30.05.2014, Centralny Ośrodek Sportu, Spała
Do lokum Bartmana wbiegła bardzo wysoka postać. Kto to mógł być?! Anka była naprawdę przerażona. Wygląda na to, że jednak nie miała czego się bać. Ów intruz zrzucił potwora z pani psycholog, po czym sam skoczył mu na plecy, rozpłaszczając go na podłodze. Nie przejmował się tym, że lutnął nim tak, że prawdopodobnie złamał mu jakieś żebro. Swoją pięścią wymierzył mu idealny cios, prosto w nos. Prawdopodobnie jego też mu złamał, gdyż polała się z niego strużka krwi. Nie obchodziło go to. Nie wtedy, kiedy komuś działa się krzywda. Kiedy JEJ działa się krzywda. Przywalił mu raz jeszcze, prosto w ten jego głupi, niewyparzony ryj. Z niego też pociekła czerwona ciecz.
W tej właśnie chwili w pokoju zjawiła się kolejna, równie wysoka osoba.
- O żesz kurwa... No to się porobiło... - jęknął ten drugi.
- Mieliśmy tu małą bijatykę, to fakt. - odpowiedział ten pierwszy, z trudem łapiąc oddech. Był zmęczony po tak intensywnym praniu Bartmana.
- Małą?! Rozjebałeś mu ryj, złamałeś mu nos i Ty to, kurwa, nazywasz małą bijatyką?! Jezu, zobacz, jak on ciężko oddycha! Co Ty mu zrobiłeś, idioto?! Żebra mu jeszcze połamałeś?! I w dodatku jeszcze drzwi rozjebałeś, będziesz je odkupywać! KURWA, NOWAKOWSKI, DEBILU! Wystraszyłeś mnie na śmierć!
- No chyba nie, skoro jeszcze żyjesz. - Ba dum tsss. - Ale tego skurwiela, to w sumie szkoda, że aż tak nie przestraszyłem. - wysyczał, wpatrując się w jego obitą mordę i cieknącą z niej krew. Drugi z wielkoludów był wyraźnie przerażony tym, co zobaczył i usłyszał. - Co do tych żeber... Być może. Jebnąłem nim parę razy o podłogę, więc może skurwysynowi coś poszło. Wiesz, w dupie to mam. Wyjątkowo głęboko. Mam teraz ważniejsze rzeczy do roboty, niż zastanawianie się, które żebro mu poszło. Zajmij się nim, no wiesz, weź do lekarza, nakłam coś wszystkim, kurwa, nie wiem co zrób, ale wiesz, nie chcę, by zaraz poszła do mediów wiadomość, że go pobiłem. Jasne, zasłużył na to wyjątkowo. Ale po prostu, nie chcę być odbierany przez środowisko za jakiegoś brutala.
- Jeśli na jaw wyjdą powody, dlaczego on się tak zachował, to nikt Cię za takowego nie będzie uważać... Porozmawiasz z nią, gdy się uspokoi. Myślę, że Tobie zaufa, że przed Tobą się otworzy... - zaproponował Kosok.
- Wezmę ją teraz do siebie. - szepnął blondwłosy środkowy.
Anka rozpoznawała te głosy. Wiedziała, że z ich strony nic jej nie grozi. Próbowała coś powiedzieć, lecz nie mogła. Wtedy właśnie jeden z siatkarzy zabrał poważnie poobijanego Bartmana. Drugi przykucnął nad dziewczyną i zdarł z jej ust taśmę klejącą.
- Piotruś... - wyszeptała. - on w tej chwili rozwiązał ten kawałek materiału, którym ten potwór zneutralizował jej organ odpowiedzialny za zmysł wzroku.
- Ćśśś... Już się nie bój, jego tu nie ma... Nie mów nic, jestem przy Tobie. - szepnął, po czym pochylił się nad nią. Delikatnie pocałował ją w usta. Chwycił w dłonie supeł, którym związane były ręce Anki. Po chwili mocowania się z nią, pierdolona lina uległa sile siatkarza. - Chodź, zabieram Cię do siebie. Tam będziesz bezpieczna.
- A nóg mi nie rozplączesz? - wypaliła.
- Potem. Do przytulenia mnie nie są Ci potrzebne. - zachichotał. Wziął ją na ręce i wyszedł z nią z tego przeklętego pokoju.
--------------------------------------------------------------------------------------------------------
Nie minęły nawet dwie minuty, kiedy siatkarz był już w swoim. Położył obolałą Ankę na łóżku, po czym zamknął drzwi. Nie chciał, by ktoś zastał tu panią psycholog w takim stanie. Nie chciał, by ktokolwiek widział jego. Wiedział, że i tak będzie mieć totalnie przesrane za to pobicie Zbigniewa B. Po chwili podszedł do dziewczyny i usiadł obok niej. Chwycił za ten kawałek sznurka, którym związane były jej nogi. Po chwili, podobnie jak wcześniej ten, który krępował jej ręce, rozerwał go. Ania była już całkowicie wolna.
- No, jesteś już wolna. - uśmiechnął się do niej.
- Mój wybawco... Dziękuję. - szepnęła i przytuliła się do niego.
- Co on Ci zrobił? Dlaczego on Ci to zrobił? - zaczął sypać pytaniami jak z armaty. Anka wiedziała, że w końcu będzie musiała komuś zdradzić swoją wielką tajemnicę. W sumie, to Jemu chyba najlepiej...
- Ale obiecaj, że nigdy, przenigdy, nikomu tego nie powiesz, bo to nie jest łatwe. Będziesz jedynym, który pozna całą prawdę, więc czuj się zaszczycony.
- Nigdy. Nikomu. Nie. Zdradzę. Twojej. Tajemnicy. - szepnął jej prosto do ucha.
- Dobrze... Chyba mogę Ci zaufać. - przytaknął. - Od czego by tu zacząć?...
- Od początku. Skąd wyniknęła ta sytuacja z Bartmanem?
- Bartman zna mnie od... czterech lat. - zaczęła Anka.
- A nic nie mówił...
- Bo wolał o tym nie wspominać, bo to nic przyjemnego. Próbował zlewać na moją obecność tutaj, ale jednak mu się to nie udało i w końcu wybuchnął... Poznałam go cztery lata temu, na jakiejś tam imprezce u znajomych. Bujałam się wtedy trochę w jednym z moich kolegów, takim Szymonie, ale on miał swoją dziewczynę, i świata poza nią nie widział. Było to więc z mojej strony takie nieszczęśliwe, zupełnie nieodwzajemnione zauroczenie. Nie chciałam nikogo innego, odrzucałam wszystkich adoratorów, jakich tylko miałam. Gdy mówiłam im "nie", rozumieli to i zostawiali mnie w spokoju, pozostawaliśmy na etapie przyjaźni. On... on te cztery lata temu zauroczył się we mnie, może nawet zakochał. Nie chciałam tego uczucia, nie chciałam przede wszystkim jego, nie pasował mi zupełnie. Raz, nie mój typ, dwa, odrażał mnie całkowicie jego charakter. Już wtedy był wyjątkowo nadętym bucem, zawsze pewnym siebie. Nie odwzajemniałam jego starań, byłam dla niego dość oschła. Jasno dawałam mu znać, że nic z tego nie będzie. Ale on tego nie rozumiał. Przez rok podwalał się tak do mnie, próbując mnie zdobyć. A ja wciąż pozostawałam niewzruszona... - wyjawiła część historii.
- Wiesz, że jeśli on jest uparty, to postawi na swoim? - zapytał środkowy. Anka przytaknęła.
- Tak, wiem. On jest tak cholernie uparty, że nic nie powstrzyma go przed osiągnięciem swojego celu. Skoro ustalił sobie, że mnie zdobędzie, to zrobi to, choćby w najbardziej obrzydliwy i brutalny sposób. No i tak właśnie zrobił... - z jej oczu wyciekły pierwsze łzy. Pit zrozumiał, że te wspomnienia, którymi teraz dzieli się z nim Anna, są dla niej niezwykle traumatyczne.
- Nie płacz, jestem przy Tobie. - objął ją mocniej ramieniem i dał buziaka w czółko. - No, już jest dobrze. Rozchmurz się, Mała. - pomiział ją palcem po policzku - Mówisz, że tak zrobił... Co on zrobił?...
- Wiesz, on powinien do dzisiaj siedzieć w pierdlu, za to co zrobił... W sumie, gdybyś dzisiaj nie wpadł tak nagle do tego przeklętego pokoju, to zrobiłby mi to samo, co trzy lata temu... - wyszeptała, z trudem panując nad potokiem łez cieknącym z jej oczu.
- To znaczy? - przestraszył się tego, co mógł zaraz usłyszeć. Czuł jednak, że właśnie taką wiadomością podzieli się z nim Anka.
- On wtedy... on... mnie zgwałcił... - rozkleiła się zupełnie. Pitera zatkało całkowicie, objął ją najczulej jak tylko potrafił, zaczął głaskać ją jedną dłonią po włosach. Drugą ścierał łzy z jej policzków. Trwali w takim milczeniu dobrych parę minut, zastanawiając się, co dalej powiedzieć. Cichy tą ciszę przerywał czasem pojedynczymi całusami w czoło lub policzki dziewczyny. Próbował dodać jej otuchy, bo bardzo tego potrzebowała...
- A to skurwiel. - wysyczał w końcu. - Zgłosiłaś to wtedy? Trzeba coś z tym zrobić. - powiedział niezwykle poważnym głosem.
- Nie, nigdzie tego nie zgłaszałam. Nie mogłam. Zbytnio się bałam. - jęknęła.
- Zastraszał Cię. - przytaknęła. - Cham. Pierdolony cham. A pomyśleć, że był moim całkiem dobrym kumplem. Już nigdy nim nie będzie...
- Nie będzie, to fakt. Biorąc choćby pod uwagę to, co powiedział mi na Twój temat. - wypaliła, bojąc się nieco reakcji Nowakowskiego.
