ja już myślałam, że w tej historii większych odpałów nie będzie i wszystko zacznie toczyć się normalnym rytmem. Jakże się myliłam :D Chyba pomysł z wyjściem na ulicę był dość niefortunny, bo chłopaki trafili w sidła "inteligentnych" hotek, które postanowiły w trosce o własną przyszłość wysłać ich do domu dla obłąkanych, kto wie, czy nie do pokojów bez klamek. Jestem ogromnie ciekawa, jak to wszystko potoczy się dalej! :)
Biedny Piotruś, całe życie dostawał po tyłku... Aż trudno uwierzyć, że brak szczęścia w miłości może aż tak rozregulować ludzką psychikę. Dość przygnębiający był ten opis zrozpaczonego Pita. Aż miało się ochotę go tak wirtualnie przytulić... Mam nadzieję, że w końcu trafi na odpowiednią osobę, i nawet tak sobie myślę, że może będzie nią ta tajemnicza niewiasta mająca wkroczyć w szeregi reprezentacji...
A rozdział jak zwykle wygrywa "inteligentny inaczej" Zator i jego "Rów Marsjański" :D
Pozdrawiam :*
Bez odpałów opowiadanie byłoby nudne. Bardzo nudne. ;) Tutaj nic nie będzie się toczyć normalnym rytmem. :D
UsuńHotki bardzo troskliwe, mało która wysłałaby siatkarzy do psychiatryka. :D
Też bym wirtualnie przytuliła Piotrusia. :)
W końcu na kogoś trafi. A czy to będzie ta niewiasta? Zobaczymy. ;>