- O mnie coś gadał? Rozumiem, że nic miłego to nie było? - zainteresował się tym. Był jednak spokojny. Nie, on nie potrafił wrzeszczeć na Ankę. Na innych mógłby się wydzierać, nawet na Zagumnego. Ale nie na NIĄ.
- Powiedział tylko tyle, że prędzej czy później obije Ci mordę.
- Ha! Cwaniaczek, myśli, że jest taki odważny. - prychnął. A za co?
- Za to, że odbiłeś mnie jemu. On nadal mnie chciał. I nadal chce.
- Przecież nawet nie jesteśmy razem, więc o co mu chodzi? - nie rozumiał środkowy.
- Zarzucił mi, że jestem łatwą dziwką... - szepnęła.
- Nie pozwolę nikomu, żeby tak Cię nazywał! - nagle wybuchnął. - Co jeszcze gadał na Twój temat?! No i na mój, jeśli o mnie też coś mówił.
- O Tobie powiedział tylko, że jesteś idiotą, debilem i nazwał Cię kurwiarzem, który rucha się z multumem panienek... - widziała, jak wkurwił się na te słowa, jak zmarszczył czoło. - No a o mnie... no mi zarzucił, że jestem dziwką, że się zmieniłam, że się zeszmaciłam, bo władowałam Ci się do łóżka już pierwszego dnia mojej pracy tutaj.
- Niech zajmie się swoim łóżkiem, a od mojego się odpierdoli! Chuj mu do tego, co robię w nocy! Moje łóżko, mój pokój, mogę robić co chcę! On mi nie zabroni! - wysyczał. - Coś jeszcze mówił?
- Wrzeszczał na mnie, że się kurwię, bo się regularnie z Tobą pieprzę po nocach... Groził mi, że jeśli ktoś się dowie o tym, co on mi powiedział, co mi kiedyś zrobił, i co mi dzisiaj chciał zrobić, to... no, będzie ze mną źle. Powiedział też, że nakabluje wszystko Stefanowi...
- Przejmujesz się takim pierdoleniem? Jeśli tylko gadał, by gadać, to ja bym się tym nie przejmował... - przerwał jej.
- Ale... Piotrek... On mną rzucał po podłodze, trzasnął mną we drzwi, bił po twarzy... Kiedy wpadłeś do pokoju, dobierał mi się do spodni... No i przecież związał mnie całą, zakneblował...
- BIŁ CIĘ?! - wybuchnął jak wulkan. - ON ŚMIAŁ BIĆ KOBIETĘ?! - wrzeszczał niesamowicie wkurwiony. - Kobietę mojego życia?... - jęknął niemal niedosłyszalnie. Ale Anka to słyszała...
- Boję się, że zrobi nam tu piekło, kiedy tutaj wróci... - jęknęła Chmura.
- Obawiam się, że zbyt prędko nie wróci. Troszkę go uszkodziłem... Ale wiesz... działałem w Twojej obronie... - uśmiechnął się do niej dość nieśmiało.
- Wiem. - szepnęła mu prosto do ucha.
- Zostaniesz tu na noc, dobrze? Wiesz, bałbym Cię puścić gdzieś samą, zbyt dużo dzisiaj przeszłaś...
- Mhm. - mruknęła i wtuliła się w niego.
- Uspokój się, Mała. Już wszystko jest dobrze. Jestem przy Tobie - powiedział wyjątkowo spokojnym tonem.
- Znasz jakieś sposoby na to, by kogoś uspokoić? - zapytała.
- Jeden. Ale jest baardzo skuteczny. - zarechotał. - Działa zawsze. Odpręża jak nic innego. - dodał.
- Wybaczysz mi, jeśli będę się budzić w nocy i zacznę się niespokojnie kręcić?
- Nie. - uśmiechnął się szeroko.
- Dlaczego? - fuknęła, udając obrażoną.
- Bo nie będziesz się wiercić w nocy. I będziesz ślicznie spać. - odparł, a uśmiech nadal nie schodził mu z twarzy. To oznaczało tylko jedno - on coś knuje.
- Taki jesteś tego pewny?
- Mhm. - mruknął lakonicznie. - Przecież jak będziesz cały czas grzecznie spać w moich objęciach, z których Cię nie wypuszczę aż do rana, no to nie będziesz mi się kręcić.
- Co Ty knujesz, zboczuszku? - zapytała i spojrzała mu prosto w oczy. Aha, widać te same kurwiki, jakie miał wtedy, gdy miał na nią ochotę.
- Ja? Niic. - zachichotał.
- Kłamiesz. - fuknęła.
- Nie. - odpowiedział.
- Tak!
- Nie!
- Tak!
- Nie!
- Tak!
- Nie i chuj!
- Tak i dwa chuje!
- Nie i trzy chuje!
- Nie wiedziałam, że masz aż trzy. - zarechotała jak pojebana, kończąc tą wymianę zdań na poziomie, który równał się poziomowi podłogi.
- Mogę sobie dorobić, chcesz? Dla Ciebie wszystko... - szepnął i cmoknął ją prosto w usta. Odwzajemniła tego buziaka. Objęli się czule i zaczęli całować niezwykle namiętnie. Anka powoli znów zaczynała tracić głowę w obecności swojego ulubionego siatkarza.
- To nie będzie Ci już dzisiaj potrzebne. - mruknęła, ściągając z niego jego koszulkę. - To też nie. - stwierdziła, chwytając za pasek od spodni.
- A ja uważam, że Tobie nic nie będzie potrzebne. - charakterystycznie poruszył brwią, po czym również zaczął zdejmować z niej ubrania. Sam już leżał w tym momencie w samych bokserkach, a po chwili już nawet i bez nich. - Jesteś śliczna w swoich ciuszkach, ale... bez nich jeszcze piękniejsza. - uśmiechnął się cwaniacko. Po chwili ekspresja na jego twarzy była jeszcze bardziej wyrazista, gdyż piękna pani psycholog prezentowała się przed nim taka, jaką ją stworzono. - Cóż to jest za piękne ciało. - jęknął i zaczął swój rytuał całowania. Od szyi i obojczyków, przez piersi, brzuch... Obcmokał całe jej ciało, kończąc na wewnętrznej stronie jej ud, po czym wpił się w jej usta. Teraz jej kolej.
- Twoje jest jeszcze cudowniejsze. - szepnęła mu do ucha, po czym delikatnie przygryzła jego płatek. Zaczęła pojękiwać, gdy on do swoich pieszczot dołożył ręce. Pogładził jej włosy, pomiział palcem po policzku... Ale to było za mało, więc po chwili Anka cichutko kwiliła, gdy macał ją po piersiach i jednocześnie je całował, lizał i podszczypywał jej sutki. Nieco głośniej pisnęła, gdy położył swoją dłoń na jej udzie i zaczął nią jeździć w górę i w dół po jej nodze, by na końcu szybkim, zdecydowanym ruchem zanurzyć ją tam, gdzie zaraz znajdzie się inna część jego ciała. Wtedy Ania nie wytrzymała. Krzyknęła, już dosyć głośno, a po chwili lizała i namiętnie całowała jego tors. Wplotła jedną dłoń w jego włosy. Druga znalazła się tam, gdzie chyba niekoniecznie powinna. Ale jemu najwyraźniej się to podobało, skoro zareagował na to wszystko przeciągłym jękiem.
Ułożył ją sobie wygodnie na pościeli, po czym przygniótł ją do niej swoim ciężarem. Spojrzał jej głęboko w oczy, objął jej twarz swoimi dłońmi i jeszcze bardziej przyciągnął do siebie dziewczynę. Po raz kolejny utonęli w namiętnych pocałunkach, by po chwili stać się cielesną jednością. Kołysali się raczej wolno, aczkolwiek stanowczo. Dało się w tym stosunku dojrzeć uczucie, które potęgowało się z każdym kolejnym buziakiem świntuszącej właśnie pary. Nie pieprzyli się, jak to zarzucał im Bartman, oni się kochali. A z pokoju dobiegały cichutkie jęki, kwilenie, piski, postękiwanie... Cała ta magiczna kakofonia dźwięków, którą wydawali z siebie, gdy szukali szczęścia.
"She give me love, love, love, love, crazy love
She give me love, love, love, love, crazy love
She's got a fine sense of humor when I'm feeling low down
And when I come to her when the sun goes down
Take away my trouble, take away my grief
Take away my heartache, in the night like a thief
Yes I need her in the day time
Yes I need her in the night
Yes I want to throw my arms around her
Kiss her hug kiss her hug her tight"
- Pioootruuuś! - jęknęła Anka, gdy je odnalazła. Jego, wykrzyczane niemal w tym samym momencie, "Aanuusiaa!" upewniło ją w przekonaniu, że on też już dotarł do celu. Opadła delikatnie na jego umięśniony tors, a on zamknął ją w swoich ramionach. Obiecał przecież, że do rana jej z nich nie wypuści...
- Jednak ludzie mają rację, mówiąc, że seks jest najlepszym lekarstwem na stres... - uśmiechnęła się.
- Nic tak dobrze nie odpręża, jak chwila zapomnienia z cudowną kobietą. - przytaknął. - Mogę Cię o coś zapytać? - wypalił. O co mu chodziło?
- No jasne, pytaj śmiało. - uśmiechnęła się.
- Bo dopiero teraz to zauważyłem... co to jest za blizna, tak trochę powyżej Twojej kostki? - zaciekawił się siatkarz swoim znaleziskiem na ciele dziewczyny.
- To jest... to jest skutek chyba najdurniejszego skaleczenia, jakie może być. Sama nie wierzę, że udało mi się zranić w ten sposób, no ale... no ale jednak się udało. - jęknęła
- Co masz na myśli?
- To było zimą, jakoś tak chyba na początku lutego. Nie wiem, co mnie podkusiło, żeby do butów zapinanych na zamek założyć cienkie skarpety. Rozumiesz, gdzieś mi się tam skarpeta w bucie przesunęła, zamek się ruszył i... no, i zrobił mi te trzy dziury w nodze. Nie wiedziałam, że coś się stało, może mnie tylko nieco jakby skarpeta drażniła. Wróciłam do domu, ściągnęłam buty i zobaczyłam krew na tej skarpetce, ściągam ją i tam też była krew. I widzę dziury w nodze. Niedługo minie pół roku, odkąd je mam. Myślałam, że są one tak małe, że nie zostanie po tym nic, a tu nagle się zaczęły robić blizny. No super, jestem oszpecona do końca życia. - westchnęła i spuściła głowę.
- Ojezu, przestań, nikt na takie rzeczy nie patrzy. - zaśmiał się Piotrek.
- No ale Ty jednak to zauważyłeś...
- Wiesz, ludzie na co dzień raczej nie mają możliwości oglądania Twoich kostek. - uśmiechnął się szeroko. - I nie tylko ich. - zachichotał.
- Mmmm... a czego jeszcze? - teraz to i ona się śmiała.
- A choćby tych cudownych piersi. - mrugnął zalotnie oczami.
- Eee... no w sumie to masz rację. - nie przestawała chichotać.
- Ja zawsze mam rację. - szepnął i cmoknął ją w policzek.
- A co będzie z Bartmanem? Nie będzie zadowolony, że znowu wlazłam Ci do łóżka. - wypaliła nagle, zupełnie zmieniając temat. Oj, mogła spieprzyć całą tą niezwykłą atmosferę.
- Nie wiem, nie obchodzi mnie teraz ten skurwiel. Nie myśl o nim. Teraz jesteśmy tylko MY. - szepnął jej prosto do ucha, po czym przygryzł jego płatek. Było to jasne zaproszenie dla Anki do tego, by po raz n - ty tego wieczora i nocy zasmakować jego ust. Całowali się namiętnie dobrych kilka minut, po czym ułożyli się wygodnie pod kołdrą, objęli najczulej, jak potrafili... Anka wtuliła się w jego klatkę piersiową, a on przeczesywał palcami jej włosy. Kolejnych kilkanaście buziaków poprzedziło chwilę, w której to ponownie dali się ponieść namiętności.
Po tym wszystkim, zmęczeni całym dniem, i nocą, zasnęli wtuleni w siebie...
--------------------------------------------------------------------------------------------------------
- Zapierdolę tego gnoja, jak tylko go zobaczę! - wrzeszczał Bartman, gdy Kosok kierował się z nim w stronę pokoju doktora Sokala.
- Przestań, po prostu działał w obronie Anki. Fakt, trochę przeholował...
- TROCHĘ?! - przerwał mu gwałtownie. - Obicie mordy, złamanie nosa, rozcięcie pyska i złamanie co najmniej jednego żebra?! Ty to nazywasz trochę?!
- Działał w obronie Anki. - powtórzył spokojnym głosem czarnowłosy środkowy. - Wiesz, jak ona na niego działa. Widzisz, jak on na nią patrzy. Ona jest dla niego kimś bardzo ważnym... No przecież widać jak na dłoni, się że chłopak zauroczył! Nie mógł znieść tego, że widział, jak dzieje jej się krzywda.
- Ja się zakochałem w niej cztery lata temu! Rozumiesz?! Cztery lata walczę z tym uczuciem! A ona nic! Olewa mnie jak powietrze! Gdyby tylko mi uległa, żadna krzywda nie stałaby jej się wtedy, ani nie próbowałbym jej żadnej krzywdy wyrządzić dzisiaj! - wrzeszczał poirytowany przyjmujący. Nie mógł znieść tego, że dziewczyna, która tak bardzo mu się podoba, wybrała sobie innego.
- Ale czy Ty nie rozumiesz, że ona Cię nie chciała, nie chce i chcieć nie będzie? Widocznie już od początku waszej znajomości czymś jej podpadłeś. - tłumaczył Kosok jak krowie na rowie. - Widocznie nie jesteś w jej typie, nie wiem, nie podobasz jej się, albo coś. Albo przekonała się, jaki podły masz charakterek.
- Zamilcz. Niczym jej nie podpadłem, podobam jej się na pewno. A co do charakteru, cóż, przynajmniej nie jestem miękką fają, jak jej nowy najlepszy przyjaciel. - wysyczał. - Po prostu zlewała na mnie, ignorowała wszystkie moje starania. Rok próbowałem ją zdobyć!
- No to jeśli widziałeś, że zupełnie jej nie kręcisz, to po chuj dalej próbowałeś? - zapytał Kosa. Nie rozumiał, tego chorego uporu Bartmana.
- A Ty byś nie próbował? - burknął ZB9
- Nie, dałbym sobie spokój, skoro widziałem, że dziewczyna zupełnie nie jest mną zainteresowana. Znalazłbym sobie inną. - odpowiedział poważnym tonem.
- Następna miękka faja. W życiu trzeba walczyć do upadłego o swoje pragnienia...
- Ale nie wtedy, jeśli drugiej osobie dzieje się krzywda. - odparł środkowy.
- Po trupach do celu, znasz taką zasadę? - zapytał Bartman.
- Znam, lecz nie zamierzam jej stosować. Mam dla Ciebie radę: mniej samouwielbienia, więcej dostrzegania uczuć innych.
- Jakby Nowakowski w ogóle miał jakieś uczucia. Przecież to jest permanentny poker face, i nic więcej. - prychnął.
- Oczywiście, że ma uczucia. Tylko, że nie lubi ich pokazywać na zewnątrz. Chowa to wszystko głęboko w środku, ale uwierz, uczuciowy to on jest bardzo. Wiesz, znam go trochę, w końcu jesteśmy bardzo bliskimi przyjaciółmi...
- Wy to macie jakiś swój własny, specyficzny alfabet uczuć, zrozumiały tylko dla Was. - syknął. - Przecież z Ciebie to jest drugi poker face. Nic nie powie, a czasem tylko głupio strzeli banana, oto, czym zajmujecie się w życiu.
- Może nie jestem przebojowy, fakt, lecz jest mi z tym dobrze. Jestem lubiany przez wszystkich, czuję się tu wspaniale, w tej, niemal rodzinnej atmosferze. - wyjaśnił.
- Niemal rodzinna atmosfera? Niby, kurwa, gdzie? Pół kadry mnie nienawidzi...
- Widocznie mają ku temu powody. Zastanów się, czym mogłeś im podpaść. A tak w ogóle, co Ty chciałeś zrobić Ance? - zmienił temat. Na twarzy Bartmana wyrysowało się zakłopotanie.
- To, co zrobiłem jej trzy lata temu. - wypalił bezczelnie. Wiedział, że Kosok zaraz zacznie drążyć temat, ale nie obchodziło go to. W końcu jedna osoba więcej, która go nienawidzi, to dla niego żadna różnica...
- A co jej zrobiłeś trzy lata temu? - istotnie, Kosoka bardzo ciekawiło to, co stało się kiedyś.
- No, wiesz... Ona nie chciała mi się oddać, więc sam sobie wziąłem, to co chciałem. - prychnął.
- ZGWAŁCIŁEŚ JĄ?! - przytaknął. - No to ja w ogóle się nie dziwię, że Cichy tak Ci mordę obił! Powinieneś iść do niego na kolanach i dziękować mu, że Cię nie zabił, że jeszcze w ogóle żyjesz, wszo, na tym świecie! - wrzasnął wyprowadzony z równowagi środkowy. Zaczął poważnie zastanawiać się nad tym, czy nie poprawić ciosów swojego przyjaciela. Jeden ząb w tą czy tamtą stronę, co to by była za różnica, jak on i tak miał je cholernie krzywe?...
- O kurwa. To Ty umiesz krzyczeć? Myślałem, że takie miękkie faje jak Wy, nie potrafią tego robić... - więcej nie dał rady powiedzieć, bo dostał w twarz od wkurwionego kolegi.
- Zamknij. Mordę. Padalcu. Ani słowa, dopóki nie dojdziemy do pokoju Sokala. - wysyczał.
--------------------------------------------------------------------------------------------------------
Długo Bartman nie musiał milczeć, bo nie minęły nawet dwie minuty, a czarnowłosy środkowy zapukał do drzwi gabinetu pana Jana. Te po chwili otworzyły się i stanął w nich lekarz polskiej kadry.
- Co tu się stało?! - krzyknął doktor, przerażony tym, w jakim stanie zastał przyjmującego.
- Ktoś go pobił. - odpowiedział Kosok.
- Nie ktoś, tylko ten skurwysyn Nowakowski. - warknął Zibi. - A ten chuj mi poprawił.
- On majaczy, proszę go nie słuchać! - wypalił Kosok. Liczył na to, że Sokal nie uwierzy Bartmanowi. Jeśli tak się nie stanie, to doktorek na pewno zawiadomiłby resztę sztabu reprezentacji, a wtedy on i Piter będą mieli przesrane.
- Potem zajmiemy się dochodzeniem, kto to zrobił. Wnoś go, Grzesiu, połóż no mi go tutaj. Zobaczymy, cóż mu dokładnie dolega. - Kosok posłusznie wykonał polecenie doktora. - Ojej, ale on ma problemy ze złapaniem oddechu. Niedobrze, niedobrze...
Jak można by opisać gabinet doktora Sokala? Ot, zwyczajny gabinet lekarski. Ściany pomalowane były na biało, zupełnie jak w szpitalu psychiatrycznym. Trudno jednak byłoby stwierdzić, że ściany SĄ białe, zawieszone na nich bowiem były różne plansze, plakaty, wszystko związane oczywiście z tematyką zdrowia, chorób, kontuzji... W rogu stała wielka plansza, z której można było się dowiedzieć, jak unieruchomić poszczególne rodzaje złamań. Z drugiej strony pokoju znajdowała się zaś inna, równie duża, opisująca wszystkie możliwe rodzaje zawałów serca. Pod jedną ze ścian rozciągał się rząd szafek, w których to zapewne lekarz miał schowane wszystkie leki, jakie były przez niego stosowane na siatkarzach. Był tam również zlew. W rogu blisko wejścia można było dostrzec szafę, która prawdopodobnie wypełniona była różnymi ubraniami doktora. Nie był to bowiem wyłącznie pokój, w którym Sokal leczył zawodników. On tutaj ich tylko tymczasowo opatrywał, po czym i tak zawoził ich do szpitala na dokładniejsze badania. Toteż nie dziwota, że w drugim końcu pokoju, przy oknie stało sporej wielkości łóżko, z drewnianym obiciem. Na parapecie obok były doniczki z kwiatami, które lekarz polskiej kadry wprost uwielbiał - dbał o te swoje storczyki prawie tak, jak o swoich podopiecznych. Tuż przy jednej z nich, postawiony był kubek z nie do końca dopitą kawą. Możliwe więc, że Sokal musiał przerwać picie tegoż właśnie napoju, gdy środkowy Jastrzębskiego Węgla zapukał do jego drzwi.
Łóżko, na którym położony został Zibi znajdowało się praktycznie na samym środku pokoju. Przyjmujący jęczał wręcz przeraźliwie, gdy doktor zaczął oglądać jego obrażenia. Syknął z bólu, gdy palce Sokala przejechały po jego brzuchu, najwyraźniej natrafił więc na to jego złamane żebro. Ból nie ustawał, gdy lekarz dalej błądził po jego kaloryferze, co świadczyło o tym, że ucierpiało więcej niż jedno. Jęknął, gdy naciśnięte zostało kolejne miejsce na jego torsie. A więc poszło i kolejne... Można sobie teraz wyobrazić, jak wkurwiony musiał być Cichy, skoro złamał Bartmanowi aż trzy żebra... O ile ktoś w ogóle potrafi sobie wytworzyć taką sytuację w swojej wyobraźni...
- Trzy złamane żebra. - mruknął niezadowolony doktor i zapisał to w swoim zeszycie. Prowadził bowiem dokładne zapiski z przebiegu każdej choroby czy kontuzji zawodnika. Taki bank informacji czasem bardzo się przydawał - można było na jego podstawie obmawiać z dietetykiem menu dla poszczególnych graczy czy z fizjoterapeutami ćwiczenia dla zawodników wracających do zdrowia. - Trzeba to będzie unieruchomić. Ale tym zajmą się specjaliści ze szpitala. Zbyszku, będziesz odczuwać problemy ze złapaniem oddechu, niestety. Spróbuj oddychać przeponą, powinno być Ci wtedy łatwiej. - poradził mu lekarz.
Zaczął oglądać obrażenia na jego twarzy. Też nie wyglądało to zbyt dobrze, bo czy dobrze może wyglądać rozcięty łuk brwiowy, wybitych parę zębów?...
- Łuk brwiowy jest rozcięty. Do zszycia. Ale to nie problem. Mimo to, skoro zajmą się Tobą w szpitalu, to to też niech zrobią. Nie wiem dokładnie, jak głęboka jest ta rana, a mam tu warunki jedynie na dokonanie powierzchownych oględzin. To nie jest żadna rana kłuta?
- Nie, po prostu dostałem parę razy w ryj, to wszystko. - burknął obolały przyjmujący.
- Warga też jest rozcięta. I bardzo spuchnięta. Otwórz paszczę, rekinie. - Bartman chociaż po tych słowach spojrzał na niego, jak na człowieka niespełna rozumu, posłusznie wykonał jego polecenie. - Mmm, tutaj jest ułamany ząb. I ten też jest uchrupnięty. Ten się ledwo trzyma. Zbyszku, czeka Cię wizyta u dentysty. Możesz już zamknąć swój aparat gębowy. - uśmiechnął się do niego Sokal.
- To już wszystko, czy coś jeszcze mu dolega? - zapytał stojący obok Kosok. Obserwował wszystko, wsłuchiwał się dokładnie, by potem... móc nakablować swojemu ziomalowi, co on tak naprawdę za krzywdę wyrządził temu nadętemu bucowi. Jasne było to, po czyjej stronie w tym wszystkim stał czarnowłosy były Resoviak. Możliwe, że on za swoim best friendem ze środka siatki skoczyłby w ogień.
- Zobaczmy ten nos, bo nie wygląda on normalnie. - doktor dotknął Zbysiowego "kinola", a ten natychmiast syknął z bólu. (Bartman, oczywiście, nie jego nos) - Niedobrze, też jest złamany... Czyli ostra bijatyka chyba musiała być. A sprawca nie ucierpiał?
- Nie ucierpiał, niestety. A szkoda, bo powybijałbym mu chętnie parę ząbków z tego jego przyjebanego uśmieszka, albo powyrywał trochę tych blond kudłów z tego głupiego łba. Nos też by mu się przydało przetrącić, co to za różnica będzie, skoro i tak ma krzywy? - warknął Bartman.
- Więc mówisz, że jak to się stało? Że niby kto miał Cię pobić? - zapytał, biorąc do ręki swój kubek z niedopitą jeszcze kawą. To nie był dobry pomysł, zważywszy na to, co on zaraz usłyszy. - Bo to, że to jest pobicie, to chyba nie ulega żadnej wątpliwości.
- No jak to kto? Ten skurwiel Nowakowski. - Sokal zakrztusił się kawą i wypluł ją na podłogę.
- Przepraszam.
- Nic się nie stało.
- Jesteś pewny, że to on Ci to zrobił? Bo wiesz, brzmi to dość... nieprawdopodobnie, tak, to jest chyba dobre słowo, na opisanie tego.
- Jestem tego tak pewny, jak tego, że nazywam się Zbigniew Bartman. Mogę jeszcze dodać, że ten chuj - tutaj wskazał na Kosoka. - ... poprawił mi. Zamiast wysłuchać mnie, jak mu tłumaczyłem całą tą sprawę, gdy mnie do pana, panie doktorze zanosił, to też mi wyjebał w twarz.
- Należało Ci się, za to co zrobiłeś. Już Ci mówiłem, ciesz się, że on Cię nie zabił, bo miał ku temu podstawy. - syknął środkowy.
- Czyli, Grzesiu, potwierdzasz, że to Piotrek zrobił? - zapytał zdumiony doktor.
- Tak. On to zrobił, to fakt. Ale jak doktor dowie się dlaczego, to myślę, że całkowicie go zrozumie. Działał w obronie pewnej bardzo ważnej dla siebie osoby, której działa się krzywda. - zaczął tłumaczyć przyjaciela z jego czynu.
- Rozwiniesz może swoją myśl? Ale wiesz, że ja będę musiał powiadomić innych o całym zajściu?
- Potem, panie doktorze. Przy nim tego nie powiem, bo to jest straszna historia. On, to znaczy Zbyszek, mi ją opowiedział, bo liczył na to, że stanę po jego stronie. Próbowałem go zrozumieć, ale kiedy powiedział mi całą prawdę, to nie wytrzymałem, no i fakt, też mu raz przywaliłem. I nie żałuję tego. Proszę na razie nikomu o tym nie mówić, dopiero, jak pozna pan dokładnie całą tą sytuację... - poprosił Kosok. Poprosił? Nie, on wręcz o to błagał. Bronił swojego najlepszego przyjaciela. Zawsze stawał w jego obronie. Tak samo Pit, zawsze wstawiał się za Grześkiem. Byli jak bracia, rozumieli się bez słów. Grześka czasem jednak denerwowało to, że Piotrek za dużo czasu spędzał z Kurkiem. Co on widział w tym idiocie?...
- Dobrze, potem mi wszystko wyjaśnisz. A teraz jadę z nim do szpitala, jedziesz ze mną? - zapytał Sokal.
- Mogę jechać. Zapewne go tam zostawią, więc w drodze powrotnej wszystko panu wyjaśnię.
- Zgoda. A zatem jedziemy. Pomożesz mi go zanieść do samochodu? - Kosok przytaknął.
--------------------------------------------------------------------------------------------------------
Po półgodzinnej jeździe dotarli do szpitala. Drogę pokonali w milczeniu. Nawet Bartman był spokojny, bo dostał zastrzyk w tyłek, co niesamowicie wręcz ubawiło wówczas Kosoka. Zbysiu smacznie więc sobie spał.
Szpital jak szpital, zwyczajny, najzwyczajniejszy w świecie. Nie był to zbyt duży budynek, jednak pracowali w nim prawdziwi fachowcy. Był to typowy szpital dla sportowców, z takim przeznaczeniem został on wybudowany. Jako, że Spała była tak blisko, oczywiste było to, kto będzie najczęściej lądować na kozetkach. Sztab wykwalifikowanych lekarzy z tej placówki potrafił zdziałać cuda, by postawić na nogi jakiegoś zawodnika. Być może Bartmana też szybciej wyleczą, niż to jest zakładane. Tak czy owak, wiadome było, że jego przerwa potrwa długo.
- Kogóż my tu mamy? Dobry wieczór, panie Janie. - przywitał Sokala jeden z pracowników szpitala.
- A dobry wieczór. Chociaż w sumie, jak widać, to nie jest zbyt dobry. - odpowiedział doktor.
- Mmm... no widzę właśnie, problemy z siatkarzami, zgadłem?
- Konkretnie z jednym. Nazywa się Zbigniew Bartman... - zaczął lekarz.
- Znowu ten Bartman. - zachichotał tamten. - Kojarzę go, kojarzę, leczyłem go już tutaj nie raz. Cóż tym razem? Kontuzja? - zapytał
- Gorzej. - odparł lakonicznie Sokal.
- Nie rozumiem. - westchnął tamten. W sumie nazywać go "tamten" nie wypada, dlatego uściślijmy, owy lekarz zwał się Wojciech Mazur.
- Pobicie, Wojtku. Został pobity. - wyjaśnił doktorek.
- Ojeju! Wiadomo kto i dlaczego to zrobił? - lekarz ze szpitala był zdumiony tym, co usłyszał.
- Wiadomo kto. A dlaczego to zrobił, mam się dowiedzieć, jak będę wracać stąd do Spały.
- Rozumiem, że to jakaś tajemnica? - zaciekawił się Mazur.
- Szczerze mówiąc nie wiem, ale podobno jakaś bardzo traumatyczna sprawa. Nie usłyszę tego przy Bartmanie, tyle wiem. - objaśnił swojemu przyjacielowi po fachu.
- Rozumiem... - westchnął.
Po oględzinach Bartmana przez lekarzy okazało się, że wszystko, co zauważył Sokal rzeczywiście się zgadzało. A więc podsumowując: trzy złamane żebra, rozcięty łuk brwiowy, rozcięta warga, trzy zęby wybite lub uszkodzone, złamany nos. Potężnie musiał mu Piter przywalić... ZB9 zmuszony był zostać w szpitalu. Na sali leżał sam, bo znajdowało się w niej tylko jedno łóżko. Z kilkoma problemami uporano się już teraz - dentysta zajrzał w jego uzębienie, uzupełnił ubytki, nastawił ten prawie wybity ząb. Chirurg nastawił nos zawodnika, przez co wyglądał on w miarę normalnie. Był jedynie nieco opuchnięty (nos, nie Zbyszek). Obyło się na szczęście bez operacji. Łuk brwiowy został zszyty, a że założono mu rozpuszczalne szwy, nie trzeba będzie ponownie się nim zajmować. Do porządku doprowadzono również rozciętą wargę siatkarza. Jedyne, czym nie można było się zająć były siniaki na jego twarzy...
Jutro specjalista miał zająć się jego żebrami.
Zbyszek postanowił nie tracić czasu, tylko wysłał sms'a do Bereniki...
"Dupa, nie udało się... Nie wiem, jak to możliwe. Ten skurwysyn akurat przechodził w pobliżu, zrobił mi wjazd do pokoju i spizgał mnie tak, że teraz leżę w szpitalu ze złamanymi żebrami i nie tylko... Przepraszam, zawiodłem."
Berenika, odczytując tego sms'a niemożliwie się wkurwiła. Aż musiała sięgnąć po leki uspokajające...
Sokal tymczasem wraz z Kosokiem dotarli już ponownie do COS'u. Skierowali się od razu do gabinetu lekarza.
- Powiesz mi teraz, Grzesiu, jak to było? Co aż tak wyprowadziło go z równowagi? Rozumiem, że to musiała być naprawdę bardzo poważna sprawa, bo Piotrek ot tak po prostu nie wybucha tak bardzo, żeby kogoś pobić. - zaczął doktor.
- Powiem. Wszystko od początku. - odparł Grzesiek.
- A zatem słucham.
- Należałoby zacząć od tego, że w naszym ośrodku pojawiła się pewna niezwykle śliczna dziewczyna, która zawróciła w głowie mojemu przyjacielowi. Mam tu na myśli oczywiście naszą psycholog, panią Anię. Piter kompletnie stracił dla niej głowę. Ona dla niego z resztą też. Udało mi się raz przyłapać ich w niedwuznacznej sytuacji, Krzysiowi też, ba, z resztą potem jeszcze wszyscy, całym stadem ich przyłapaliśmy, i nawet nakręciliśmy filmik, ale to nieistotne w tym momencie. No i fajnie jest, słodko jest, zaraz pewnie ogłoszą, że są razem. Tutaj pojawia się problem, jakim jest Bartman. Zna Ankę od 4 lat, bardzo mu się podoba, od dawna próbował ją zdobyć. Rok podwalał się do niej, ale ta go nie chciała. Ignorowała go, coś jej w nim po prostu nie pasowało. Normalna sytuacja. Tylko, że wiadomo, Zbychu... Jak Zbychu się uprze, to nie ma mądrego, który by był w stanie wpłynąć na jego decyzję. Nie chciał odpuścić. Za wszelką cenę chciał zdobyć tą dziewczynę. Jak to mi powiedział: "Nie chciała dać, więc sam wziąłem"... - tłumaczył środkowy.
- To znaczy, że... on... zgwałcił Annę? - zapytał Sokal.
- Tak. Trzy lata temu. I dzisiaj też próbował... Piotrek zobaczył, że on się do niej dobierał, no i chyba jasne było to, że zdenerwował się nie na żarty... Jasne, przeholował ze swoim zachowaniem i nie zdziwię się, jak dajmy na to, na jeden, czy dwa mecze zostanie dyscyplinarnie zawieszony... Ja też mogę być zawieszony, godzę się na to. Ale za to, co Bartman zrobił, należało mu się obicie mordy. Może nie aż takie mocne, ale należało mu się. Gwałt na kobiecie to jest największe skurwysyństwo, jakie istnieje na tym świecie. - skończył Kosok.
- Skąd wiesz, że chciał ją zgwałcić?
- A niby z jakiego innego powodu Anka leżałaby skulona w rogu pokoju, z ustami zaklejonymi taśmą, oczami przewiązanymi jakąś szmatą i związanymi kończynami?...
- Jezu... Jeśli aż tak było, no to ja faktycznie się nie dziwię, że się tak zdenerwowaliście... Jasne, mógł mu przywalić lżej... Nie, nie dziwię się, że go "uszkodził". I będę go bronić. W sumie to... można spróbować nakłamać, że po prostu został napadnięty...
- Można spróbować. - uśmiechnął się Kosok.
- Gwałt może zostawić trwałe ślady na psychice kobiety. A Zbychu wydobrzeje i zapomni... Jemu nic nie będzie. Anka będzie mieć traumę do końca życia. Ktoś z nią teraz jest? Nie powinna być sama w takiej chwili.
- Piotrek wziął ją do siebie. Nie wiem, co oni teraz robią, ale jeśli udało mu się ją uspokoić, no to się domyślam, co mogło się tam dziać. - zachichotał. - W sumie, to taka chwila odprężenia jej by się przydała, więc pewnie znowu się ze sobą przespali.
- Echh... a potem będzie mi, Pawłowi, albo Olkowi, Nowakowski narzekać na to, że ma miękkie nogi i mamy mu coś na to zaradzić... W sumie, ostatnio jakby częściej zaczął przychodzić na jakieś masaże, czy ćwiczenia rozciągające. No to teraz już wiem, dlaczego... Dobra, ja mu nie zabraniam, niech się kochają, jak tak bardzo ich do siebie ciągnie, tylko nie chcę potem słyszeć, że nabawił się kontuzji podczas łóżkowych akrobacji...
- No tak. Nie możemy go stracić. To jest przecież nasz najlepszy środkowy. - wypalił Kosok. - Ale to jest spokojny chłopak, więc raczej nie szaleje zbytnio. Może nie leży płasko jak kłoda, ale jakoś nie wyobrażam sobie testowania dziwnych pozycji w jego wykonaniu. Myślę, że może być doktor spokojny. - uśmiechnął się były Resoviak.
- Znasz go lepiej ode mnie, więc skoro tak uważasz, to chyba faktycznie nie ma co się martwić. - odpowiedział Sokal. To wszystko co chciałem wiedzieć, Grzesiu. Dziękuję za rozmowę, oraz za pomoc z Bartmanem, i do zobaczenia jutro. - uśmiechnął się, a Kosok opuścił jego gabinet.
--------------------------------------------------------------------------------------------------------
31.05.2014
Następnego dnia, Grzesiek postanowił z samego rana porozmawiać ze swoim przyjacielem. Musiał mu przecież dokładnie zdać relację z wizyty u Sokala i w szpitalu z Bartmanem. Pit musiał wiedzieć, jak wielkie krzywdy wyrządził nadętemu przyjmującemu. Kosok nadal nie dowierzał w to, co się wczoraj stało. Wyobrażał sobie każdego, po prostu każdego, który mógłby dać komuś w ryj czy wręcz sprać go na kwaśne jabłko. No właśnie, każdego z wyjątkiem Piotra Nowakowskiego. Anka musiała być dla niego naprawdę ważna, skoro aż tak nerwowo zareagował? Nerwowo? Nie, to śmieszne określenie. On wybuchnął jak bomba atomowa, tak przeraźliwie się wkurwił widząc krzywdę wyrządzaną dziewczynie. Kosok chciał dowiedzieć się, co jego przyjaciel tak naprawdę czuje do ślicznej pani psycholog. Może coś mu zdradzi? Jeśli tylko Grzesiu nie zacznie na dzień dobry drwić z niego, to była szansa na to, że usłyszy parę ciekawych informacji. Piter nigdy nie potrafił dotrzymywać tajemnic, była to chyba jego jedyna wada. Nie zastanawiał się nigdy nad tym, co mówił, toteż mógł tak po prostu nagle wypalić coś Kosinie. A ten na to liczył. Na to, że jego ziomeczek przyzna mu się do tego, że to, co łączy jego i Anię to coś więcej niż zwyczajna znajomość.
Wszedł do jego pokoju bez pukania do drzwi. On też często tak po prostu robił "wjazdy", po czym albo wrzeszczał, że chce żelki, albo wrzeszczał, że chce jakieś inne żarcie, które to akurat znajdowało się w Kosokowym pokoju. Rzadko zachowywał się normalnie. O ile w ogóle którykolwiek siatkarz kiedykolwiek zachowywał się normalnie na którymś ze zgrupowań... Widoczek, jaki zastał Kosok, zupełnie go nie zdziwił. Oczywiście, że znowu przyłapał ich razem w łóżku. Oczywiście, że znowu zupełnie nagich. Czyli znowu spędzili ze sobą namiętną noc. Tym razem jednak nikt nie zaczął wrzeszczeć na czarnowłosego siatkarza, gdyż jego ziomeczek, podobnie jak i wtulona w niego Anka, smacznie sobie spali. Uroczy widok, naprawdę. Kosok nie mógł się powstrzymać, wyciągnął swój telefon i zrobił zdjęcie tym słitaskom. Błysk flesza obudził środkowego Resovii. Podniósł nieznacznie głowę i przetarł oczy dłonią, po czym ziewnął przeciągle. Dopiero po chwili zorientował się, że ma w pokoju nieproszonego gościa.
- Grzeechuu... - jęknął Pit. - Jest 7 rano, co Ty tu robisz tak wcześnie? Dlaczego mnie obudziłeś, dlaczego nie dajesz mi spać? - Kosa trochę zdziwił się reakcją swojego przyjaciela. Myślał, że opierdzieli go, jak ostatnio, gdy ich przyłapał w niedwuznacznej sytuacji. A on tylko marudzi, że jest wcześnie i spać mu się chce.
- Cześć, Piotruś. - szepnął do niego słodkim głosem. - Przyszedłem, tak po prostu, do mojego ziomeczka. Przepraszam, że Cię obudziłem o tej godzinie, ale po prostu tak bardzo chciałem Cię zobaczyć. - uśmiechnął się, a zaspany Nowakowski odwzajemnił jego uśmiech.
- To bardzo się cieszę. - bąknął i ziewnął kolejny raz. - Chodź, zrobimy sobie porannego przytulaska. - zaproponował, a uśmiech nie schodził mu z twarzy. Oj, chyba gorąco było tej nocy, skoro on taki uchachany od ucha do ucha i nie przeszkadza mu to, że ktoś robi mu wjazd do pokoju o 7 rano, kiedy on sobie leży w ramionach kochanki. Bo chyba tak można było nazwać jego relację z Anką. Dopóki nie powiedzą wprost, że są razem, chyba nie powinno się uważać ich za parę.
- Ale... jak Ty sobie to wyobrażasz, kocie? No wiesz... Ty taki trochę... hmmm... nieubrany. A w sumie, to taki zupełnie nieubrany. Może być problem z przytulaskiem. - zachichotał Kosok.
- Ćśśśśś, nie śmiej się, bo obudzisz Anię. - szepnął Pit. Aha, czyli on zupełnie wszystko ogarnia. Wie, że obok niego, ba, wtulona w niego, leży śliczna pracownica sztabu. - No choodź, przytulisz mnie przez kołderkę. - puścił do niego swój firmowy uśmiech.
- No dobra. - chciał znów się zaśmiać, ale bał się, że Chmura się obudzi. Podszedł do swojego ziomalka, i objął go, podczas gdy ten cały czas leżał sobie w kołderce. To żadna nowość, że przychodzili rano się przytulać, bardzo często tak robili. Jeden potrafił nawet drugiemu władować się pod kołdrę, by ten go przytulił i spali sobie jeszcze godzinę czy dwie, aż nikt ich nie obudził. Wśród kadrowiczów latały więc plotki o romansie środkowych, o ich, rzekomo, odmiennej orientacji seksualnej. Nic bardziej mylnego, to po prostu byli przyjaciele do grobowej deski, którzy zawsze sobie ufali, powierzali sobie wszelakie sekrety i masę czasu spędzali ze sobą. Tylko ten Kurek na doczepkę... Echh... przyjaźń nie jest łatwa.
- Dziękuję. - przesłał mu buziaka w powietrzu.
- Ej, w policzek. - fuknął Kosok i udawał, że strzelił focha. Piterowi dwa razy nie trzeba było powtarzać. Pomiział go palcem po policzku, po czym cmoknął go czule w to samo miejsce. Reszta chłopaków powiedziałaby, że ma do czynienia z pedałami, oj tak. Ale oni się tym zupełnie nie przejmowali. - Teraz to ja dziękuję.
- Proszę. - uśmiechnął się wielce uradowany Nowakowski. Oj, trzeba go podpytać o to, dlaczego on tak zaciesza.
- Piiit? - zaczął Grzesiu.
- Mhm? - bąknął lakonicznie.
- A co Ty dzisiaj taki uchachany jesteś? - zapytał.
- Aaa, tak jakoś. Wygodnie mi się spało, i przyjemnie, rozumiesz. - zaczerwienił się nieco.
- Znowu coś było między Wami? - drążył temat środkowy Jastrzębskiego Węgla. Szeroki uśmiech Resoviaka wystarczył mu za komentarz. - Zboczuchy. Uważajcie tylko, żebyście czegoś nie zmajstrowali. - starał się zaśmiać możliwe najciszej jak tylko się dało.
- Uważamy. - wystawił mu język. - A jak się coś zmajstruje, no to trudno. Pokochamy i wychowamy.
- Cóż ja słyszę. A może wy po prostu serio zaczęliście już o tym myśleć? Wiecie, niż demograficzny, niedługo nie będzie miał kto pracować na Twoje utrzymanie. - mrugnął znacząco okiem.
- Nie, no coś Ty, Grzechu. Ani razu o tym nie pomyślałem. Po prostu, jakby to powiedzieć... Zdecydowaliśmy, że pewnych rzeczy używać nie będziemy. To tyle. - miał oczywiście na myśli prezerwatywy. Fakt, zdecydowali z Anką, że nie będą się zabezpieczać, bo to bez sensu. Po co się kochać, jeśli zmuszonym jest się zabezpieczać? Godząc się na seks powinno się godzić też na wszelakie konsekwencje, jakie mogły z niego wynikać. I oni, do takiego właśnie wniosku, doszli. Jasne, mieli trochę obaw, że mogą kiedyś wpaść. Ale to przecież by tylko dodatkowo ich uszczęśliwiło. Pit był już w takim wieku, że mógł coraz poważniej zacząć rozmyślać o tej sprawie. Będąc w jego wieku, część jego kolegów miała już pociechy. 24 lata Anki też wydawały się być wręcz idealnym wiekiem do założenia rodziny. Ale czy oni naprawdę mogli o tym poważnie myśleć?... Po zaledwie paru dniach znajomości? Nie, to chyba niemożliwe...
- Eee, to jak coś się stanie, to chcę być chrzestnym, dobrze? Już sobie zaklepuję to zaszczytne miano, i gówno mnie obchodzi, że jakiś Kurek czy inny Kran będzie chciał mi je odebrać. Nie dam się. - zachichotał cichutko Kosina. - Aha, i jeśli zmajstrujesz synusia, to daj mu na imię Grzesiu, dobrze? Mogę Cię o to prosić? - wyszczerzył się do niego czarująco. - Albo chociaż na drugie.
- Dobra, dobra, pożyjemy, zobaczymy. - zachichotał Nowakowski. - Dopóki nic się nie stało, nie ma co o tym myśleć. - mruknął. - Ale jak coś, to pierwszy będziesz wiedział. - uśmiechnął się.
- Jupii! - pisnął uradowany Grześ. - To ja będę uciekał, zdrzemnij się jeszcze trochę, dzisiaj mają nas budzić dopiero o 10, więc luzik. Przytul się do Anki i śpij.
- Właśnie to zamierzam zrobić. - wyszczerzył się do niego blondyn. - Paa, Grześ.
- Paa, Piotruś. Ja też idę jeszcze się przespać. Niestety, będę musiał leżeć sam. - westchnął. Zazdrościł Nowakowskiemu, że on może się wygrzewać w ramionach kobiety.
- Oj, Grzesiu, Grzesiu... - westchnął Pit. Wpadnę do Ciebie potem, to się poprzytulamy, może się tak w ciągu dnia zdrzemniemy godzinkę, albo dwie. - zachichotał.
- Ej, a co Ty na to, żeby wleźć kiedyś razem pod prysznic, i tam się poprzytulać? - wypalił nagle Kosok, po czym zarumienił się jak rzodkiewka. On wcale tego nie powiedział.
- I sobie razem pośpiewamy! Dobra! - pisnął uradowany Cichy. Jezus Maria, co ta Anka z nim robi, że on się nagle godzi na wszystko. Nawet na tak debilne pomysły. - Tylko ogól dupę, no wiesz, żeby mnie żadne włochy nie drażniły - zarechotał. - Umyjesz mi plecki, a ja Tobie. - uśmiechnął się szeroko.
- Oczywiście. Dla Ciebie nawet jaja mogę ogolić. - obaj wybuchnęli śmiechem w tym momencie. - Ale Ty też ogól dupę. Przyjemniej będzie się ją macało.
- Dobra, Grzesiu, zgoda. Ale teraz wyjdź już, bo zaraz obaj zezgonujemy tu ze śmiechu - wydusił z siebie, próbujący się uspokoić, Piter. - Potem się zgadamy odnośnie szczegółów. Pa, kochanie. - dał mu buziaka w policzek, a Kosok go odwzajemnił.
- A mogę jeszcze tylko jedno Ci powiedzieć? - zapytał. Cichy przytaknął. - No więc, przekazuję Ci wiadomość odnośnie stanu zdrowia Bartmana. A może lepiej będzie jak stwierdzę, że zdam Ci raport, jak mocno mu przyjebałeś. - zachichotał. - Ja też mu raz dałem w ryj, jak powiedział mi, jak to dokładnie było. Dobra, wracając do tematu, złamałeś mu nos, trzy żebra, wybiłeś trzy zęby, ma też rozwaloną wargę i łuk brwiowy. A, no i siniaki na ryju.
- Ojej, no to faktycznie chyba trochę za dużo siły użyłem... - bąknął
- Spokojnie, Sokal jest po Twojej stronie, jak mu opowiedziałem całą historię. Broni Cię, powiedział, że będzie wnioskować o możliwie jak najłagodniejszą karę dla Ciebie. W sumie, to nawet zasugerował mi, że spróbuje okłamać Stefana i resztę, że Bartman został po prostu napadnięty przed kogoś. - szepnął Kosok.
- Ja jestem świadomy tego, że mnie zawieszą na parę spotkań. No trudno, chciałbym grać, ale to mi się należy. Zgodzę się bez gadania na każdą karę. - powiedział Nowakowski.
- Ja też się zgodzę na zawieszenie, jeśli tak wymyślą. W końcu są podstawy by to zrobić. No raz go jebnąłem w końcu... - westchnął Jastrzębianin.
- Noo... ale rozumiesz, co on chciał zrobić Ance. Wiesz, jak bardzo ona jest dla mnie ważna, jak bardzo troszczę się o nią i martwię się o nią. - zaczął.
- Czujesz coś do niej? - zapytał. Piotrek przytaknął. - O! No to walcz, walcz o to uczucie. I chcę być pierwszy, któremu się pochwalicie, że jesteście parą. - uśmiechnął się, a Pit razem z nim. Widać było, że on też chciał, by Anna była dla niego kimś więcej, aniżeli tylko kochanką. - Życzę Ci powodzenia w tych staraniach, a Wam, tak z góry, szczęścia. - mrugnął okiem. I wyszedł. A Cichy, zgodnie z tym co powiedział, ponownie wtulił się w Ankę i zamknął oczy. Po paru minutach znowu słodko sobie spał... Kosok także pogrążony był już we śnie, w swoim pokoju. I szkoda tylko, że musiał spać sam. Zapewne wziął sobie swojego pluszowego misia i do niego się przytulił. Przecież co najmniej połowa siatkarzy, jeśli nawet nie 3/4 miała ze sobą pluszaki. Skutecznie potrafili je jednak ukryć przed innymi, by nie narazić się na bycie obiektem beki. Tylko Zatorski wprost przyznał się do tego, że sypia z misiem. No ale, to jest Zatorski, tego nie ogarniesz. To nie jest człowiek, to jest stan umysłu. Stan, który nadawał się tylko i wyłącznie do leczenia psychiatrycznego. Nie, wróć, nawet do tego się nie nadawał...
--------------------------------------------------------------------------------------------------------
Po jakichś dwóch godzinkach Pitera obudziło pukanie do drzwi. No tak, zapomnieli się zakluczyć. Ktoś w każdej chwili może tu wejść i problem będzie gotowy... A co, jeśli nagle wpadłby tu Stefan? Oj nie byłby zadowolony, oj nie. Jako, że Pit był leniuszkiem, ani mu się śniło ruszać z łóżka. A może nie tyle nie chciało mu się ruszać z łóżka, co raczej nie chciało mu się wypuszczać z objęć Anki. Ze śliczną psycholog utuloną w jego ramionach czuł się naprawdę dobrze. Wygodnie, przyjemnie... Nie byłby sobą, gdyby od czasu do czasu nie pogłaskał jej włosów, nie pomiział jej po policzku, czy też nie dał delikatnego buziaka w policzek bądź czoło dziewczyny. No i, to chyba rzecz oczywista, praktycznie cały czas wpatrywał się w jej cudowne ciało, które tak bardzo go hipnotyzowało. Na jego widok, w spokojnym i grzecznym zazwyczaj siatkarzu, budził się nieznośny chłopczyk pragnący nieprzyzwoitych figielków...
- Proszę wejść, jest otwarte. - bąknął tylko i dokładniej okrył się kołdrą. W sumie, mógł schować Ankę pod nią. Tylko po co? Czy on naprawdę chciał ukrywać to, co czuje do tej dziewczyny? Pewnie i tak lada dzień wszystko się wyda... Wróć, przecież to się wyda już dzisiaj, jak wszyscy zauważą nieobecność Bartmana i będą żądać jakichś wyjaśnień. Ale z drugiej strony... Sokal mówił Kosokowi, że spróbuje wmówić Antidze i całej reszcie bzdury? Nie. Nie wmówi im żadnych bzdur. On do tego nie dopuści. Przyzna się do swojej winy przed wszystkimi, weźmie to wszystko "na klatę". To była jedna z niewielu odważnych decyzji, jakie zdecydował się podjąć w swoim życiu...
- Nie śpisz już? Jak się spało? - zapytał Sokal wchodząc do pokoju. No super, to zaraz nakabluje całemu sztabowi. Co go tu przywiało? No tak, przecież rozmawiał z Kosokiem... Widocznie chciał bardziej zagłębić się w tajniki całej tej nieszczęsnej sprawy. Doktor podszedł do łóżka, w którym leżał siatkarz i pani psycholog. - No, widzę, że spało się chyba bardzo dobrze? - uśmiechnął się i zachichotał. - Pewnie dobrze to na nią podziałało, to podobno najlepszy sposób na rozładowanie stresu, negatywnych emocji.
- Zdecydowanie najlepszy. - przerwał mu środkowy. - Nic tak nie odpręża. A spało się faktycznie bardzo dobrze, no ale w końcu w takim towarzystwie... - charakterystycznie poruszył brwią. - ... źle się spać nie mogło. - na jego twarzy zagościł szeroki uśmiech.
- Zapewne domyślasz się, dlaczego tu przyszedłem? - przytaknął. - No, to dobrze. Chciałem porozmawiać o tym wczorajszym zajściu. - Pit przełknął ślinę.
- Ja wiem, że zdecydowanie za bardzo mnie poniosło, ale rozumie pan, panie doktorze... Sytuacja jest jaka jest, ja nie potrafię panować nad swoimi emocjami. Nie przy niej. Nie jestem w stanie utrzymać nerwów na wodzy. - zaczął. - Tłumić swoich uczuć. - szepnął niemal niedosłyszalnie.
- W porządku, Grześ mi wszystko opowiedział. Na początku byłem zdumiony, jak usłyszałem, że to Ty, potem wściekły na Ciebie, za to, że to zrobiłeś, ale kiedy dowiedziałem się, co się wydarzyło między nimi te trzy lata temu i mogło stać się wczoraj, zrozumiałem, że jedynym sensownym rozwiązaniem jest bronić Cię. I zamierzam to robić. Powiesz to sam Stefanowi, czy komu tam chcesz, kiedy będziesz gotowy na przekazanie im takiej wiadomości. Ja nie pisnę ani słowa, odnośnie tego, że to jest Twoja wina. Dobrze? Możemy się tak umówić? - pokręcił przecząco głową. - Dlaczego? - lekarz był zdziwiony decyzją siatkarza. Dlaczego nie chciał, by ktokolwiek go bronił?
- Chcę to wszystko mieć już za sobą. Biorę całą winę na siebie, przyjmuję to wszystko "na klatę". W życiu trzeba być twardym, a nie miętkim. Takie doświadczenie jak niemożliwy ochrzan od całego sztabu szkoleniowego i parę meczy zawieszenia za złamanie dyscypliny może na mnie wpłynąć tylko pozytywnie. Bo nauczę się na swoim błędzie i drugi raz już czegoś takiego nie zrobię. - powiedział niezwykle spokojnym tonem głosu. - No chyba, że nie daj Boże, znowu by działo się coś podobnego, wtedy za siebie nie ręczę. Szkoda, że nie zagram tych parę spotkań, pewnie stracę formę przez ten czas, może wypadnę ze składu... Trudno, takie jest życie. Raz na wozie, raz nawozem. Może ten zbieg okoliczności sprawi, że ktoś wygryzie mnie na dobre z "szóstki", że stanie się objawieniem kadry? Niestety, ale czasem potrzebne jest nieszczęście kolegi, by móc stać się kimś. - westchnął. Bał się, że wypadnie ze składu. Bał się, tak, naprawdę się tego obawiał. Nie chciał oddawać miejsca w składzie bez walki. Jeśli miałby wylecieć z kadry, to tylko w wyniku przegranej sportowej rywalizacji.
- Piotrek, przestań. To nie Twoja wina. Ja, prawdopodobnie, gdyby ktoś chciał zgwałcić miłość mojego życia, też bym mu walnął. I to tak solidnie. Jeśli ona jest dla Ciebie ważna, walcz o nią. Wierzę, że Wam się uda. - zastanawiające było to, że w praktycznie identycznych słowach zwrócił się wcześniej do rzeszowskiego środkowego Kosok. - Jeśli temat wypłynie, będę wnioskować u Stefana i reszty o jak najkrótszy wymiar kary dla Ciebie i dla Grześka. Możecie na mnie liczyć. Swoją drogą, nie wiedziałem, że umiesz tak przywalić, że masz w sobie aż tyle siły. - zachichotał. - Nie powiem nikomu niczego. Stefanowi nawciskam, że na Bartmana po prostu napadli.
- Proszę nie kłamać. Brzydzę się fałszem. Sam się przyznam. Nie wiem, czy dzisiaj, jeśli temat wypłynie i będzie tak gorący, że padnie gdzieś tam moje nazwisko, to od razu się przyznam do wszystkiego. Pokajam się przed wszystkimi, no trudno, że zrobię z siebie idiotę... - westchnął Nowakowski,
- Ach, chciałbym jeszcze o coś Cię zapytać. - wypalił Sokal. O co mogło mu chodzić? Czy to coś ważnego?
- Tak?
- Czujesz coś do Anny? - te słowa wyraźnie zaskoczyły blondyna. Naprawdę? Naprawdę nawet lekarz kadry musi się tym interesować? Na jego twarzy powoli rysowało się poirytowanie.
- A nawet jeśli, to co? Nic to nie zmieni. Bo chociaż bardzo bym chciał, to bardzo wątpię w to, by dane nam było choćby spróbować tego uczucia... Znaczy się, legalnie, w sensie że... W sensie, że już wszyscy by wiedzieli o tym... Męczy mnie już powoli to, że muszę to wszystko ukrywać, całe to moje uczucie. W sumie, to nawet przed nią. Boję się jej tak po prostu powiedzieć, co do niej czuję, bo boję się, że mogę wtedy wszystko spieprzyć. A tego nie chcę.
- Zmieni, oj zmieni, Wierzę, że Wam się uda. Nie bój się jej powiedzieć o swoich uczuciach. Jeśli ona też Cię kocha, to wtedy między Wami będzie już tylko pięknie. Tylko wykonaj ten pierwszy krok. Nie, wiem, zaproś ją na jakiś spacer, porozmawiaj z nią tak na spokojnie. Może atmosfera między Wami wtedy jakoś tak fajnie się rozluźni i będzie okazja do powiedzenia jej, co do niej czujesz. Spróbuj, jeśli tego nie zrobisz, nigdy się nie dowiesz "Co by było gdyby?". Ja będę się na razie zbierał. Do zobaczenia potem, Ty nasz słodki gołąbeczku. - uśmiechnął się doktor i wyszedł.
Jeśli rozmowa z doktorem miała uspokoić środkowego, to wcale do tego nie doprowadziła. Ba, miał on jeszcze więcej kołomyji w głowie. Wcześniej chociaż nie przemknęła mu przez głowę myśl o tym, że tak po prostu przyzna się do wszystkiego, co zrobił... Z drugiej zaś strony, to byłoby bardzo w jego stylu. Nigdy nie ukrywał, że kłamać nie potrafi, że szczerość to jest jego największa zaleta, a zarazem też i wada. Bo czasem trzeba jednak umieć wcisnąć komuś kit, żeby wyjść gładko z całej sytuacji. On tymczasem sam chce się pogrążyć. Bardzo honorowe. Lecz i bardzo szalone. Zbyt szalone, jak na niego. W pewnym sensie zdobyłby szacunek wszystkich za podjęcie takiej decyzji, która przecież może mu bardzo zaszkodzić pod względem sportowym. Jasne, poprawi się za to jego wizerunek. Tylko, jest znowu druga strona medalu. Podejmując taką decyzję, bez walki odda rywalizację o skład na tych kilka meczy. A to już tak dobrze ocenione zostać by nie mogło. Tak źle, i tak niedobrze...
A czy on naprawdę mógł czuć coś więcej do Anki? Naprawdę chciał spróbować związku z nią? Tak, chciał. Jak niczego innego na tym świecie. Wariował na jej widok, musiał się powstrzymywać, by nie robić wtedy nic głupiego. Sokal miał rację, z Anką trzeba porozmawiać. Troszkę ją "podpuścić" do tego, by sama co nieco się zdradziła ze swoimi uczuciami. By w jakiś sposób okazała, że jest nim zainteresowana. Spacer byłby idealnym sposobem na to. Taka godzinna, powolna przechadzka po parku? A może najpierw jeszcze zaprosić ją na lody? Trzeba będzie się nad tym wszystkim poważnie zastanowić...
___________________________________________________________
/ Na szczęście, dla Chmury, na horyzoncie pojawił się jej wybawca. A że dziewczyna ma do niego wyjątkową słabość, to wszystko kończy się tak, jak praktycznie zawsze wtedy, gdy tylko zostają sami o późnej godzinie. ; )
Wiem, że niektóre z was mogą uznać, że to, że od razu polazła do łóżka z Piterem po tym, jak prawie i by ją zgwałcono - nie jest normalne. Taki miałam jednak pomysł na ten rozdział. Zachowanie Anki tłumaczę tym, że musiała jakoś odreagować, uspokoić się. Była tak oszołomiona tym wszystkim, że zbytnio nie protestowała przeciwko temu, że jej przyjaciel chciał, by ona spędziła z nim kolejną noc. A może po prostu ona też chciała? Szczerze mówiąc, nie wiem, jak to zinterpretujecie, a ja postanowiłam się w tym miejscu aż tak nie "wwiercać" w jej myśli.
Ostatecznie chyba na dobre jej to wyszło, bo odprężyła się i humor jej się poprawił.
Proszę, nie śmiejcie się z motywu dziur w nodze Anki, to jest historia z życia wzięta. Z mojego życia wzięta. :P Tak, mam takowe przez pierdolony zamek od buta. I blizny też mi się porobiły.
Romans kwitnie i chyba coraz bliżej już ta chwila, kiedy Anka i Piter dojdą do wniosku, że chcą być dla siebie kimś więcej, niż tylko przyjaciółmi...
O uczuciach środkowego wie już jego najlepszy przyjaciel, Grzesiek Kosok, no i lekarz kadry.
Czy Antiga dowie się, co tak naprawdę jest przyczyną, że Bartman wypada ze składu? Czy środkowi poniosą jakąkolwiek karę za swoje naganne zachowanie? Czy w tym konkretnym przypadku ich czyn zostanie usprawiedliwiony? A może jednak zostaną zawieszeni? Czy Pit sam się wkopie, sam się przyzna do winy? Czy zmieni się opinia wśród ludzi o jego osobie?
Czy Sokal naprawdę będzie starał się uratować środkowych? Czy okłamie Stefana odnośnie tego, co tak naprawdę się stało?
Pytań jest dużo, wszystko staje się coraz bardziej zagmatwane. Czy coś z tego się wkrótce wyjaśni? Zobaczymy.
Ha! Dlaczego ja potrafiłam to wszystko (mniej więcej) przewidzieć? :D
OdpowiedzUsuńAż sama jestem tym zdziwiona xD
Ania szybko pokonała swoje możliwe lęki. Ale to z korzyścią dla niej :)
Doktorze Sokal?! :o Jest pan gotowy skłamać? Interesujące...
Wszystko się robi coraz bardziej interesujące :D
Pozdrawiam przez łzy, opłakując środkowego pewnej drużyny.
Cameron taki jasnowidz. :D
UsuńWidocznie Sokal lubi tych naszych środkowych, że jest w stanie skłamać w ich obronie. :D Z resztą... kto ich nie lubi? :D
Ja zdecydowanie jestem #Team_Loża_Szyderców. :D
Oj, już nie becz. :*
Dobrze wiesz, że Sovia musiała wygrać ten mecz, żeby jeszcze wszystko w lidze nie było jasne.
I bardzo dobrze, że wygrała. :)
Chociaż Bartka mi trochę szkoda. :D Ale za to Piter wygrał, także ten, także nie jest mi smutno. :)
Ja też pozdrawiam, siostro. :*
Piter niczym rycerz na białym koniu wkroczył mężnie do jaskini lwa, by bronić czci i honoru swej niewiasty. A tak zupełnie poważnie... aż strach pomyśleć, co ten patałach zrobiłby Ance, gdyby nie szybka interwencja osoby trzeciej. Ani trochę nie jest mi szkoda Bartmana z powodu jego obitej mordy i wielu innych obrażeń, zresztą kto żałowałby brutala i gwałciciela? No właśnie. Dostał za swoje od Piotrka, Grzesiu dołożył swoje trzy grosze i chwała im za to. I nawet nie chcę sobie wyobrażać, że którykolwiek z jego "oprawców" miałby jakkolwiek za to odpokutować. Działali w słusznej sprawie, więc wszystko jest jasne. Wieść o czynie Zbigniewa powinna ujrzeć światło dzienne. ale to raczej oczywiste, że wówczas musiałby na dobre pożegnać się z karierą reprezentanta kraju i straciłby resztki jakiegokolwiek szacunku, którym chyba i tak darzą go już tylko nieliczni, więc nie jestem pewna, czy właśnie taki los zgotowałaś temu osobnikowi w swojej historii.
OdpowiedzUsuńMiłosne uniesienia lekiem na całe zło ;) Myślę, że Piter w jakiś sposób pozwolił Ance otworzyć się cieleśnie, bo jak mniemam, traumatyczne wydarzenia sprzed trzech lat sprawiały, że bliskość jakiegokolwiek mężczyzny mogła budzić w niej odrazę. Dlatego apeluję: ogarnijcie tyłki i wreszcie przyznajcie się przed sobą nawzajem do swoich uczuć!
Pozdrawiam :*
Piotruś znalazł się w odpowiedniej chwili w odpowiednim miejscu. Gdyby wraz z Kosą nie byli gdzieś w pobliżu, to mogłoby być różnie... No ale aż takiego dramatu nie chciałam robić. :D
UsuńMi też nie jest szkoda Zbycha, bo go nie lubię, huhuh. Dlatego to on jest tu wykreowany na tego złego i dlatego on dostaje w mordę. :D
No, niby nie powinni za to odpokutować, ale cholera wie, co wymyśli komisja dyscyplinarna. Dla niej może liczyć się sam fakt, czyli pobicie, a nie, jakie były tego motywy.
Czy wieść o czynie Zbycha ujrzy światło dzienne? No cóż, zobaczymy, jak to wszystko się potoczy. ;)
Tak, Anka bała się bliskości faceta. Mimo wszystko, jest to dziwne, że tak po prostu wtedy, w jego pokoju, gdy wyprosiła lasie, uległa Piterowi. Widocznie wyczuła, że to dobry człowiek, że on jej nie skrzywdzi.
Czy się ogarną i przyznają do swoich uczuć? Pożyjemy, zobaczymy. :P
Ja też pozdrawiam. :*
Dobrze, że Piter pojawił się na horyzoncie, no bo mogło być w sumie gorzej dla Anki. Piotrek dobrze mu mordę obił. No i do tego jeszcze Grzesiu się dołożył :) Bardzo, bardzo dobrze.
OdpowiedzUsuńAni przez chwilę nie szkoda mi było Bartmana. No przepraszam bardzo prze pana, ale tak się nie robi.
Pnie doktorze? Jest pan gotowy nakłamać Stefanowi? Ajajaj.
Uczuci kwitnie, ale czy wykwitnie? Czy nasza kochana dwójka przełamie się, i powie sobie te dwa słowa? Liczę na to :)
Pozdrawiam i dziękuję za komentarz u mnie :**
Widzę, że wszyscy trzymają stronę naszych środkowych. :)
UsuńI nikomu nie jest szkoda Zbysia. :D
Może w końcu to sobie kiedyś powiedzą.
A może nie.
Nie mogę tego zdradzić. :D
Ja też pozdrawiam. :*
I nie ma za co. ;)